Dzień bez… sensu

19/09/2009

Krótki wywiad z “Życia Warszawy” gwoli uczczenia obchodzonej w tych dniach serii świąt propagandowo-ekologicznych. Tradycyjnie uzupełniony o to, co z wypowiedzi nie zmieściło się w gazecie:

Piotr Szymaniak: W najbliższy weekend przypada kolejna edycja akcji „Sprzątanie świata“. We wtorek następny Dzień bez Samochodu. Czy takie akcje mają sens?

Tomasz Łysakowski: To zależy. Tego typu inicjatywy można podzielić na dwie grupy: potrzebne i pożyteczne oraz te modne, ale [zbędne, a czasami] wręcz szkodliwe. Choćby akcja „Godzina dla ziemi“, w której wyłączamy urządzenia elektryczne. Przecież gdyby wszyscy się do tego szalonego pomysłu zastosowali, to straty [energii, wywołane] przez ogromne skoki napięcia, byłyby o wiele większe [od tego, co udało by się zaoszczędzić, wyłączając nawet miliony urządzeń]. Albo Dzień bez Internetu, Samochodu czy Telefonu Komórkowego. Wszystko to ma znaczenie symboliczne, bo mieszkając we współczesnym dużym mieście, trudno się jednak bez tych przedmiotów obejść [dłużej niż przez kilka godzin. Większość tych, którzy dadzą się przekonać do obchodzenia tych świąt - które, nawiasem mówiąc, nie są niczym innym niż ekologiczną wersją znanych innym religią postów i ramadanów - po odbębnieniu "Dnia bez..." i tak wróci do używania komórki, internetu czy elektryczności. Choćby dlatego, że współczesnym ludziom wynalazki te są potrzebne do życia i pracy; na dobrą sprawę równie mocno, co jedzenie czy powietrze]. Natomiast akcje takie jak „Sprzątanie świata“ czy Dzień bez Papierosa mogą być pożyteczne.

PSz: Jednak z chwilą, gdy sprzątanie świata się skończy, śmieci znowu zaczną wędrować do lasu.

: Zgadza się. Ale przez czas trwania tej akcji trochę tego lasu posprzątamy. To już plus. Poza tym zawsze znajdzie się jakaś osoba, która sobie uświadomi, że zamiast się tak męczyć, zbierając te góry odpadów, można by po prostu nie śmiecić. Tak samo jest z palaczami. Osobiście znam kilka osób, które przestały palić po Dniu bez Papierosa. Nie znaczy to wcale, że akcja ma tak olbrzymią moc sprawczą, by skruszyć serce nałogowca (osoby te z takim zamiarem nosiły się już wcześniej), ale dała brakujący bodziec.


Psychologia totolotka

14/08/2009

Włosi oszaleli na punkcie totolotka. I trudno im się dziwić: do wygrania w najbliższy poniedziałek mają 136 milionów euro, czyli ponad 560 milionów naszych złotych. Marcin Szymaniak namówił mnie z tej okazji z tej okazji na mały wywiad, który poszedł w dzisiejszym numerze “Rzeczpospolitej”. Parę mych przemyśleń wyleciało z wersji ostatecznej (czemu trudno się dziwić, rozmowa trwała pół godziny, a zostały z niej cztery akapity), więc dodaję je tutaj w nawiasach:

Rz: Dlaczego w przypadku dużej kumulacji ludzie masowo wykupują losy, mimo że prawdopodobieństwo wygranej jest bliskie zeru?
: [...] Rzecz w tym, iż prawidłowo funkcjonujący człowiek [na ogół] myśli, że spotkają go rzeczy dobre. Ma nadzieję, że wygra [w totolotka], choć jest to absurdalne [a przynajmniej niezwykle mało prawdopodobne. Nie wierzysz, Czytelniku? No to wyobraź sobie, że zakreślasz na kuponie numerki 1, 2, 3, 4, 5, 6. I teraz odpowiedz mi: jak sądzisz, czy prawdopodobieństwo, że je trafisz jest większe, czy mniejsze, niż to, że trafisz zupełnie przypadkową kombinację liczb? Większość z nas odpowie, że taka kombinacja jest mniej prawdopodobna, tymczasem w rzeczywistości jest ona tak samo prawdopodobna jak każda inna. Gdy zdasz już sobie z tego sprawę, zrozumiesz, jak mało prawdopodobne jest wygranie w toto i dlaczego tak niewielu wygrywa. Mimo to jednak pozytywne myślenie przynosi nam sporo pożytków: dzięki niemu człowiek w ogóle podejmuje wyzwania.] Zakłada firmę, licząc na sukces, choć część takich przedsięwzięć kończy się klapą. [...] Gdyby nie ten efekt, firmy by nie powstawały, gospodarka by stanęła, społeczeństwo pogrążyłoby się w stagnacji.
Rz: Gdy stawka jest mniejsza, chętnych do gry nie ma jednak tak wielu.
: Standardowa wygrana nie działa na wyobraźnię, bo ludzie się do niej przyzwyczaili. Kierują się poza tym w pewnym sensie rachunkiem ekonomicznym. Czym innym jest zapłacić 2 zł i wygrać milion, a czym innym za te 2 zł dostać 100 milionów. Co można mieć za milion? W Polsce zwycięzca zmienia mieszkanie czy dom, kupuje nowe auto i dużo już mu z tego nie zostaje. Ze 136 milionami euro, tak jak dziś we Włoszech, zwycięzca jest już natomiast milionerem pełną gębą.
Rz: I żyje sobie w puchu, nie pracując, do końca swoich dni.
: Nie zawsze. Zdarzały się przypadki takich zwycięzców, którzy przepuścili wygraną i kiepsko skończyli.
Rz: Mieszkańcy Ficarry na Sycylii zbiorowo skreślili numery związane z Matką Boską, licząc na pomoc.
: To próba przechytrzenia rachunku prawdopodobieństwa [podobna innym zabiegom magicznym, które ludzie wykonują od zarania dziejów. Każdy taki zabieg ma to do siebie, że od czasu do czasu przynosi skutek. Jeśli tańczymy, by wywołać deszcz, zawsze jest szansa, że ten deszcz spadnie - tyle że dziś dzięki postępom nauki wiadomo już, że związek przyczynowo-skutkowy tu, łagodnie mówiąc, pozostawia wiele do życzenia. To jednak nie przeszkadza niektórym wierzyć w taki lub podobny związek i uzasadniać swą wiarę anegdotycznymi przypadkami zaklęć, czarów i modlitw, które odniosły skutek. Na takiej ludzkiej łatwowierności zbudowały swój sukces m.in. sanktuaria, przyjmujące rocznie miliony pielgrzymów i mogące pochwalić się np. setką "cudów", udokumentowanych w ostatnich 50 lat. Ale na lekcjach religii nie uczy się statystyki]. Gdyby [mieszkańcy Ficarry] wygrali, byłoby to dla nich potwierdzeniem skuteczności tego zabiegu. Ale jeśli przegrają, na pewno nie osłabi to ich wiary. Prawdopodobnie uznają, że akurat w tej dziedzinie Matka Boska nie działa i na przyszłość będą chcieli pomóc sobie innym sposobem. Mogą na przykład zapytać o poradę wróżkę. Grający na loterii często tak robią, nie zwracając jakoś uwagi, że gdyby wróżka znała szczęśliwe numery, to sama skreśliłaby zakład i została milionerką.


Kraj Józefów K.

06/08/2009

Za co w Polsce kochamy polityków i urzędników:

Rozwijając (bo kilka rzeczy z rozmowy wypadło, a kilku po prostu nie dopowiedziałem), to nie jest tak, że nasi funkcjonariusze publiczni to wyzbyci skrupułów psychopaci, nastawieni wyłącznie na eksploatację ubezwłasnowolnionych obywateli. Wielu z nich to przyzwoici ludzie, przekonani o słuszności tego co robią równie mocno, jak John Frobisher w “Children of Earth” (genialnym pięciogodzinnym thrillerze, który powinien obejrzeć każdy zwolennik rozrastania się biurokracji). Niestety, że system, w którym funkcjonują i który sobie naszymi rękami zbudowali, nie wymusza odpowiedzialności za decyzje urzędnicze. Ba, nawet nie zachęca do interesowania się interesantem.

Nie wszędzie tak jest. W takiej Kalifornii na poziomie stanowym i okręgowym nie dość, że urzędnicy, szeryfowie, sędziowie i prokuratorzy wybierani są w demokratycznych wyborach, to jeszcze mogą zostać w każdej chwili przez wyborców odwołani. Dotyczy to nawet najwyższych dygnitarzy, o czym przekonał się w 2003 roku gubernator Gray Davis, gdy Kalifornijczycy po prostu zastąpili go w referendum Arnoldem Schwarzeneggerem. Wcześniej w 1987 obywatele usunęli z kalifornijskiego Sądu Najwyższego 3 z 7 sędziów (łącznie z przewodniczącą) za unieważnianie wyroków śmierci (popularna i dziś metoda karania przestępców w Stanach), wydawanych przez sądy niższej instancji. Czy trzeba wspominać, że sędziowie, którzy przyszli na ich miejsce, już więcej ręki na to, czego życzy sobie obywatel, nie podnieśli?


Antypirackie piractwo

09/01/2009

Internauci w Chile mają sporą uciechę. Szef ichniejszego ZAIKS-u (Sociedad Chilena del Derecho de Autor) nazwiskiem Fernardo Ubiergo (w cywilu znany na lokalnym rynku piosenkarz) zaliczył tydzień temu wpadkę, po której wrogowie emulów i torrentów długo będą dochodzić do siebie… W trakcie wykładu na temat nowej, forsowanej przez SCD ustawy o ochronie praw autorskich (zakładającej m.in. kary więzienia za wymianę plików w sieci), który wygłaszał w północnochilijskim mieście Antofagasta, przy próbie otwarcia Power Pointa z prezentacją na oczach sali wyskoczył biedakowi komunikat: “Esta Copia de Microsoft Office no es Original“. Tłumaczyć chyba nie trzeba.

Zdenerwowany bojownik o przestrzeganie praw autorskich (ale tylko na cudzych komputerach) wykazał się co prawda refleksem i czym prędzej zamknął program, zaś większość obecnych dyplomatycznie udała, że nic nie widziała, na sali byli jednak także dziennikarze. Samo feralne okienko zdołał uwiecznić na zdjęciu reporter lokalnego dziennika El Nortero. Jak można się było spodziewać, news szybko zawojował hiszpańskojęzyczną sieć (dla niezorientowanych: dziesięć razy większą od polskiej i chyba ze dwadzieścia razy bardziej nasyconą piractwem). Nic dziwnego, że już dwa dni po wypadku Ubiergo z hukiem podał się do dymisji, której zresztą jego stowarzyszenie nie przyjęło, argumentując, że komputer był używany nie tylko przez prezesa i nielegalne oprogramowanie zainstalować mogła na nim osoba trzecia. Najpewniej po kryjomu i w celach sabotażu. Jak to pirat.


Bo dała dziecku klapsa

17/12/2008

Dura wychowanie, sed bezstresowe. Jak donosi El Mundo, na 45 dni więzienia skazano w prowincji Jaen (południowa Hiszpania) głuchoniemą kobietę, która dwa lata temu uderzyła dziesięcioletniego wówczas syna. Matka dostała też roczny zakaz zbliżania się do dziecka, co oznacza, że będzie musiała prawdopodobnie wyprowadzić się z domu (dwójka dzieci pozostanie w nim z ojcem). Dawno pogodzony z rodzicielką nastolatek z niedowierzaniem skomentował decyzję sędziego: “Ktoś by pomyślał, że mnie zabiła…”

Wszystko zaczęło się 6 października 2006, gdy María Saliente próbowała przekonać najstarszą pociechę do odrabiania lekcji. Chłopak jak zwykle stawiał opór, matka jednak nie przestawała migać, co, jak wiadomo, nawet świętego wyprowadziłoby z równowagi. Nic dziwnego, że w końcu w stronę matki poleciał but (rekonkwista rekonkwistą, ale, jak widać, pewne panarabskie zwyczaje do dziś pozostają w Andaluzji równie żywe, co w Bagdadzie), po czym maluch uciekł i zamknął się w łazience. Matka zdołała jednak jakoś otworzyć drzwi, a gdy już wpadła do pomieszczenia, w furii wymierzyła chłopakowi klapsa. Trafiła w tył szyi, na skutek czego dzieciak stracił równowagę i upadając skaleczył sobie nos. Następnego dnia w gimnazjum nosem zainteresowali się nauczyciele, którzy – wysłuchawszy relacji – poinformowali o zdarzeniu odpowiednie służby. Dwa lata później (nie tylko polska Temida nie jest zbyt rychliwa) sprawa znalazła swój finał przed obliczem sędziego. A ten właściwie nie miał wyboru: zastosował istniejące prawo…

Tak, tak, podobne do tego, które w kwietniu b.r. przyrzekał dziennikarzom premier Donald Tusk. Na szczęście dla rodziców (i chyba także dzieci), jakoś mu jednak w międzyczasie przeszło.


Efekt Zimbardo

09/12/2008

W psychologii społecznej od lat przyjmuje się za pewnik, że zdarzają się sytuacje, w których statystyczny, nie wykazujący cech psychopatycznych Smith, Schmidt czy Kowalski może się dopuścić względem innych ludzi najbardziej odrażających czynów. Zwykle po spełnieniu kilku warunków, które nie stanowią tajemnicy przynajmniej od czasów procesu Eichmanna, a które jednocześnie do dziś pozostają na tyle atrakcyjne (mieszanka zaskoczenia i przemocy robi swoje) dla czytelnika, że żadna poświęcona im publikacja na rynku nie zginie. Zwłaszcza, gdy nad apokaliptycznym tytułem “Efekt Lucyfera. Dlaczego dobrzy ludzie czynią zło?”, pojawi się na niej nazwisko Philipa Zimbardo.

Jeśli ktoś nie wie, Zimbardo to popularny amerykański showman tudzież psycholog, znany światu z właściwie jednego tylko badania: więziennego eksperymentu stanfordzkiego. Badania równie sławnego, co kontrowersyjnego, i to nie tylko ze wzgledów etycznych: do dziś nie milkną zastrzeżenia co do jego rzeczywistej wartości naukowej. Badanie ograniczało się bowiem do małej próbki (24 osoby), nie zostało przeprowadzone do końca, zaś jego wyniki nigdy nie zostały opublikowane w naukowym czasopiśmie recenzowanym (za to szeroko rozpromowane w napisanym przez Zimbardo raporcie do Kongresu USA i w podręczniku do psychologii). Na dobrą sprawę, nawet gdyby pominąć kwestie etyczne, trudno wyobrazić sobie dziś zaprojektowanie eksperymentu, który mógłby sfalsyfikować twierdzenia Zimbardo. Co zresztą samo w sobie wcale nie świadczy o tym, że twierdzenia te są nieprawdziwe (doniesienia takie jak te z Abu Ghrarib są dla wielu wystarczającą rekojmią prawdziwości tez o szatanie tkwiącym w każdym z nas, który tylko czeka na sytuację, która go wypuści) – tylko o tym, że trudno (w przeciwieństwie np. do równie medialnych, a o niebo rzetelniejszych badań Milgrama nad wpływem autorytetu) uznać je za naukowe.

Ale czas płynął, a Zimbardo wkrótce został autorem skądinąd świetnego podręcznika, na którym wychowały się pokolenia psychologów, co zresztą prędzej czy później musiało się odbić na percepcji jego eksperymentu i gotowości badaczy do niekwestionowania jego wyników. Ostatnio zaś postanowił wrócić do korzeni. “Efekt Lucyfera” to analiza tego, co amerykańscy żołnierze robili w Abu Ghrarib przez pryzmat tego, co Zimbardo i jego więźniowie robili w Stanfordzie. Na ile według mnie trafna, przekonacie się, słuchając rozmowy, jaką odbyłem w piątek w TOK FM z Hanną Zielińską:

Howgh!


Czy ludzkie klony mają ogony?

04/12/2008

Dzięki Modnym Bzdurom zapoznałem się właśnie ze świetnym artykułem na temat roli naukowca w polskich mediach, który kilka dni temu opublikowała na gazeta.pl prof. Magdalena Fikus. Parę fragmentów aż prosi się tu o komentarz i rozwinięcie, zwłaszcza że autorka to jeden z najbardziej eksploatowanych przez dziennikarzy polskich genetyków. Więc komentujmy.

Profesor zaczyna od opisu sytuacji znanej bodaj każdemu ekspertowi, który kiedykolwiek nagrywał “setkę” dla radia lub telewizji:

Prosili o szybciutki komentarz – już za chwilę, za momencik jest potrzebny. Powiedziałam, co wiedziałam, trwało to dwie-trzy minuty. My to skrócimy – powiedzieli oni.
W audycji wyglądało to tak:
Oni: – Poprosiliśmy Panią Profesor o komentarz.
Ja: – Genetyka jest ważną nauką.
I to do tego zdania byłam tej ekipie potrzebna.

Po tym wstępie dostajemy krótką acz gruntowną analizę roli naukowca w dzisiejszych mediach i sytuacji, w jakiej stawia się on, gdy nieopatrznie zgodzi się na wypowiedź medialną:

Naukowiec jest wobec telewizji bezradny, może jej tylko odmówić. Nie wiemy, co zostanie z naszej wypowiedzi. Nie ma w telewizji zwyczaju autorskiej weryfikacji, nawet jeżeli audycja nagrywana jest na parę dni przed emisją. Nie wiemy także, w jakiej scenografii i w czyim towarzystwie zostanie wyemitowana nasza wypowiedź. Godząc się na nagranie, tracimy osobowość.
Nauka w telewizji istnieje wtedy, kiedy urodzi się cielę o dwu głowach albo wyleci w kosmos chiński kosmonauta. Podobno normalna nauka widzów nie interesuje. (…)
Naukowcy służą (…) jako utytułowana dekoracja. Sadza się ich na niewygodnych fotelach (kolana pod brodą, wstać nie sposób) i pozwala powiedzieć, że genetyka jest ważną dziedziną wiedzy. Czasem jeszcze mogą powiedzieć dodatkowo jedno zdanie, że genetycy wymyślili, jak klonować zwierzęta albo robić nowe leki.

Swoją drogą, sam brałem w życiu udział w przynajmniej kilkudziesięciu audycjach telewizyjnych i muszę powiedzieć, że najbardziej bzdurne były te, które z założenia miały być poświęcone nauce (ciekawe, że reguła ta praktycznie nie dotyczy stacji radiowych, z drugiej strony tam na ogół człowiek ma wystarczająco czasu, by powiedzieć, o co mu chodzi, a i dziennikarze jakoś na ogół też orientują się w temacie). Robienie telewizyjnego programu naukowego w Polsce często wygląda tak, że np. rozmawia się o trafności wróżb z psychologiem i wróżką, po czym w samym programie zestawia ich pocięte wypowiedzi tak, jakby co najmniej były równoważne (w końcu obydwoje to eksperci w swej dziedzinie). Na tym tle wejścia eksperckie na żywo w programach śniadaniowych czy publicystycznych, z których już nikt nic z jego słów nie wytnie (bo przeważnie są emitowane na żywo), to dla naukowca prawie że rozpusta.

Pamiętam, jak swego czasu zdarzyło mi się wystąpić w “naukowej” audycji w pewnej telewizji, której nazwę tu przemilczę. Jako kulturoznawca i ogólnie ekspert od zachowań ludzkich miałem w tym programie dyskutować na temat zagrożeń płynących z rozwoju genetyki. Ale – i tu uwaga – nie z żadnym genetykiem, tylko z… księdzem. Ksiądz był, między Bogiem a prawdą, doktorem, tyle że “nauki” jeszcze bardziej podejrzanej niż kulturoznawstwo, mianowicie teologii. W studiu nie było żadnego genetyka, biotechnologa czy nawet lekarza, nikogo, kto by się profesjonalnie zajmował omawianą dziedziną lub choćby czymkolwiek w pobliżu. Jedyną pociechę stanowił fakt, że i ja, i kapłan coś o genetyce gdzieś kiedyś przeczytaliśmy, w przeciwieństwie do dziennikarza prowadzącego, który nie miał o całej sprawie zielonego pojęcia, i z którego pytań wynikało, że nie potrafi odróżnić klonowania od modifikacji genetycznych. Dość wspomnieć, że w trakcie nagrania padały pytania typu: Co jeśli ludzki klon będzie miał ogon lub dwie głowy?

Tu aż się prosi, by jeszcze raz zacytować profesor Fikus:

Naprzeciw naukowca sadza się (…) polityka i działacza “ekologicznego”. Obaj mówią, że pomysł genetyka jest szkodliwy, szkodliwy dla zdrowia, dla Człowieka (przez duże C). Oni niczego nie muszą dowodzić, po prostu ten pomysł jest zły. Naukowiec jest bezradny. Aby udowodnić, że polityk się myli, musiałby wygłosić wykład akademicki, pokazać wykresy, tabele i określić prawdopodobieństwo (nie pewność, bo tego nie zrobi), że w swojej wypowiedzi ma rację. Ale przecież telewizja sądzi, że dużo ciekawiej jest słuchać o tych strachach.

Na pewnym poziomie pani profesor narzeka zupełnie na próżno: konsumenci przekazów medialnych na ogół szukają w nich kontrowersji i sensacji. Dziennikarze i ich szefowie doskonale o tym wiedzą, dlatego też trudno obwiniać ich o to, że zabiegając o oglądalność (i, co za tym idzie, pieniądze) wolą donosić o zagrożeniach, niż o ich braku. Inną sprawą jest jednak dobór i zestawianie gości oraz prezentacja ich twierdzeń jako równoważnych, bez względu na to, czy mają wystarczającą wiedzę, by wypowiadać się w temacie.

Dlaczego ekolog, polityk, ksiądz czy nawet przedstawiciel “nauk” humanistycznych i społecznych (nie mam złudzeń, że, jeśli nie liczyć wąskiej działki badań empirycznych – a i to nie wszystkich – 95 proc. tego, co produkuje się w bliskich mi dyscyplinach, to w najlepszym razie beletrystyka, a w najgorszym bełkot) mają być kompetentni w sprawach dotyczących DNA, rozwoju zarodka ludzkiego, komórek macierzystych czy ogólnie pojętej biotechnologii? Wyobraźmy sobie wielkanocny program, w którym fizyk i biolog, pod nieobecność księdza (lub nawet, uchowaj Boże, w jego obecności), dyskutują o nikłym podstawach empirycznych twierdzenia, że Jezus Chrystus zmartwychwstał. Oskarżenia o obrazę uczuć religijnych prawdopodobnie przekreśliłyby ich szanse na jakiekolwiek rządowe granty w przyszłości, nie mówiąc już o prezydenckiej nominacji profesorskiej.

Krytykowanie w mediach tego, czego nie dowiedziono naukowo, ale w co ktośtam wierzy (czy to anioły lub święci, czy solidaryzm społeczny i efekt cieplarniany) kończy się na ogół nagonką ze strony fanatyków, Ci zaś na poziomie reakcji pozostają fanatykami, bez względu na to, czy wyznają dogmaty katolickie, socjalistyczne czy ekologicznie. Mieszanie z błotem naukowców i wygadywanie piramidalnych bzdur o wynikach ich pracy to tymczasem modna norma, i to zarówno po prawej, jak i lewej stronie debaty politycznej.

A przecież nie trzeba dysponować jakąś niesamowitą wiedzą, by zdawać sobie sprawę, że długość i poziom życia od lat rosną na świecie nie dzięki fanatykom, lecz na ogół wbrew ich wysiłkom. Ekolodzy nie rozwiązują problemów żywnościowych w Afryce, tylko przekonują tamtejsze rządy, że lepiej by ludzie umierali z głodu niż jedli żywność modyfikowaną genetycznie. Stolica Apostolska nie prowadzi badań nad wirusem HIV, tylko namawia zdrowych do niestosowania prezerwatyw. Prawie cały postęp cywilizacyjny i technologiczny, jaki obserwujemy w ostatnich latach, zawdzięczamy laboratoriom i zaszytym w nich naukowcom. Tym samym, z których tak ochoczo naśmiewamy się w kreskówkach, i których od czasu do czasu zapraszamy do telewizji, to po to, by powiedzieli, że ich dziedzina jest ważna lub popolemizowali z jakimś kompletnym nieukiem.


Media i niepełnosprawność

03/12/2008

Przypadający dziś Światowy Dzień Niepełnosprawnych skłania do zastanowienia się nad tym, w jaki sposób osoby na wózkach, o kulach, laskach etc. przedstawiane są na co dzień w środkach masowego przekazu. Całkiem niedawno przeprowadziłem na potrzeby konferencji “Prawie sprawni niepełnosprawni” małe badania kontentu mediów pod tym kątem, i teraz jest okazja napisać trochę o ich wynikach.

Rozważania warto zacząć od kluczowych w tej dziedzinie wiadomości o systemie poznawczym człowieka. Upraszczając, powiedzieć można, że to, co inne, odróżniające się od otoczenia i zaskakujące na ogół przykuwa naszą uwagę w większym stopniu, niż to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni lub to, czego się spodziewamy. Czy nam się to podoba, nasi przodkowie funkcjonowali na ogół w zmiennym, pełnym niebezpieczeństw środowisku. Nic zatem dziwnego, że wyewoluowali system poznawczy, który nagradzał zainteresowanie tym, co niezwykłe, dziwaczne lub odstające od średniej statystycznej – a więc i potencjalnie niebezpieczne. Kiedy widzimy, że wszystko jest takie, jak byśmy oczekiwali, że będzie, nie ma w istocie sensu angażować procesów poznawczych do analizy czy skupiania uwagi – bardziej ekonomiczne jest zaangażować je w inną aktywność. Inaczej sytuacja wygląda, gdy w okolicy pojawi się przedmiot lub osoba, które w jakikolwiek sposób odstają od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni – wówczas nasza uwaga w naturalny sposób wędruje w ich kierunku. Ten właśnie fakt odpowiada prawdopodobnie za zainteresowanie, jakim od czasów historycznych społeczeństwa obdarzały osoby z różnorakimi, zwłaszcza wrodzonymi zniekształceniami ciała, czego skutkiem były m.in. występujące w Europie jeszcze sto lat temu objazdowe cyrki. Przed epoką kina i telewizji dawały one wielu jedyną i niepowtarzalną okazję obejrzeć sobie „potwora” lub „dziwadło”. We współczesnym świecie, czy nam się to podoba, czy nie, ich rolę przejęły media. I spełniają tę rolę, w pierwszym rzędzie skupiając się na tym, co niezwykłe.

Skoro wiemy już, dlaczego w ogóle się niepełnosprawnych pokazuje, spróbujmy się zastanowić, dlaczego zwykle dzieje się to w atmosferze tragedii, żalu, strachu czy współczucia. Ano, tak się niestety składa, że we wszystkich zbadanych kulturach większość ludzi przedkłada przekazy nasycone emocjami nad komunikaty zimne i obojętne. Badania psychologów poznawczych nie od dziś pokazują, że negatywne emocje i zdarzenia znacznie lepiej ogniskują uwagę niż pozytywne: trudniej nam zasnąć oglądając walkę niż scenę, w której partnerzy szepczą sobie czułe słowa. Nic więc dziwnego, że w przekazach medialnych strach, złość, żal, smutek, nienawiść i desperacja “sprzedają się” znacznie lepiej niż radość czy afirmacja. A osoba niepełnosprawna ma to do siebie, że w znacznie większym stopniu niż osoba pełnosprawna może być w takim programie nośnikiem lub wyzwalaczem negatywnych emocji. Choroba lub kalectwo na naszych ekranach zatem albo straszą, albo unieszczęśliwiają (jeśli nie samego nimi dotkniętego, to jego otoczenie), albo stanowią wyzwanie, z którym należny się zmagać, by odzyskać szczęście, dobre mniemanie o sobie czy szacunek otoczenia.

Czytaj resztę wpisu »


Bo bloger jest lepszy

08/07/2008

Press doniósł kilka dni temu, że MillwardBrown SMG/KRC przeprowadził na zlecenie D-Link Polska badanie, z którego wyszło, że rozmiłowani w nowych mediach Polacy nie tylko sami aktywnie tworzą treści w sieci, wymieniając się informacjami i opiniami, ale i wolą takie treści od materiałów generowanych przez redakcje i profesjonalnych dziennikarzy:

Internauci chętnie zamieszczają w sieci tworzone przez siebie treści. Najpopularniejszą formą aktywności są komentarze pod artykułami (17%), dyskusje na forach (16%) oraz komentowanie postów zamieszczanych na blogach prowadzonych przez innych użytkowników (12%). Co dwudziesty internauta (5%) przyznaje się, że tworzy swój własny blog. W sumie niemal 1/3 internautów deklaruje tworzenie treści w sieci.
Polscy internauci uznają też, że najciekawsze informacje dostępne w sieci pochodzą bezpośrednio od innych internautów – twierdzi tak 46% badanych, a jedynie co piąty (19%) jako najciekawsze wskazuje teksty profesjonalnych dziennikarzy. Jeszcze gorzej w tej konkurencji wypadają działy marketingu firm obecnych w sieci – zaledwie 4% internautów wysoko ocenia treści zamieszczane przez firmy komercyjne.

Choć patrząc na wyniki nie sposób zapomnieć, kto zlecił badanie (D-Link to producent sprzętu sieciowego, czyli – jak by nie patrzeć – firma komercyjna zainteresowana tym, by ludzie kochali internet; ciężko mi sobie jednak wyobrazić podobne wyniki w badaniach zleconych np. przez Izbę Wydawców Prasy), statystyki wyglądają na prawdopodobne. Nic dziwnego, że tak dziennikarze, jak i zwykli użytkownicy netu rzucili się na temat i zabrali za wyjaśnianie sytuacji.

Czytaj resztę wpisu »


Szklany sufit

07/07/2008

Na pierwszej stronie papierowego wydania “Rzeczpospolitej” można dziś znaleźć opis raportu, który stawia na głowie to, co od lat o dyskryminacji płacowej przedstawicielek płci pięknej powtarzają nam feministki:

Płace kobiet kierujących dużymi polskimi firmami są średnio o 30 proc. wyższe niż mężczyzn – wynika z raportu, do którego dotarła „Rz”. (…)

Prawie 1,3 mln złotych zarobiła w ubiegłym roku dyrektor zarządzająca dużego banku. Dyrektor generalna jednej z firm produkcyjnych zainkasowała prawie 900 tys. zł, całkowite zaś wynagrodzenie dyrektor handlowej w innej czołowej spółce sięgnęło 1,5 mln zł. To dwukrotnie więcej niż wynosząca 770 tys. zł średnia płaca członka zarządu dużego przedsiębiorstwa. (…) Potwierdzają to opracowane przez Hay Group porównania wynagrodzeń szefów 102 czołowych polskich firm – ich pensji podstawowych wraz z premią. Ubiegłoroczne zarobki kobiet zasiadających w fotelu prezesa były przeciętnie o 30 proc. wyższe niż mężczyzn [na tym samym stanowisku - T Ł]. Podobnie (choć przy mniejszej różnicy w płacy) było wśród członków zarządów.

Biorąc pod uwagę, że aktualnie w Polsce proporcje płci wśród osób kształcących się są silnie zaburzone na niekorzyść mężczyzn, dysproporcja ta w najbliższych latach zapewne jeszcze wzrośnie. Może nawet doczekamy czasów, gdy managerowie, którzy mieli nieszczęście urodzić się z niepoprawnym politycznie narządem rodnym, będą sobie w drodze do pracy podśpiewywać na starą melodię “Być kobietą, być kobietą, marzę będąc dyrektorem”…