Jak daleko można posunąć się w reklamie? Czy są granice, których nadawcy komunikatów (nie tylko reklamowych) nie powinni przekraczać? W programie Piotra Zworskiego „Twarzą w twarz” spieram się na ten temat z Juliuszem Braunem, byłym przewodniczącym Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji i aktualnym szefem Związku Stowarzyszeń Rada Reklamy. Punktem wyjścia dyskusji jest nieco już przebrzmiała kampania House’a “Strzeż mnie ojcze”.
Dziewictwo, kaganiec i knebel
17/05/2008Einstein o Bogu
15/05/2008Do domu aukcyjnego w Londynie trafił kilka dni temu list Alberta Einsteina do filozofa Erica Gutkinga. List, napisany 3 stycznia 1954 (rok przed śmiercią naukowca) w odpowiedzi na przysłany Einsteinowi przez Gutkinga egzemplarz książki “Choose Life: The Biblical Call to Revolt”, mocno wzbogaca naszą wiedzę na temat tego, w co właściwie wierzył największy fizyk wszechczasów. Jak się bowiem okazuje, wynoszony swego czasu pod niebiosa przez apologetów religii autor zdania „Nauka bez religii jest kaleką, religia bez nauki jest ślepa” (Die Naturwissenschaft ohne Religion ist lahm, die Religion ohne Naturwissenschaft ist blind) żywił prywatnie (przynajmniej pod koniec życia) znacznie mniej pojednawcze sądy na temat wiary w Boga i wszelkich systemów religijnych:
Słowo „Bóg” nie jest dla mnie niczym więcej, niż wyrażeniem, wytworem ludzkiej słabości, zaś Biblia – zbiorem poważanych, choć prymitywnych podań, które w dodatku są dosyć dziecinne. Nie zmieni tego żadna interpretacja, bez względu na to, jak subtelna by nie była. (…) Religia żydowska, tak jak inne religie, to dla mnie wcielenie najbardziej dziecinnych przesądów.
Mocne stwierdzenia, których nie powstydziłby się Dawkins w “Bogu urojonym” (już w pierwszym rozdziale cytujący przecież obficie Einsteina), pół wieku temu miały małe szanse na pojawienie się poza prywatną korespondencją – przede wszystkim ze względu na ducha czasów. Biorąc pod uwagę fakt, że w latach 50-tych nieprzystawanie do oczekiwań konserwatywnego, religijnego społeczeństwa nawet dla znanego naukowca mogło się skończyć katastrofą (dość wspomnieć zaszczutego za homoseksualizm ojca współczesnej informatyki, Alana Turinga), trudno się dziwić, że Einstein niezbyt często wyrażał osobiste poglądy na temat religii. Znacznie trudniej zrozumieć, dlaczego dotyczące tego zagadnienia fragmenty jego korespondencji musiały czekać na upublicznienie aż pół wieku…
Hej kolęda, kolęda
20/01/2008Zaległe, obiecane już na tamtą niedzielę “W dobrym tonie” (VOX FM) o chodzeniu po kolędzie. Czyli niepowtarzalna szansa usłyszenia mnie w jednym studiu z prawdziwym księdzem (ba, nawet misjonarzem). Słuchać uważnie, bo może się nie powtórzyć.
Poczęci inaczej
27/12/2007Najciekawsze fragmenty prelekcji największych w Polsce autorytetów naukowych w kwestii zapłodnienia pozaustrojowego (znanych mediom również jako biskupi katoliccy), wygłoszonych 24-25 grudnia w ramach tzw. homilii bożonarodzeniowych i pasterkowych, z komentarzem ułatwiającym niezorientowanym zrozumienie nauki Kościoła w odniesieniu do dzieci poczętych inaczej:
Biskup płocki ksiądz doktor Piotr Libera:
Nad Betlejem nieustannie unosi się cień Heroda. Czy nie jest to szatańska zagrywka? Dać początek jednej istocie ludzkiej i równocześnie zniszczyć kilka lub kilkanaście innych żywych ludzkich zarodków! Oto dlaczego Kościół mówi zdecydowanie “nie” metodzie poczynania ludzkiego życia w laboratorium.
No właśnie. Lepiej żeby nie było żadnych dzieci, niżby miały być tylko niektóre. A swoją drogą, przyznać trzeba, że taki pęd do zrównania wszystkich w nieistnieniu bije na głowę nawet komunizm w wykonaniu Czerwonych Khmerów. Tamci wszak zabijali jedynie istoty niesłusznie (bo w niesłusznych sferach) urodzone (lub choćby poczęte). Biskup Libera domaga się tymczasem odebrania prawa do życia zygotom, które jeszcze nie powstały. Wystarczy duszpasterzowi, że – gdyby powstały – powstałyby w próbówce, co przecież zbrodnią jest znacznie większą, niż nie-bycie chłopem w rządzonej przez Pol Pota Kambodży.
Czytaj resztę wpisu »
Egzorcyzmy pod Szczecinem
18/12/2007Lubisz kolor czarny? Oblałeś maturę z religii? Zamiast z własnym proboszczem wołałbyś spółkować z posłanką Senyszyn? Nie martw się. Już wkrótce Twe problemy przejdą do historii: w Puszczy Goleniowskiej powstaje (pod przepiękną nazwą “Oaza Maryi Królowej Światłości”) pierwszy w Polsce ośrodek leczenia opętanych. Za pomocą egzorcyzmów i innych metod nowoczesnej medycyny chrześcijańskiej będzie się w nim wyganiać Diabła z dusz ateistów, bezbożników, satanistów i wszystkich, którym nie podoba się to, co robi w Polsce Kościół katolicki. Czyli także takich jak Ty.
Nie wierzysz, że możesz być opętany? Toż właśnie czytasz bloga, którego autor, wedle pomysłodawcy utworzenia lecznicy (a swoją drogą, czy za pobyt tam będzie płacił NFZ?), księdza Andrzeja Trojanowskiego, spełnia najważniejsze kryteria opętania:
W swojej czteroletniej praktyce ks. Trojanowski wielokrotnie spotkał się z przypadkami demonicznego dręczenia, a także rzeczywistego opętania. Przez osoby nimi dotknięte działała szczególna nienawiść wobec wszystkiego, co święte. Niejednokrotnie objawiają one niezwykłe zdolności, jak (…) mówienie w nieznanych językach.
Jeśli ciągle jeszcze czytasz, nie oszukujmy się. Szatan zawładnął także Twoją duszą. Pakuj się zatem, druhu, i pod Szczecin. Ksiądz Andrzej czeka.
Biedroń, Dawkins i uczucia religijne
01/12/2007Obszerny wywiad na temat cenzury w Polsce, który można dziś przeczytać w “Życiu Warszawy”, zainspirowany tym, co ostatnio pisałem o protestach przeciw reklamie Red Bulla i o absurdalności wymogu odnoszenia się z szacunkiem do tego, w co wierzą inni ludzie, jak idiotyczne by to nie było…
Z Tomaszem Łysakowskim, medioznawcą, kulturoznawcą i blogerem, rozmawia Marcin Szymaniak
W filmiku reklamowym RedBulla do Maryi i małego Jezusa przychodzi nie trzech, lecz czterech króli, a ten czwarty przynosi pudełko z puszkami napoju. Reklamą zajęła się Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, która otrzymała protesty „oburzonych wiernych”. Czy gdyby był Pan szefem telewizji, to puszczałby Pan ten filmik?
Wiele reklam powstaje tylko po to, by je zdjęto z możliwie jak największym hukiem. Gdybym jako widz zobaczył tę reklamę w TV, to w ogóle bym jej nie zarejestrował i nie pomyślał, że ona może obrażać jakieś uczucia religijne. Natomiast gdybym był szefem prywatnej telewizji, wziąłbym pod uwagę, że KRRiTV może mnie ukarać wysoką grzywną i mógłbym zrezygnować z jej emisji. Wiedziałbym zresztą, że firma, która tę reklamę wypuściła, i tak nieźle na niej zarobi. Zakazana, czyli kontrowersyjna reklama nabiera atrakcyjności, dzięki czemu w internecie obejrzy ją potem znacznie więcej osób. Firmy często wtedy same umieszczają reklamy np. na YouTube, aby pojawiły się one w jak największej ilości blogów i serwisów internetowych.
Może firma inspirowała też protest „oburzonych wiernych”?
Nie mówię, że zrobili to sami pracownicy RedBulla. Bo właściwie po co mieliby to robić? Gdy rozpowszechnia się w miarę kontrowersyjną reklamę, to można liczyć, że i tak znajdą się jacyś oburzeni, którzy napiszą skargę. Gdyby nie to, nikt by nie zwrócił na nią uwagi. A tak mamy efekt. W psychologii nazywa się to teorią reaktancji: jeżeli ktokolwiek
zakazuje nam czegokolwiek, to od razu chcemy tego spróbować.W przypadku książki Roberta Biedronia o homoseksualizmie, której EMPiK odmówił w tym tygodniu promocji, też zadziała reaktancja?
Firma prywatna może sobie promować takie książki, jakie chce, a na miejscu Biedronia zacierałbym już ręce. To, co zrobił EMPiK, może być najlepszą promocją jego książki. Gdyby EMPiK zgodził się na jego spotkanie z czytelnikami, to informacja o książce ukazałaby się najwyżej na 20. stronie w lokalnym dodatku jakiegoś dziennika… Tymczasem dzięki EMPiK-owi Biedroń ma promocję na skalę krajową. Nie wiem nawet, czy nie było to celowo zaplanowane. Chociaż oczywiście mogę się mylić, bo ja wszędzie węszę spiski (śmiech). Sprowokowanie protestów i zakazów to w każdym razie świetna metoda marketingowa.
Wychodzi tu na jaw spora obłuda, bo przecież EMPiK jednocześnie mocno promuje antyreligijną książkę Richarda Dawkinsa “Bóg urojony” – manifest współczesnego walczącego ateizmu.
Dawkins jest mniej znany, ale i tak lepiej się sprzeda niż Biedroń. Mamy już w Polsce sporą grupę ludzi, którzy go czytają i kupią każdą jego książkę, bo mają gwarancję, że zawsze dowiedzą się czegoś nowego. Biedronia zna oczywiście więcej osób, lecz jego książka nie będzie miała aż takiego wzięcia, ponieważ łatwo się domyślić, co w niej znajdziemy. Gdy ktoś jest tak przewidywalny, to zainteresowanie musi być mniejsze.
Gore nam!
13/11/2007Na portalu gazeta.pl znalazłem przedruk opublikowanego pierwotnie w Die Zeit artykułu Josefa Joffego Klimatyzm – nowa świecka religia. I mocno się zdziwiłem, jako że dawno nie widziałem równie celnego podsumowania tego, co aktualnie zachodzi w przeżartych konsumpcją umysłach mieszkańców Europy i Ameryki Północnej, a co można streścić krótko jako… pędzącą lawinę nawróceń na nowe, coraz modniejsze wyznanie:
2000 lat po narodzeniu Chrystusa, a 1400 lat po Mahomecie nowa wiara ogarnia serca i umysły mieszkańców zachodniego świata. Owa religia to klimatyzm. (…) Tu każdy jest znawcą świętych pism, i każdy jest oświecony.
Oczywiście, oświecony tylko pod jednym warunkiem: że nie posiada wykształcenia kierunkowego w dziedzinie klimatologii. Dowodem wyznanie dwójki tegorocznych polskich pokojowych noblistów (tak, tak, Al Gore nie zgarnął całej kasy), czyli specjalistów z IPCC (Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu) Zbigniewa Kundzewicza i Piotra Tryjanowskiego. Dość nieoczekiwanie padło ono w wywiadzie, który dla Dużego Formatu przeprowadził z ekspertami Adam Kompowski:
Kundzewicz: Muszę powiedzieć, że klimat wciąga. Nie zawsze się nim zajmowałem, bo nie jestem z wykształcenia klimatologiem ani meteorologiem. Ale klimat, pogoda wpływa na nasze życie. (…)
Kompowski: A pan Piotr jest ornitologiem.
Tryjanowski: (…) To, że nie jesteśmy klimatologami, jest naszym atutem. Mamy inne spojrzenie, szersze.
Czytając to, nie nadążałem z przecieraniem oczu. Od biedy byłbym jeszcze w stanie znieść sytuację, w której ktoś się przyznaje, iż w dziedzinie, którą się zajmuje, nie jest specjalistą (doceniam, mimo wszystko, szczerość). Gdy jednak zaraz potem zaczyna ze swej ignorancji czynić cnotę, po prostu ręce opadają. Najgorsze jednak, gdy sobie człowiek uświadomi, że taki badacz właśnie za swój dorobek dostał Nobla. Jedyna pociecha, że nie w dziedzinie naukowej.
Szarlatan w sutannie
26/10/2007
Na onecie przedruk artykułu z “The Independent” o ojcu Pio z Pietrelciny. Znany (także w Polsce) stygmatyk okazuje się w nim niezwykle barwną postacią – a wszystko dzięki badaniom włoskiego historyka Sergio Luzzatto, który w watykańskich archiwach znalazł dość kłopotliwe dla Kościoła materiały na temat kultowego zakonnika.
Jak się okazuje, już w latach 20-tych i 30-tych Stolica Apostolska miała poważne wątpliwości co do rzeczywistej natury wizji, objawień i stygmatów charyzmatycznego mnicha. Wzbudzały je na przykład rzeczy, które sam zainteresowany opowiadał o sobie: twierdził m.in. że ma zdolności telepatyczne i widzi przyszłość. Niemniej chyba najciekawsza była bilokacja. Ojciec Pio utrzymywał, że zdarza mu się przebywać w kilku miejscach jednocześnie, co zresztą skrzętnie potwierdzali wierni, donoszący o zauważeniu nieruszającego się z San Giovanni Rotondo zakonnika w Genui, Rzymie, Urugwaju czy Milwaukee. Tymczasem Święte Oficjum w Watykanie już w pierwszej połowie XX wieku podchodziło do tych rewelacji dość sceptycznie.
Nierówne standardy
24/10/2007W “Tygodniku Powszechnym” wstrząsający artykuł o tym, ile się trzeba w Polsce nachodzić, chcąc dokonać oficjalnej apostazji (okropne słowo, brzmi jak połączenia aborcji z eutanazją) z Kościoła katolickiego. I to nie samemu, ale z dwoma świadkami – jedną osobę ksiądz może po prostu odesłać z kwitkiem. Co więcej, w większości przypadków nie wystarczy proste oświadczenie woli, że nie chce się napędzać kościelnych statystyk – trzeba mozolnie wytłumaczyć duchownemu, kiedy i w jakich okolicznościach straciliśmy wiarę (domyślnie przyjmuje się, że wszyscy Polacy wierzą w Boga) i wysłuchać wiązanki napomnień, której długość zależy od stopnia determinacji duszpasterza.
Do wariatkowa, proszę
10/06/2007Ostatnie dni przyniosły dwa newsy, które każą się zastanowić nad tym, ile mamy jeszcze wolności słowa w Polsce. Pierwszy, szeroko dyskutowany: “Dziennik” opublikował treść pozwu Michnika przeciw Krasowskiemu. Drugi, mniej głośny, choć nie mniej złowrogi: 33-letni anglista został skazany na pół roku w zawieszeniu za umieszczenie w Internecie fotomontażu Jezusa z twarzą Stalina. A wszystko to w europejskim kraju, który chełpi się przestrzeganiem demokratycznych standardów, do których, jak wiemy, należą również gwarancje wolności słowa.
Mało kto zdaje sobie sprawę, jak osobliwie nasza sytuacja w tej dziedzinie może wyglądać dla osoby z zewnątrz. Otóż bezkarnie krytykować i wyśmiewać można sobie w Polsce właściwie tylko polityków, a i to nie wszystkich. Giertych i Wierzejski drwiny i szyderstwa przyjmują tak, jakby sprawiały im one przyjemność. Po Kaczyńskim najgorsze obelgi spływają jak po kaczce. Ale już taka Sobecka za „babsztyla” wytacza procesy, podobnie jak Hojarska za włosy na klacie. Znacznie bardziej od polityków wrażliwi na krytykę wydają się sami dziennikarze. Każdy może napisać sobie, co chce o Adamie Michniku lub Elizie Michalik, jeżeli jednak to, co napisze, nie spodoba się bohaterowi lub bohaterce artykułu, musi liczyć się z tym, że za kilka dni do drzwi może zapukać mu listonosz z wezwaniem z sądu. Najgorzej jest jednak z wolnością wypowiedzi na temat rzeczy, w które wierzą współobywatele. Absurdalność wierzenia nie gra roli (choć pewną rolę odgrywa publikacja, w której dany absurd pochodzi: za kpiny z prawd objawionych w Biblii łatwiej w Polsce zostać skazanym niż za kpiny z prawd objawionych w Koranie), chodzi tylko o to, by było to wierzenie w coś, co z naukowego punktu widzenia nie trzyma się kupy (jak widać, nasz prawodawca uznał, że nauka obroni się sama). Na przykład że świat został stworzony w sześć dni lub że pewien pan dwa tysiące lat temu trzy dni po śmierci wyszedł z grobu, po czym regularnie odwiedzał swoich znajomych, przenikając przez zamknięte drzwi ich domów.
Jakkolwiek mógłbym jeszcze zrozumieć, gdyby niedorzeczne prawo było przynajmniej konsekwentne i w ramach walki z obrażaniem uczuć religijnych tępiło rzeczy, które faktycznie mogą w religijność godzić (np. podręczniki do fizyki i biologii, uczące dzieci, że świat wcale nie powstał tak, jak utrzymuje Biblia, oraz że ludzie nie przenikają przez zamknięte drzwi), pomysł skupiania się w pierwszym rzędzie na integralności świętych obrazków (nie taki zresztą nowy – pamięta ktoś jeszcze procesy tygodnika “Wprost” za okładkę z Matką Boską Częstochowską w masce gazowej?) trudno uznać za coś innego niż szczyt paranoi. Jak każdy normalny człowiek, szanuję ludzi, którzy wymyślili rzeczy, w które wierzę, lub napisali ważne dla mnie książki. Karol Darwin, Richard Dawkins czy Steven Pinker znaczą dla mnie, jak podejrzewam, nie mniej, niż dla katolika Jezus Chrystus lub Maryja, czy dla muzułmanina Mahomet. Gdybym jednak pewnego dnia zaczął odczuwać potrzebę pójścia do sądu i domagania się ukarania kogoś za to, że zrobił karykaturę Darwina bądź fotomontaż z brzuchem Dawkinsa, prawdopodobnie natychmiast zadzwoniłbym po karetkę.
Po czym kazałbym się wieźć do najbliższego wariatkowa.
Opublikował/a TŁ
Opublikował/a TŁ
Opublikował/a TŁ
Z Tomaszem Łysakowskim, medioznawcą, kulturoznawcą i blogerem, rozmawia Marcin Szymaniak