Strach się nie bać

20/10/2009

Co to jest strach? Czym się różni od lęku, a czym od fobii? Dlaczego dla naszych przodków bardziej opłacalne było uciekać przed wężem niż go gonić? Dlaczego dziś bardziej boimy się pająków niż motocykli na jezdni i mamy większe opory przed lotem samolotem bardziej niż przed jazdą samochodem, nawet jeśli wiemy, że motocykl i samochód statystycznie mają wielokrotnie większą szansę pozbawić nas życia niż pająk czy samolot? Odpowiedź nie jest trudna – w sobotę w Radiu Euro zabrała mi tylko 15 minut:


Słodycze źródłem agresji

02/10/2009

Dając dziecku cukierka, zwiększasz szanse, że wyrośnie na chama lub przestępcę – tym zdaniem, które na niejednego rodzica podziała jak zimny prysznic, można podsumować wyniki badania zespołu dr. Simona Moore’a, które publikuje październikowy British Journal of Psychiatry.

Zespół z Uniwersytetu w Cardiff przebadał w latach siedemdziesiątych 17 500 dziesięciolatków. Dzieci podzielono na dwie grupy w zależności od deklarowanego spożycia słodyczy: te w pierwszej jadły cukierki codziennie, te w drugiej dostawały je rzadziej. W kolejnej turze badania, którą przeprowadzono w latach 2000-2009, sprawdzono, jaki odsetek przebadanych miał w wieku 34 lat za sobą wyrok skazujący za przestępstwo związane z użyciem przemocy. Następnie poszukano korelacji.

I tu niespodzianka. 69 procent skazanych okazało się bowiem byłymi łasuchami, podczas gdy w grupie nieskazanych ci, którzy w dzieciństwie dostawali co dzień cukierki, stanowili tylko 42 procent. Oczywiście, w obu grupach “słodyczowych” przeważali nieskazani (tak jak przeważają w całym społeczeństwie) – duża różnica między skazanymi i nieskazanymi była jednak – biorąc pod uwagę liczebność próby – istotna statystycznie.

Teraz pozostaje znaleźć teorię, która by to tłumaczyła (i, jak każda teoria naukowa, dawała w przyszłości podobne wyniki). Faworytką zespołu Moore’a jest teoria uczenia się, z naciskiem na uczenie się umiejętności oczekiwania na odroczoną gratyfikację (naukowa nazwa na zjawisko z pogranicza pokory, cierpliwości i zdolności do inwestowania). Ogólnie chodzi w niej o to, że gdy ktoś w dzieciństwie przyzwyczai się do tego, że różne rzeczy dostaje bez wysiłku i czekania, w życiu dorosłym będzie reagował agresywnie, gdy nie dostanie tego, co chce, albo gdy będzie musiał na to czekać. W efekcie zabierze to sobie siłą, ukradnie po kryjomu, pobije posiadacza lub – w ostateczności – wyładuje się na osobie trzeciej.

Na dobrą sprawę w zależność może być uwikłany także jakiś czynnik trzeci. Dzieci, które dostawały słodycze, mogły być generalnie bardziej rozpieszczane (cukierki nie są wtedy przyczyną, ale objawem drugiej zmiennej, którą stanowi rodzic spełniający wszelkie zachcianki swej pociechy) i to właśnie to (a nie samo pochłanianie węglowodanów czy czekanie na nagrody) mogło sprawić, że są dziś bardziej egotyczne i narcystyczne – od czego już tylko krok do agresji w stosunku do tych, którzy nie dostrzegają ich doskonałości. Z drugiej strony przekarmione czekoladkami dziecko miało większe szanse na nadwagę w życiu dorosłym, ta zaś w naszej ceniącej szczupłą sylwetkę kulturze może wywoływać frustrację, od której tylko krok do agresji… Te dwie teorie przychodzą do głowy jako pierwsze, ale przecież nie można wykluczyć także jakiegoś delikatnego związku między poziomem glukozy lub serotoniny (najedzone czekoladkami maluchy średnio były pewnie bardziej zadowolone od swych rówieśników) w mózgu w dzieciństwie, a późniejszym poziomem neuroprzekaźników lub budową synaps.

Na razie wiadomo więc tyle, że na dobrą sprawę nic nie wiadomo. Poza, oczywiście, tym, że jedzenie słodyczy za młodu zwiększa prawdopodobieństwo, że w sile wieku trafi się za kratki.


Socjobiologia seksu z nastolatką

30/09/2009

Nic tak nie kręci ostatnio mediów w Polsce, USA i Francji, jak seks dorosłego mężczyzny z trzynastoletnią dziewczynką. Wszystko za sprawą bardzo znanego reżysera, któremu na starość przychodzi odpowiedzieć za pewien grzech młodości (jeśli można tak nazwać okolice czterdziestki). Z tej okazji opowiemy dziś sobie o tym, co dokładnie ciągnie niektórych statecznych, ustawionych panów w sile wieku do podlotków – i dlaczego.

Nim przejdę do właściwych rozważań, pragnę jednak wyraźnie zaznaczyć, że żadna część tego wpisu nie ma na celu obrony tych, którzy dopuszczają się z nieletnimi czynów zagrożonych sankcją prawną. Wbrew temu, co na filmach amerykańscy adwokaci próbują wmówić sędziom przysięgłym, zrozumieć to wcale nie znaczy usprawiedliwić. Mogę doskonale rozumieć motywy X-a, który napadł na bank (chciał być bogatszy), za plecami żony związał się z kochanką (rozpowszechniona wśród wielu gatunków skłonność samców do kumulacji samic) czy jako polityk załatwił swojej córce intratną posadę w państwowym przedsiębiorstwie (biologiczny imperatyw dbania o własne geny), ale to wcale nie znaczy, że mam ich traktować bardziej pobłażliwie. Większość ludzi chciałaby mieć dużo pieniędzy, co jednak wcale nie przekłada się u nich na okradanie banków; gros mężczyzn lubi seks – ale to nie znaczy, że kopulują z każdą chętną kobietą i gwałcą każdą, która stawia opór. Jeśli ktoś powyższych hamulców nie ma, powinien ponosić tego konsekwencje (choć zupełnie innym problemem jest tu adekwatność kary: już Rzymianie wiedzieli, że chcącemu nie dzieje się krzywda, zatem ściganie Polańskiego przez pół życia za czyn, co do którego ciężko nawet stwierdzić, czy ofierze – dla której nie był to pierwszy stosunek i którą reżyserowi na seks podesłała własna matka – w jakikolwiek sposób zaszkodził, może się niektórym wydawać absurdem; tylko że – tu uwaga do artystów i ludzi kultury – jak nam się jakiś przepis prawny nie podoba, warto go zwalczać w ogóle, a nie wyłącznie wtedy, gdy za jego naruszenie przymkną nam kolegę).

Dla psychologa ewolucyjnego ludzie są przede wszystkim zwierzętami. Jak wszystkie inne zwierzęta mają więc genetycznie zakodowane instynkty, sprawiające, że odczuwają głód, kiedy organizmowi zaczyna brakować energii (lub przynajmniej gdy do mózgu dochodzą – nie zawsze prawdziwe – informacje, że zgromadzonym w postaci tłuszczu zasobom energii grozi wyczerpanie), pragnienie (gdy mózg uznaje, że w organizmie jest za mało płynów), czy zmęczenie i senność (gdy mózg lub reszta organizmu potrzebują regeneracji). Jednym z takich instynktów jest popęd do rozmnażania się – niezmiernie ważny, gdyż tylko dzięki niemu człowiek jest w stanie przekazać dalej swój materiał genetyczny.

Teraz parę słów o wymaganiach i preferencjach, jakie mężczyźni historycznie (nasze potrzeby seksualne nie ukształtowały się wczoraj – odpowiadają za nie miliony lat doboru naturalnego na afrykańskich stepach) wykazywali w stosunku do potencjalnych partnerek, tak w związkach stałych, jak i przelotnych. Zgodnie zarówno z dzisiejszą wiedzą psychologów ewolucyjnych, jaki i z sądami potocznymi, nie są one zbyt skomplikowane, ba, na rynku nie brakuje też przystępnie napisanych podręczników akademickich (“Psychologia ewolucyjna” Davida M. Bussa, “Kobiety i mężczyźni: Odmienne spojrzenia na różnice” Bogdana Wojciszkego), jak i publikacji popularnonaukowych (“Ewolucja pożądania” Bussa, “Mózg i płeć” Debory Blum, “Geny a charakter” Deana Hamera, “Czerwona królowa” Matta Ridleya), których twierdzenia w interesującej nas materii pozwolę sobie tu pokrótce streścić.

Zatem od początku: to, co najbardziej wpływa na postrzeganą atrakcyjność kobiety w oczach mężczyzny, to według socjobiologów przede wszystkim szeroko rozumiane wyznaczniki zdrowia i płodności przyszłej partnerki – cechy, które miały mężczyznę upewnić, że kandydatka na żonę lub partnerkę urodzi mu dużo dzieci. Jak pokazują badania międzykulturowe zespołu Bussa, mężczyźni w wielu zróżnicowanych społecznościach zwracają uwagę przede wszystkim na takie cechy potencjalnej partnerki, jak budowa ciała, piersi, bioder, czy (uwaga!) sygnały świadczące o wieku kobiety.

Psychologowie ewolucyjni nie mają problemu z określeniem przyczyn tego zjawiska. W naszej ewolucyjnej przeszłości, aby mężczyzna mógł odnieść sukces reprodukcyjny (czyli jak najwydajniej przekazać dalej swe geny), potrzebował kobiety zdolnej do urodzenia maksymalnej liczby dzieci. Śmiało można powiedzieć, że w społeczeństwach pierwotnych czy nawet znanych nam pierwszych cywilizacjach, im więcej potomstwa kobieta mogła wydać na świat, tym większa była jej wartość na rynku matrymonialnym – czy, jakbyśmy dziś powiedzieli, wartość rozrodcza. Trudno zaś nie zauważyć, że np. trzynastolatka ma wyższą wartość rozrodczą niż trzydziestolatka – ta pierwsza ma przecież przed sobą czas na urodzenie statystycznie większej liczby dzieci. Dlatego nie dziwi nikogo, że zanim ludzkość wpadła na pomysł, że dobro dziecka należy chronić także w sferze seksualnej, związki takie jak małżeństwo dorosłego Jagiełły z dwunastoletnią Jadwigą, uznawano za absolutną normę.

Dokładne wytyczne, jakie w mózgach większości mężczyzn zakodowały geny w materii wyboru partnerki, skrupulatnie wyliczył Steven Pinker w “Jak działa umysł”:

Czego powinni szukać mężczyźni u kandydatki na żonę? Pomijając wierność, która jest gwarancją ich ojcostwa, kobieta powinna być zdolna do urodzenia tylu dzieci, ile to możliwe (tak zostały skonstruowane nasze skłonności: nie znaczy to jednak, że mężczyźni dosłownie chcą mnóstwa niemowlaków). Powinna być płodna, co znaczy, że powinna być zdrowa i dojrzała, ale przed okresem przekwitania. (…) W małżeństwie liczy się, ile potomków mąż może oczekiwać od żony na dłuższą metę. Ponieważ kobieta może urodzić i wykarmić piersią jedno dziecko co kilka lat, a liczba jej płodnych lat jest ograniczona, im młodsza panna młoda, tym większa przyszła rodzina. Dotyczy to nawet najmłodszych żon, mimo że nastolatki są nieco mniej płodne niż kobiety po ukończeniu dwudziestego roku życia.

Co znamienne, zaraz potem zauważa Pinker, że ta potępiana i wyśmiewana skłonność mężczyzn do młodszych partnerek przewrotnie wynika… z faktu, że ludzkie samce partycypują w opiece nad potomstwem:

Jakby na przekór teorii, że „mężczyźni są szujami”, zamiłowanie do powabnych młodych dziewcząt mogło ewoluować w służbie małżeństwa i ojcostwa, a nie przygodnych romansów. Wśród szympansów. gdzie rola ojca kończy się wraz z kopulacją, niektóre z najbardziej pomarszczonych i obwisłych samic są najbardziej seksowne.

Jednostkowe przypadki nie musiały, oczywiście, potwierdzać statystyki ogólnej. Wystarczyło jednak, by mężczyźni wiążący się z młodszymi kobietami zostawiali choćby trochę więcej dzieci niż ci wolący panie dojrzałe, by w perspektywie dziesiątków i setek tysięcy lat to ich geny wygrały i zdominowały populację.

Tym, którzy chcieliby wyliczance Pinkera zarzucić, że to wyjaśnianie ex post, psycholog ewolucyjny David Buss podaje w “Psychologii ewolucyjnej” dalsze dowody pośrednie:

Po pierwsze, mężczyźni odpowiadający na ogłoszenia matrymonialne częściej są zainteresowani tymi kobietami, które deklarują, że są młode i atrakcyjne fizycznie. Po drugie, mężczyźni na całym świecie poślubiają kobiety średnio o 3 lata od nich młodsze; mężczyźni, którzy rozwodzą się i żenią powtórnie, wybierają jeszcze młodsze kobiety. Średnia różnica wieku przy powtórnym małżeństwie wynosi 5, a przy trzecim – 8 lat. Po trzecie, kobiety poświęcają dużo energii na poprawienie swojego wyglądu, co świadczy o tym, że męskie preferencje wpływają na ich zachowanie. Po czwarte, kobiety w walce z rywalkami posługują się często takimi metodami, jak kwestionowanie ich urody (…). Metody te są skuteczne, ponieważ godzą w czuły punkt męskich oczekiwań względem stałej partnerki.

Oczywiście, jak zauważa ten sam autor w „Ewolucji pożądania”, dana nastolatka może okazać się bezpłodna i nie urodzić żadnego dziecka, a trzydziestopięciolatka mimo swego wieku może jeszcze wydać na świat przynajmniej pół tuzina potomków. Statystycznie jednak wśród naszych przodkiń liczba potencjalnych dzieci odwrotnie korelowała z wiekiem i nasi praojcowie musieli to brać pod uwagę. W każdym razie ci, którzy nie brali, nie są naszymi praojcami.

Rzeczywista wartość rozrodcza kobiety ma jednak to do siebie, że nie jest wprost zauważalna. Kobieta wyglądająca na młodą i zdrową może być w istocie bezpłodna lub rodzić dzieci z obciążeniami genetycznymi. O wszystkim tym mężczyzna nie może się dowiedzieć z jej wyglądu – czasami nie wie o tym sama kobieta. Niemniej, jak dodaje Buss, nasi przodkowie musieli polegać na jakichś pośrednich i łatwo dostrzegalnych wskazówkach co do rzeczywistej zdolności reprodukcyjnej kobiety. Najlepszymi kandydatami na takie wskaźniki były zaś młodość i zdrowie. Nawet dziś kobieta stara czy chora ma znacznie mniejsze szanse na wydanie na świat potomka niż młoda i zdrowa. W czasach naszej ewolucyjnej historii szanse kobiet starszych (co wtedy oznaczało przekroczenie 30-tki) czy chorych, zarówno na potomstwo, jak i na samo przeżycie, były tymczasem drastycznie mniejsze mniejsze niż współcześnie. Trudno się w takim razie dziwić, że nasi praojcowie na partnerki seksualne brali je w ostatniej kolejności.

Jak się to wszystko jednak ma do sprawy Polańskiego – zapytasz zapewne czytelniku – skoro wiemy, że reżyser nie spółkował z nastolatką po to, żeby mieć potomstwo, ba, podjął nawet pewne środki zaradcze (seks analny), by tego uniknąć. Tu znów wkracza Pinker, który – tym razem w kultowej książce “Tabula rasa: Spory o naturę ludzką” – bardzo przystępnie wyjaśnia to, przechodząc od genów do błyskotliwej teorii bliższych i dalszych celów adaptacyjnych:

Wszystko to nie oznacza, że ludzie w sensie dosłownym dążą do kopiowania swoich genów. Gdyby nasz umysł działał w taki właśnie sposób, to mężczyźni ustawialiby się w kolejkach do banków spermy, a kobiety płaciłyby za możliwość oddawania własnych komórek jajowych bezpłodnym parom. Można jednak wnioskować, że dziedziczne systemy służące do uczenia się, myślenia i odczuwania mają taką konstrukcję, jaka na ogół sprzyjała przetrwaniu i bardziej skutecznej reprodukcji w środowiskach, w których ewoluowali nasi przodkowie. Ludzie lubią jeść, a w świecie pozbawionym barów szybkiej obsługi motywowało ich to do odżywiania się, nawet jeśli nigdy nie myśleli o jedzeniu w kategoriach jego wartości odżywczej. Ludzie uwielbiają seks i kochają dzieci, a w świecie, w którym nie znano antykoncepcji, te upodobania wystarczyły, aby geny mogły same zatroszczyć się o siebie.
Różnica między mechanizmami, które w danej chwili (w czasie rzeczywistym) popychają organizmy do działania, a tymi, które kształtowały organizmy w toku ewolucji, jest tak istotna, że doczekała się naukowego nazewnictwa. Przyczyna bliższa (proximate cause) to mechanizm uruchamiający konkretne zachowania w czasie rzeczywistym, na przykład głód czy pożądanie, które popychają ludzi do jedzenia i uprawiania seksu. Przyczyna dalsza (ultimate cause) to motyw adaptacyjny, leżący u źródeł danej przyczyny bliższej, na przykład potrzeby odżywienia organizmu i rozmnażania się, pod których wpływem ewoluowały w nas popędy głodu i pożądania seksualnego. Rozróżnienie między przyczynami bliższymi a dalszymi jest niezbędne do tego, abyśmy mogli zrozumieć samych siebie, wyznacza ono bowiem odpowiedź na wszelkie pytania typu: „Dlaczego ten człowiek postąpił w taki, a nie inny sposób?” Rozważmy prosty przykład. Na poziomie przyczyn dalszych ludzie uprawiają seks, żeby się rozmnażać (bo przyczyną dalszą współżycia seksualnego jest reprodukcja), ale na poziomie przyczyn bliższych mogą robić wszystko, co w ich mocy, żeby nie doszło do zapłodnienia (bo przyczyną bliższą uprawiania seksu jest przyjemność).

I tyle o jawnych i ukrytych motywach Polańskiego, gdy zrywał trzynastoletni owoc. O intencjach i motywach samego owocu napiszę już wkrótce.


Dzień Dobrej Wiadomości

08/09/2009

Niemal każdy wie, że 8 marca to Dzień Kobiet, niewielu jednak zdaje sobie sprawę, że dokładnie pół roku później przypada jeszcze sympatyczniejsze święto: Dzień Dobrej Wiadomości. Ja sam dowiedziałem się o nim dopiero wczoraj, gdy stawiłem się wczoraj wieczorem w Polskim Radiu Euro, by porozmawiać z Tomkiem Kosiorkiem o tym, dlaczego we współczesnych mediach dobra wiadomość jest aż takim rarytasem:


Depresja powakacyjna

31/08/2009

31 sierpnia, ostatni dzień tradycyjnie rozumianych wakacji, przypadł w tym roku w poniedziałek. Oznacza to, że choć dzieci do szkół wybiorą się dopiero jutro (a studenci na uniwersytety dopiero za miesiąc), ich rodzice już dziś wracają do hal fabrycznych, kas sklepowych i za biurka. Nie wszyscy w podskokach: wielu na myśl o końcu wakacji i powrocie do miejsca pracy odczuwa obniżenie nastroju (w pełni uzasadnione, jeśli urlop był pełen wrazeń i przyjemności, a praca nudna, monotonna lub zbyt nisko płatna), apatię, załamanie lub agresję (wobec podwładnych, interesantów, czy nawet dzieci, które ciagle mają wolne). O tym, jak sobie z tym poradzić, zapytała mnie dziś rano w Radiu Dla Ciebie Joanna Ołdakowska:


Psychologia totolotka

14/08/2009

Włosi oszaleli na punkcie totolotka. I trudno im się dziwić: do wygrania w najbliższy poniedziałek mają 136 milionów euro, czyli ponad 560 milionów naszych złotych. Marcin Szymaniak namówił mnie z tej okazji z tej okazji na mały wywiad, który poszedł w dzisiejszym numerze “Rzeczpospolitej”. Parę mych przemyśleń wyleciało z wersji ostatecznej (czemu trudno się dziwić, rozmowa trwała pół godziny, a zostały z niej cztery akapity), więc dodaję je tutaj w nawiasach:

Rz: Dlaczego w przypadku dużej kumulacji ludzie masowo wykupują losy, mimo że prawdopodobieństwo wygranej jest bliskie zeru?
: [...] Rzecz w tym, iż prawidłowo funkcjonujący człowiek [na ogół] myśli, że spotkają go rzeczy dobre. Ma nadzieję, że wygra [w totolotka], choć jest to absurdalne [a przynajmniej niezwykle mało prawdopodobne. Nie wierzysz, Czytelniku? No to wyobraź sobie, że zakreślasz na kuponie numerki 1, 2, 3, 4, 5, 6. I teraz odpowiedz mi: jak sądzisz, czy prawdopodobieństwo, że je trafisz jest większe, czy mniejsze, niż to, że trafisz zupełnie przypadkową kombinację liczb? Większość z nas odpowie, że taka kombinacja jest mniej prawdopodobna, tymczasem w rzeczywistości jest ona tak samo prawdopodobna jak każda inna. Gdy zdasz już sobie z tego sprawę, zrozumiesz, jak mało prawdopodobne jest wygranie w toto i dlaczego tak niewielu wygrywa. Mimo to jednak pozytywne myślenie przynosi nam sporo pożytków: dzięki niemu człowiek w ogóle podejmuje wyzwania.] Zakłada firmę, licząc na sukces, choć część takich przedsięwzięć kończy się klapą. [...] Gdyby nie ten efekt, firmy by nie powstawały, gospodarka by stanęła, społeczeństwo pogrążyłoby się w stagnacji.
Rz: Gdy stawka jest mniejsza, chętnych do gry nie ma jednak tak wielu.
: Standardowa wygrana nie działa na wyobraźnię, bo ludzie się do niej przyzwyczaili. Kierują się poza tym w pewnym sensie rachunkiem ekonomicznym. Czym innym jest zapłacić 2 zł i wygrać milion, a czym innym za te 2 zł dostać 100 milionów. Co można mieć za milion? W Polsce zwycięzca zmienia mieszkanie czy dom, kupuje nowe auto i dużo już mu z tego nie zostaje. Ze 136 milionami euro, tak jak dziś we Włoszech, zwycięzca jest już natomiast milionerem pełną gębą.
Rz: I żyje sobie w puchu, nie pracując, do końca swoich dni.
: Nie zawsze. Zdarzały się przypadki takich zwycięzców, którzy przepuścili wygraną i kiepsko skończyli.
Rz: Mieszkańcy Ficarry na Sycylii zbiorowo skreślili numery związane z Matką Boską, licząc na pomoc.
: To próba przechytrzenia rachunku prawdopodobieństwa [podobna innym zabiegom magicznym, które ludzie wykonują od zarania dziejów. Każdy taki zabieg ma to do siebie, że od czasu do czasu przynosi skutek. Jeśli tańczymy, by wywołać deszcz, zawsze jest szansa, że ten deszcz spadnie - tyle że dziś dzięki postępom nauki wiadomo już, że związek przyczynowo-skutkowy tu, łagodnie mówiąc, pozostawia wiele do życzenia. To jednak nie przeszkadza niektórym wierzyć w taki lub podobny związek i uzasadniać swą wiarę anegdotycznymi przypadkami zaklęć, czarów i modlitw, które odniosły skutek. Na takiej ludzkiej łatwowierności zbudowały swój sukces m.in. sanktuaria, przyjmujące rocznie miliony pielgrzymów i mogące pochwalić się np. setką "cudów", udokumentowanych w ostatnich 50 lat. Ale na lekcjach religii nie uczy się statystyki]. Gdyby [mieszkańcy Ficarry] wygrali, byłoby to dla nich potwierdzeniem skuteczności tego zabiegu. Ale jeśli przegrają, na pewno nie osłabi to ich wiary. Prawdopodobnie uznają, że akurat w tej dziedzinie Matka Boska nie działa i na przyszłość będą chcieli pomóc sobie innym sposobem. Mogą na przykład zapytać o poradę wróżkę. Grający na loterii często tak robią, nie zwracając jakoś uwagi, że gdyby wróżka znała szczęśliwe numery, to sama skreśliłaby zakład i została milionerką.


Awantura o Rorschacha

09/08/2009

Od kilku tygodni wrze w środowiskach amerykańskich psychoanalityków, psychologów, psychoterapeutów i psychiatrów, po tym, jak kanadyjski lekarz James Heilman opublikował na anglojęzycznej Wikipedii plansze i klucze testu plam Rorschacha. Zrobił to w pełni legalnie, gdyż prawa autorskie, chroniące stworzone przed 90 laty narzędzie diagnostyczne, niedawno w Stanach wygasły. Krok Heilmana i późniejsza odmowa usunięcia materiałów ze strony administratorów Wikipedii sprawiły, że na internetową encyklopedię posypały się gromy: ostatnio nawet z łamów wpływowego New York Timesa.

Prym w ataku wiodą psychoanalitycy i psychologowie kliniczni. Skądinąd trudno dziwić się ich zacietrzewieniu: większość na co dzień używa testów Rorschacha w pracy z pacjentami i klientami, mimo kontrowersji, jakie narzędzie to budzi od ponad półwiecza.

Rorschach_blot_05Test Plam Rorschacha to bowiem w istocie nie żaden test (w potocznym tego słowa rozumieniu), tylko zestaw 10 tablic z symetrycznymi plamami z atramentu. Pięć plam jest szaroczarnych (przykładowa po lewej stronie), dwie – szaroczerwone, a trzy – kolorowe. Wszystkie są wieloznaczne i mogą być dowolnie interpretowane w zależności od pory dnia, temperatury otoczenia i stopnia napełnienia żołądka osoby odpowiadającej.

W trakcie samej diagnozy badany siedzi sobie wygodnie, patrzy na pokazywane mu plamy i mówi, co widzi. To, co twierdzi, że zobaczył (motylki, słonie i niedźwiadki są generalnie OK, faceci z siekierami, którzy właśnie posiekali swe córki – już nie bardzo), na czym się skoncentrował (zbyt wysoka szczegółowość odpowiedzi znamionować może nerwice i obsesje), jakie dodatkowe uwagi zgłosił (konstatacja, że rysunki są lustrzanymi odbiciami, to na przykład niezawodny sygnał narcyzmu) oraz jak zachowywał się przy udzielaniu odpowiedzi (czy np. nie był zbyt spokojny lub zbyt zdenerwowany), pozwoli potem badającemu ustalić, jakie choroby psychiczne i fizyczne dręczą pacjenta. “Fizyczne” wpisałem tu nie bez kozery: część entuzjastów plam Rorschacha uważa, że można z ich pomocą zdiagnozować nawet raka.

Trochę gorzej radzi sobie Rorschach z przypadłościami psychicznymi. Gdy w 1999 w ramach jednej z prób udowodnienia wartości diagnostycznej testu przebadano nim 123 przypadkowo dobranych klientów pewnej kalifornijskiej stacji krwiodawstwa, niezależnie interpretowane wyniki pokazały… schizofrenię u co szóstego badanego i patologiczny poziom narcyzmu u co trzeciego! Nie trzeba chyba dodawać, że żaden z przebadanych krwiodawców nie zdawał sobie wcześniej sprawy z posiadania tych tragicznych przypadłości.

Standardem w diagnozowaniu chorób z uwag o plamach jest też nadreprezentacja zaburzeń osobowości, które w warunkach laboratoryjnych test wykrywa u co drugiego badanego. Nawet przeciwnicy narzędzia przyznają jednak, że notuje ono większą skuteczność na polu identyfikowania przestępców seksualnych i ich ofiar niż lanie wosku i czytanie z fusów.

Wszystko to brzmi tak absurdalnie, że aż zabawnie. Przestaje jednak człowiekowi być do śmiechu, gdy sobie uświadomi, że skompromitowany metodologicznie test, którego rzetelność doprowadza do białej gorączki specjalistów od psychometrii, a trafność wywołuje uśmiech politowania u certyfikowanych różczkarzy i doświadczonych tarocistek, jest najczęściej wykorzystywanym na świecie narzędziem „profesjonalnej” diagnozy psychologicznej. Dość wspomnieć, że sondażu przeprowadzonym w 1995 roku do używania testu przyznało się 82% amerykańskich psychologów klinicznych. 43% dodało, że sięga po niego często. Co więcej, w latach 1996-2006 częstotliwość jego stosowania wzrosła podobno aż czterokrotnie…

W tym momencie przestaje dziwić zaciekłość, z jaką światek pseudonaukowców z tytułami (żeby nie było, że uogólniam: przeważająca większość psychologów publikujących w recenzowanych czasopismach gromadzi dane za pomocą zestandaryzowanych, rzetelnych i trafnych testów, które w przeciwieństwie do Rorschacha dają porównywalne i powtarzalne wyniki; problem w tym, że większość tych badaczy robi kariery w laboratoriach uniwersyteckich lub w marketingu, a nie idzie „leczyć” ludzi) stanął w obronie swej tajemnej dotąd wiedzy. No, właściwie nie tak do końca tajemnej: plamy i ich interpretacje znaleźć można było zarówno w amerykańskich podręcznikach, jak i w literaturze „popularnej” od ponad 30 lat. W opublikowanym w 1983 r. bestsellerze „Big Secrets” Williama Poudstone’a znalazł się nawet oddzielny rozdział, poświęcony drobiazgowej analizie każdego z obrazków. Książka zawierała również zalecenia, jak odpowiadać, by badający wziął nas za samo dobro. Jak wszystkie „tajne” testy psychologów, był też Rorschach obecny w internecie. ilustracje i klucze nietrudno było znaleźć m.in. na serwisach wymiany plików typu rapidshare i w sieciach P2P. Wystarczyło poszukać.

Publikacja na Wikipedii sprawiła, że już nie trzeba szukać – po wpisaniu frazy “Rorschach test” w okno google’a hasło z internetowej encyklopedii wyskakuje jako pierwsze. Zawartość hasła tymczasem na razie raczej nie zniknie: Wikipedyści cenzury nie lubią, więc w sporze stanęli murem za Heinmanem.

Zwolennikom tajności testu pozostało złorzeczenie społecznościom internetowym i biadolenie nad tym, jak to ujawnienie ich tajemnicy uderzy w pacjentów. Heinman w odpowiedzi przypomina historię używanej przez okulistów tablicy Snellena. Służącą do oceny ostrości wzroku planszę od lat można sobie ściągnąć z sieci i przed pójściem do okulisty nauczyć się umieszczonych na niej liter na pamięć. Mimo to ani większość pacjentów tego nie robi, ani żaden okulista przy zdrowych zmysłach nie nawołuje do utajnienia narzędzia.

Na przeciwnym biegunie mamy szamanów i czarowników, którzy od zarania dziejów strzegli swych sekretnych zaklęć i rytuałów przed oczami profanów, argumentując, że zaklęcie poznane przez osobę niepowołaną w najlepszym razie straci swą moc, a w najgorszym ściągnie na społeczność gniew bogów. Nie trzeba chyba nadmieniać, że (w przeciwieństwie do dobieranych przez okulistów szkieł) rzeczywista skuteczność sprowadzających deszcz tańców i uzdrawiających rymowanek pozostawiała mimo zapewnień szamanów wiele do życzenia.

Atakujący Wikipedię terapeuci zdecydowali, czy chcą być zaliczani do kategorii naukowców, czy czarowników, w chwili, gdy po raz pierwszy sięgnęli po test Rorschacha (lub pokrewne mu metody projekcyjne) w celach nierozrywkowych. Czyżby nikt im nie powiedział, że bycie szamanem zawsze niesie ze sobą ryzyko w chwili, gdy publiczność zobaczy, że nasza sztuczka to humbug?


Dzień bez komórek mózgowych

15/07/2009

15 lipca to tradycyjnie Dzień Bez Telefonu Komórkowego – dziwaczne święto, przy okazji którego wmawia się ludziom, że kolejne po samochodzie (22 września), komputerze (3 maja) i staniku (30 maja) błogosławieństwo rozwoju cywilizacji jest źródłem grzechu, uzależnienia, licznych chorób (od zwyrodnienia kciuka poczynając, na raku mózgu kończąc) i ogólnej degeneracji rodzaju ludzkiego. Większość na szczęście w te bzdury nie wierzy i telefonu nie wyłączy… Gdyby jednak kogoś naszła ochota, polecam w ramach odtrutki dyskusję na temat antykomórkowej propagandy, którą kilka dni temu miałem przyjemność odbyć w Radiu Euro:

 


Na Dzień Kobiet

08/03/2009

O płci i róznicach międzypłciowych dyskutowałem już w radiu wielokrotnie, nigdy wszakże nie padło przy tym pytanie, jak bym się czuł i co bym robił, gdybym był kobietą. Lecz cóż począć, nie każdy kanał radiowy jest tak liberalny i wyzwolony, jak publiczna Jedynka, i nie każdy cykl programowy tak odważny i bulwersujący, jak “Studio młodych” Dominiki Jenc…

 


Efekt Zimbardo

09/12/2008

W psychologii społecznej od lat przyjmuje się za pewnik, że zdarzają się sytuacje, w których statystyczny, nie wykazujący cech psychopatycznych Smith, Schmidt czy Kowalski może się dopuścić względem innych ludzi najbardziej odrażających czynów. Zwykle po spełnieniu kilku warunków, które nie stanowią tajemnicy przynajmniej od czasów procesu Eichmanna, a które jednocześnie do dziś pozostają na tyle atrakcyjne (mieszanka zaskoczenia i przemocy robi swoje) dla czytelnika, że żadna poświęcona im publikacja na rynku nie zginie. Zwłaszcza, gdy nad apokaliptycznym tytułem “Efekt Lucyfera. Dlaczego dobrzy ludzie czynią zło?”, pojawi się na niej nazwisko Philipa Zimbardo.

Jeśli ktoś nie wie, Zimbardo to popularny amerykański showman tudzież psycholog, znany światu z właściwie jednego tylko badania: więziennego eksperymentu stanfordzkiego. Badania równie sławnego, co kontrowersyjnego, i to nie tylko ze wzgledów etycznych: do dziś nie milkną zastrzeżenia co do jego rzeczywistej wartości naukowej. Badanie ograniczało się bowiem do małej próbki (24 osoby), nie zostało przeprowadzone do końca, zaś jego wyniki nigdy nie zostały opublikowane w naukowym czasopiśmie recenzowanym (za to szeroko rozpromowane w napisanym przez Zimbardo raporcie do Kongresu USA i w podręczniku do psychologii). Na dobrą sprawę, nawet gdyby pominąć kwestie etyczne, trudno wyobrazić sobie dziś zaprojektowanie eksperymentu, który mógłby sfalsyfikować twierdzenia Zimbardo. Co zresztą samo w sobie wcale nie świadczy o tym, że twierdzenia te są nieprawdziwe (doniesienia takie jak te z Abu Ghrarib są dla wielu wystarczającą rekojmią prawdziwości tez o szatanie tkwiącym w każdym z nas, który tylko czeka na sytuację, która go wypuści) – tylko o tym, że trudno (w przeciwieństwie np. do równie medialnych, a o niebo rzetelniejszych badań Milgrama nad wpływem autorytetu) uznać je za naukowe.

Ale czas płynął, a Zimbardo wkrótce został autorem skądinąd świetnego podręcznika, na którym wychowały się pokolenia psychologów, co zresztą prędzej czy później musiało się odbić na percepcji jego eksperymentu i gotowości badaczy do niekwestionowania jego wyników. Ostatnio zaś postanowił wrócić do korzeni. “Efekt Lucyfera” to analiza tego, co amerykańscy żołnierze robili w Abu Ghrarib przez pryzmat tego, co Zimbardo i jego więźniowie robili w Stanfordzie. Na ile według mnie trafna, przekonacie się, słuchając rozmowy, jaką odbyłem w piątek w TOK FM z Hanną Zielińską:

Howgh!