Bo dała dziecku klapsa

17/12/2008

Dura wychowanie, sed bezstresowe. Jak donosi El Mundo, na 45 dni więzienia skazano w prowincji Jaen (południowa Hiszpania) głuchoniemą kobietę, która dwa lata temu uderzyła dziesięcioletniego wówczas syna. Matka dostała też roczny zakaz zbliżania się do dziecka, co oznacza, że będzie musiała prawdopodobnie wyprowadzić się z domu (dwójka dzieci pozostanie w nim z ojcem). Dawno pogodzony z rodzicielką nastolatek z niedowierzaniem skomentował decyzję sędziego: “Ktoś by pomyślał, że mnie zabiła…”

Wszystko zaczęło się 6 października 2006, gdy María Saliente próbowała przekonać najstarszą pociechę do odrabiania lekcji. Chłopak jak zwykle stawiał opór, matka jednak nie przestawała migać, co, jak wiadomo, nawet świętego wyprowadziłoby z równowagi. Nic dziwnego, że w końcu w stronę matki poleciał but (rekonkwista rekonkwistą, ale, jak widać, pewne panarabskie zwyczaje do dziś pozostają w Andaluzji równie żywe, co w Bagdadzie), po czym maluch uciekł i zamknął się w łazience. Matka zdołała jednak jakoś otworzyć drzwi, a gdy już wpadła do pomieszczenia, w furii wymierzyła chłopakowi klapsa. Trafiła w tył szyi, na skutek czego dzieciak stracił równowagę i upadając skaleczył sobie nos. Następnego dnia w gimnazjum nosem zainteresowali się nauczyciele, którzy – wysłuchawszy relacji – poinformowali o zdarzeniu odpowiednie służby. Dwa lata później (nie tylko polska Temida nie jest zbyt rychliwa) sprawa znalazła swój finał przed obliczem sędziego. A ten właściwie nie miał wyboru: zastosował istniejące prawo…

Tak, tak, podobne do tego, które w kwietniu b.r. przyrzekał dziennikarzom premier Donald Tusk. Na szczęście dla rodziców (i chyba także dzieci), jakoś mu jednak w międzyczasie przeszło.


Małżeńskie zwycięstwo gejów w Kalifornii

15/05/2008

Homoseksualni obywatele Stanów Zjednoczonych mają dziś nie lada powód do radości. Kilka godzin temu Sąd Najwyższy stanu Kalifornia po dwóch miesiącach badania sprawy orzekł, że zarówno artykuł 300 stanowego kodeksu cywilnego, definiujący małżeństwo jako kontrakt między mężczyzną i kobietą, jak i zaaprobowana osiem lat temu przez wyborców ustawa zakazująca uznawania w Kalifornii małżeństw jednopłciowych zawartych poza jej granicami, są niezgodne ze stanową konstytucją i w konsekwencji nieważne. W praktyce oznacza to, że mieszkańcy najludniejszego (36 milionów) i najbogatszego (8. gospodarka świata) stanu Ameryki mogą od dziś zawierać legalne związki małżeńskie z partnerami tej samej płci. Prawo to mieli dotychczas tylko w jednym stanie, Massachusetts, po wyroku tamtejszego Sądu Najwyższego z listopada 2003. I choć związki cywilne (civil unions) i partnerskie (domestic partnerships) osób homoseksualnych zalegalizowało do tej pory kilkanaście innych stanów (jak również północny sąsiad USA, Kanada), aż do dziś żaden z nich nie poszedł równie daleko.

Czytaj resztę wpisu »


Książę z bajki zwanej czatem

08/03/2008

Czwartkowa Bezpieczna Jedynka, a w niej Jerzy Zawartka, Marcjanna Melnarowicz, Katarzyna Matusz, nadkom. Zbigniew Urbański i moja skromna osoba. Choć generalnie przy takiej liczbie osób w studiu nie było mi dane wyżyć werbalnie, materiał i tak ciekawy – przede wszystkim ze względu na tematykę. Bo przyznacie, że w naszych mediach o morderstwach wieńczących czatowe randki nie mówi się na co dzień zbyt wiele…


Przyszłość polskich mediów

03/01/2008

Kilka fragmentów porannej rozmowy w TV Biznes, na którą zdecydowałem się pójść mimo infekcji toczącej migdałki (nieoczekiwany skutek przedsylwestrowego clubbingu). Zawieszam w nadziei, że ktoś się nie zgodzi.

PS. Podziękowania dla Adasia, który rzecz bohatersko nagrał.


Zielona histeria

09/10/2007

Na Modnych Bzdurach znalazłem link do ankiety, którą Greenpeace wysłał do 14 partii politycznych biorących udział w wyborach. Tylko cztery ugrupowania (PO, LiD, Zieloni2004 i Partia Kobiet) odesłały wypełnioną ankietę. Za to lektura tego, co tam zadeklarowały, każdego, kto liznął w szkole trochę biologii, fizyki lub logiki, przyprawić może o załamanie nerwowe.

Przede wszystkim cztery wymienione partie deklarują, że aktywnie przeciwstawią się wprowadzeniu do Polski i Unii Europejskiej organizmów modyfikowanych genetycznie. Nie przejmując się tym, że, jak wskazują przeprowadzone do tej pory badania, GMO nie tylko nie stanowią zagrożenia dla środowiska czy człowieka, lecz nawet – właśnie dzięki temu, że ich genom nie wyewoluował przypadkowo, tylko został zaprojektowany – są znacznie bezpieczniejsze w uprawie i użyciu. Dzięki temu w wielu miejscach na świecie przyczyniają się dziś do poprawy warunków bytowych milionów (przeważnie biednych) ludzi – w tym kontekście można wspomnieć choćby “złoty ryż” wzbogacony w beta-karoten, będącym prekursorem witaminy A, dzięki któremu ludzkość po raz pierwszy ma szansę poradzić sobie z niedoborem tej witaminy w Azji.

Czytaj resztę wpisu »


Do wariatkowa, proszę

10/06/2007

Ostatnie dni przyniosły dwa newsy, które każą się zastanowić nad tym, ile mamy jeszcze wolności słowa w Polsce. Pierwszy, szeroko dyskutowany: “Dziennik” opublikował treść pozwu Michnika przeciw Krasowskiemu. Drugi, mniej głośny, choć nie mniej złowrogi: 33-letni anglista został skazany na pół roku w zawieszeniu za umieszczenie w Internecie fotomontażu Jezusa z twarzą Stalina. A wszystko to w europejskim kraju, który chełpi się przestrzeganiem demokratycznych standardów, do których, jak wiemy, należą również gwarancje wolności słowa.

Mało kto zdaje sobie sprawę, jak osobliwie nasza sytuacja w tej dziedzinie może wyglądać dla osoby z zewnątrz. Otóż bezkarnie krytykować i wyśmiewać można sobie w Polsce właściwie tylko polityków, a i to nie wszystkich. Giertych i Wierzejski drwiny i szyderstwa przyjmują tak, jakby sprawiały im one przyjemność. Po Kaczyńskim najgorsze obelgi spływają jak po kaczce. Ale już taka Sobecka za „babsztyla” wytacza procesy, podobnie jak Hojarska za włosy na klacie. Znacznie bardziej od polityków wrażliwi na krytykę wydają się sami dziennikarze. Każdy może napisać sobie, co chce o Adamie Michniku lub Elizie Michalik, jeżeli jednak to, co napisze, nie spodoba się bohaterowi lub bohaterce artykułu, musi liczyć się z tym, że za kilka dni do drzwi może zapukać mu listonosz z wezwaniem z sądu. Najgorzej jest jednak z wolnością wypowiedzi na temat rzeczy, w które wierzą współobywatele. Absurdalność wierzenia nie gra roli (choć pewną rolę odgrywa publikacja, w której dany absurd pochodzi: za kpiny z prawd objawionych w Biblii łatwiej w Polsce zostać skazanym niż za kpiny z prawd objawionych w Koranie), chodzi tylko o to, by było to wierzenie w coś, co z naukowego punktu widzenia nie trzyma się kupy (jak widać, nasz prawodawca uznał, że nauka obroni się sama). Na przykład że świat został stworzony w sześć dni lub że pewien pan dwa tysiące lat temu trzy dni po śmierci wyszedł z grobu, po czym regularnie odwiedzał swoich znajomych, przenikając przez zamknięte drzwi ich domów.

Jakkolwiek mógłbym jeszcze zrozumieć, gdyby niedorzeczne prawo było przynajmniej konsekwentne i w ramach walki z obrażaniem uczuć religijnych tępiło rzeczy, które faktycznie mogą w religijność godzić (np. podręczniki do fizyki i biologii, uczące dzieci, że świat wcale nie powstał tak, jak utrzymuje Biblia, oraz że ludzie nie przenikają przez zamknięte drzwi), pomysł skupiania się w pierwszym rzędzie na integralności świętych obrazków (nie taki zresztą nowy – pamięta ktoś jeszcze procesy tygodnika “Wprost” za okładkę z Matką Boską Częstochowską w masce gazowej?) trudno uznać za coś innego niż szczyt paranoi. Jak każdy normalny człowiek, szanuję ludzi, którzy wymyślili rzeczy, w które wierzę, lub napisali ważne dla mnie książki. Karol Darwin, Richard Dawkins czy Steven Pinker znaczą dla mnie, jak podejrzewam, nie mniej, niż dla katolika Jezus Chrystus lub Maryja, czy dla muzułmanina Mahomet. Gdybym jednak pewnego dnia zaczął odczuwać potrzebę pójścia do sądu i domagania się ukarania kogoś za to, że zrobił karykaturę Darwina bądź fotomontaż z brzuchem Dawkinsa, prawdopodobnie natychmiast zadzwoniłbym po karetkę.

Po czym kazałbym się wieźć do najbliższego wariatkowa.



Transseksualny drób

29/05/2007

Pewna kura w Indiach ni stąd ni zowąd zmieniła płeć. Znaczy: przeobraziła się w koguta. Stopniowo. Najpierw przestała wysiadywać jajka, wkrótce potem dała też sobie spokój z ich znoszeniem. Po dwóch miesiącach wysmuklała, po trzech – zapuściła grzebień, a po pół roku zaczęła gonić inne kury w wiadomym celu. Gdy wieść się rozniosła, właściciela świeżo upieczonego (w przenośni) koguta odwiedzili weterynarze, którzy poświadczyli zmianę płci i chcieli ptaka zabrać w celu dalszych badań, na co nie pozwolili jednak okoliczni chłopi, oddający od czasu przemiany transgenderowej kurze cześć boską.

Od lat wiadomo, że w świecie drobiu spontaniczne przypadki zmiany płci nie należą do rzadkości. Rok temu obiegły świat doniesienia z jednej ze szwedzkich kurzych farm, na której kwoka-nioska zamieniła się w koguta dosłownie z dnia na dzień, przez co zresztą jej dotychczasowy „mąż” (o wiele mówiązym imieniu Henryk VIII) nieomal stracił zmysły.

Skandynawia to jednak obszar w kwestii płci i jej granic (jak pokazują najnowsze badania: wcale nie takich ostrych, jak kiedyś uważano) niezwykle liberalny – co innego subkontynent indyjski. W sąsiadującym z Indiami Pakistanie skazano właśnie na 3 lata więzienia małżeństwo (na oko absolutnie „normalne”), bo okazało się, że pan młody (dziś postawny, brodaty mężczyzna) urodził się jako kobieta i potem przeszedł potajemnie (jawnie nie można; trwają poszukiwania lekarza, który dopuścił się zbrodni) zmianę płci. Tymczasem Koran, jak wiadomo, niczego takiego jak zmiana płci nie przewiduje, sąd musiał więc uznać, że po ślubie doszło do współżycia seksualnego dwóch kobiet. Zważywszy, że przypadki homoseksualizmu święta księga Religii Pokoju i Miłości nakazuje karać śmiercią, wspomniana para i tak bardzo musi się cieszyć. Przed małżonkami tylko kilka lat rozłąki w osobnych (ale wciąż żeńskich) więzieniach, po czym może da się jakoś uciec do kraju, w którym nikomu nie przychodzi do głowy zaglądać obywatelom pod spódnice, do spodni lub w metryki, i na tej podstawie wyrokować, czy mogą wziąć ślub, czy nie. Na razie jednak pozostaje żałować, że nie jest się kurą…


Homorodzicielstwo

22/05/2007

Dyskutowaliście pod ostatnim postem zarówno na WordPressie, jak i Salonie, na tyle intensywnie, iż – i tak dość ostatnio zajęty – nie byłem w stanie na bieżąco odpowiadać. Czynię to zatem teraz zbiorczo, przynajmniej w odniesieniu do jednego wracającego jak bumerang w dyskusjach o małżeństwach jednopłciowych argumentu: Małżeństwo służy prokreacji. W związkach homoseksualnych nie ma mowy o prokreacji, stąd nie powinny te związki otrzymywać praw należnych heteroseksualnym małżeństwom.

Jak widzimy, chodzi tu o postulat, by instytucja małżeństwa była ograniczona tylko do ludzi, którzy płodzą dzieci i razem je wychowują. Ponieważ spełniają tym samym ważną rolę społeczną (odnawiają tkankę narodową, która potem będzie płacić im emerytury etc.), należą im się za to poświęcenie jakieś nagrody – i tymi właśnie nagrodami są przywileje, którymi cieszą się w Polsce heteroseksualne małżeństwa.

Argument powyższy, mimo że miejscami absurdalny (zakłada bowiem, że ludzie rodzą dzieci po to, by mieć emerytury, przez co człowiek zaczyna zachodzić w głowę, po co rozmnażano się przed Bismarckiem), byłby jednak do strawienia (jeśli za Marksem wierzy się, że jednostka powinna działać kierując się w pierwszym rzędzie dobrem społeczeństwa, można zachwycać się jego kolektywistyczną logiką), gdyby nie parę faktów, o których zapominają posługujący się nim przeciwnicy związków jednopłciowych:

  1. Istnieją małżeństwa bez dzieci, ba, obecnie z roku na rok jest ich na świecie coraz więcej.
  2. Istnieją dzieci nie urodzone w związkach małżeńskich, ba, obecnie z roku na rok jest ich na świecie coraz więcej.

Co więcej, gdybyśmy zastosowali ten argument do par heteroseksualnych, powinniśmy zakazać wstępowania w związki małżeńskie ludziom bezpłodnym, wysterylizowanym, używającym środków antykoncepcyjnych, kobietom po menopauzie, wreszcie każdej osobie z jakichkolwiek względów nie chcącej mieć dzieci. Poza tym niewychowujące dzieci małżeństwa winny być natychmiast z mocy prawa rozwiązywane z chwilą, gdy kobieta przestanie miesiączkować, mężczyzna popadnie w impotencję lub jeśli mimo prób nie doczekają się pierwszego potomka np. przez trzy kolejne lata.

Ktoś odpowie, że to wyjątki, aberracje. Niekoniecznie: jeśli przyjrzymy się dokładniej sytuacji w Polsce, okaże się, że z różnych przyczyn prawie połowa polskich małżeństw dzieci aktualnie ani nie płodzi ani nie wychowuje, gdyż albo już spłodziła i odchowała jedno lub parkę i dała sobie spokój, albo w ogóle rozmnażać się nie może lub (jak to ma miejsce w przypadku wielu młodych małżeństw na dorobku) na razie nie chce. W myśl logiki tych, którzy twierdzą, że małżeństwo służy prokreacji, wszystkie takie stadła w ogóle nie mają racji bytu.

Czytaj resztę wpisu »


Parada nierówności

18/05/2007

Jutro Parada Równości – doroczny marsz, który osoby homo-, bi- i transseksualne urządzają w ramach walki o prawa równe tym, którymi cieszą się rządzący w Polsce heteroseksualiści. Z tej okazji dziś (dla laików i nie tylko) post o bodaj najważniejszym z praw, o które walczą mniejszości seksualne: prawie do zalegalizowanie związku z ukochaną osobą. Czyli do zawarcia małżeństwa (choć niekoniecznie pod tradycyjną nazwą).

Małżeństwo na pierwszy rzut oka wydaje się ludziom bardziej kwestią psychologiczną lub symboliczną, niż prawno-ekonomiczną. Pozory nie do końca odpowiadają faktom: wystarczy, że tylko jedna osoba w związku pracuje, by para hetero, wiążąc się świętym węzłem małżeńskim, była sobie w stanie zredukować o połowę ilość płaconych podatków – zabieg, o którym nie może w Polsce marzyć żadna para homo. A przywileje małżeństw nie kończą się na podatkach… Są jeszcze tak „mało istotne” rzeczy, jak ustawowe dziedziczenie wypracowanych razem dóbr, wspólność majątkowa, prawo do opieki nad chorym towarzyszem życia lub wspólnie wychowywanym dzieckiem jednego z partnerów, renta po tragicznie zmarłym partnerze i inne „drobiazgi”, bez których załatwienia życie partnerów, zwłaszcza gorzej usytuowanych, może zmienić się w gehennę. Oczywiście, część tych rzeczy naprawdę kochająca się para tej samej płci może sobie załatwić podpisując pewną liczbę umów cywilnoprawnych i latając z nimi po urzędach pocztowych, bankach i notariuszach (jeśli tylko ma na to pieniądze). Tyle że wszystko to wymaga poświęcenia czasu i środków – tymczasem heteroseksualiści wszelkie przewidziane w kodeksach prawa dotyczące partnerów dostają hurtowo i jednorazowo, mówiąc sobie tak przed księdzem lub urzędnikiem. Co znamienne, ułatwienie życia 4 procentom populacji w żaden, najmniejszy nawet sposób, nie wpłynie – bo wpłynąć nie może – na sytuację zwykłej, heteroseksualnej rodziny. Kobiety i mężczyźni w parach heteroseksualnych wzajemną atrakcyjność, chęć legalizacji związku czy pragnienie posiadania dzieci odczuwają niezależnie od tego, czy urzędy państw, w których mieszkają, pozwalają parom homo brać śluby, czy nie. Ludzie tak samo zakochują się w sobie w Chinach, Indonezji, Estonii, Kamerunie, jak w Holandii czy Hiszpanii – są wszak ludźmi. Za instynkty i zachowania takie jak miłość odpowiadają neuroprzekaźniki występujące w mózgu każdego człowieka niezależnie od kultury.

Nie ma też jak dotąd dowodów na twierdzenie, że pozwolenie gejom i lesbijkom na rejestrowanie związków, a nawet na zawieranie małżeństw, wywiera jakikolwiek wpływ na małżeństwa żyjących wokół heteroseksualistów, ich trwałość czy pożycie. W żadnym z państw, w których zalegalizowano małżeństwa jednopłciowe, ani nie skoczyła w konsekwencji tego posunięcia krzywa rozwodów, ani nie zmalał przyrost naturalny.. Ba, jeśli przyjrzeć się bliżej, wychodzi, że w bardziej konserwatywnych Stanach Zjednoczonych (na 50 stanów same sex marriages legalne są tylko w jednym; większość stanów nie dopuszcza nawet związków partnerskich) rozwodzi się znacznie wyższy procent wstępujących w związki małżeńskie, niż w liberalnej, uznającej małżeństwa jednopłciowe Kanadzie. Zachodnioeuropejskie kraje akceptujące związki partnerskie, np. Wielka Brytania czy Francja, notują znacznie wyższy przyrost naturalny niż walczące z takimi rozwiązaniami Rosja czy Łotwa. Hiszpania i Polska jeszcze niedawno miały porównywalną liczbę mieszkańców – dziś w zlaicyzowanym, odchodzącym od katolicyzmu Królestwie Juana Carlosa mieszka ok. 8 milionów ludzi więcej, niż w forsującej wartości chrześcijańskie Rzeczypospolitej Giertycha i Kaczyńskich.

Czytaj resztę wpisu »


Równi i równiejszy

27/04/2007

Szykujący się do ostatecznej rozgrywki (i podobni do siebie jak Lech i Jarosław) kandydaci na nowego Chiraca: Ségolène Royal i Nicolas Sarkozy po raz kolejny postanowili wypłynąć na wody międzynarodowe i jednym głosem skrytykowali Polskę za męczenie Bronisława Geremka. No i wyszedł cyrk.

Czytaj resztę wpisu »