Jeszcze raz o Polańskim, ale tym razem nie tylko o nim. Punktem wyjścia niech będzie felieton Macieja Rybińskiego w dzisiejszym “Fakcie”, którego fragmentu – mimo jego niewielkiej odkrywczości – grzechem byłoby tu nie zacytować:
Cała dyskusja wokół więzienia Polańskiego, te histeryczne reakcje części elit są znakomitą ilustracją faktu, że duchowo nasze społeczeństwo jest w dalszym ciągu feudalne. Jego najświatlejsze, mogłoby się wydawać, jednostki myślą kategoriami feudalizmu, w którym drabina społeczna polegała między innymi na tym, że poszczególne stany miały rożne prawa i odmienne obowiązki w jego przestrzeganiu. Co bardzo ładnie ilustruje pradawne przysłowie – co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie.
Zapewne nieoczekiwanie dla samego autora, życie rozszerzyło dziś sens tych słów, gdy premier Tusk i minister Czuma stanęli w południe murem za Zbigniewem Chlebowskim. W końcu w hierarchii feudalnej szef klubu PO stoi znacznie wyżej niż, dajmy na to, taki prezydent Sopotu.
Budżet będzie musiał oddać 400 mln zł z dopłat bezpośrednich. Bruksela chce wysokiej kary za brak odpowiednich map działek rolnych. Przygotowuje też kolejne zarzuty. (…) Unijni urzędnicy żądają od polskich władz zwrotu ok. 400 mln zł z budżetu rolnego lat 2006 – 2007. Decyzja już zapadła, nie została jeszcze publicznie ogłoszona. (…)
Komisja Europejska domaga się zwrotu pomocy z powodu uchybień w ewidencji gruntów rolnych. Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa wypłacająca unijne dotacje nie stosowała w latach 2005 2006 mapy lotniczej gospodarstw rolnych, tzw. ortofotomapy, w całym kraju. Zgodnie z unijnymi wymogami mapa ta powinna działać w technologii GIS (geograficznych systemów informacyjnych), ale agencja nie zdążyła jej wdrożyć na czas.
Na karę oczywiście zrzucimy się wszyscy (już widzę, jak rząd wykorzystuje to zdarzenie jako pretekst, by podnieść jakiś VAT lub akcyzę), bo zawsze gdzie zawinią urzędnicy, tam zapłacą podatnicy. Chociaż… przyszła mi właśnie do głowy prostsza metoda na uporanie się z problemem bez kosztów dla przeciętnego Polaka.
Powiedzmy, że w urzędach i agencjach, które “wypracowały” (daje cudzysłów, bo połączenie wyrazów urzędy i pracowały w jednym zdaniu okropnie mi zgrzyta) karę, pędzi żywot jakieś 20 tysięcy urzędników. Gdybyśmy podzielili między nich te 400 milionów po równo, dałoby to okrągłe 20 tysięcy złotych na urzędniczą głowę. Nie jest to zastraszająca suma, zwłaszcza dla kogoś, kto – jak pokazuje unijne orzeczenie – przez lata brał kasę za nic.
Płacić mogliby w ratach, ewentualnie potrącałoby im się pieniądze z pensji. Z adnotacją: “Za naukę czytania rozporządzeń unijnych i kurs punktualności”.
Rozwijając (bo kilka rzeczy z rozmowy wypadło, a kilku po prostu nie dopowiedziałem), to nie jest tak, że nasi funkcjonariusze publiczni to wyzbyci skrupułów psychopaci, nastawieni wyłącznie na eksploatację ubezwłasnowolnionych obywateli. Wielu z nich to przyzwoici ludzie, przekonani o słuszności tego co robią równie mocno, jak John Frobisher w “Children of Earth” (genialnym pięciogodzinnym thrillerze, który powinien obejrzeć każdy zwolennik rozrastania się biurokracji). Niestety, że system, w którym funkcjonują i który sobie naszymi rękami zbudowali, nie wymusza odpowiedzialności za decyzje urzędnicze. Ba, nawet nie zachęca do interesowania się interesantem.
Nie wszędzie tak jest. W takiej Kalifornii na poziomie stanowym i okręgowym nie dość, że urzędnicy, szeryfowie, sędziowie i prokuratorzy wybierani są w demokratycznych wyborach, to jeszcze mogą zostać w każdej chwili przez wyborców odwołani. Dotyczy to nawet najwyższych dygnitarzy, o czym przekonał się w 2003 roku gubernator Gray Davis, gdy Kalifornijczycy po prostu zastąpili go w referendum Arnoldem Schwarzeneggerem. Wcześniej w 1987 obywatele usunęli z kalifornijskiego Sądu Najwyższego 3 z 7 sędziów (łącznie z przewodniczącą) za unieważnianie wyroków śmierci (popularna i dziś metoda karania przestępców w Stanach), wydawanych przez sądy niższej instancji. Czy trzeba wspominać, że sędziowie, którzy przyszli na ich miejsce, już więcej ręki na to, czego życzy sobie obywatel, nie podnieśli?
Sąd Okręgowy w Białymstoku wydał Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad nakaz zapłaty blisko 43,9 mln zł (plus odsetki) spółce Budimex Dromex. To kara umowna z tytułu odstąpienia przez drogowców od kontraktu na budowę obwodnicy Augustowa (podlaskie).
Dla niezorientowanych: oznacza to, że prywatnej firmie za niewybudowanie obwodnicy zapłacą polscy podatnicy. GDDKiA jako taka jest organem państwowym, więc każdy niepotrzebnie wydany milion oznacza, że gdzieś nie powstanie jakaś droga. Lub powstanie, ale dopiero po tym, jak rząd podniesie kolejny podatek (PO, jak wiadomo, planuje ostatnio opodatkować specjalnie nawet napoje gazowane, co jednak wywołuje pewne kontrowersje, więc każdy pretekst typu Rospuda jest tu dla rządu na wagę złota).
Nie, wcale nie jestem za tym, żeby zleceniobiorca, który przecież też poniósł koszty, został bez odszkodowania. Dlaczego jednak ma je płacić państwo? Generalna Dyrekcja drogę wybudować chciała, podobnie jak mieszkańcy Augustowa i większość mieszkańców Podlasia. Za jej budową była też prawdopodobnie większość tych, którzy w naszym kraju płacą podatki. Kto był przeciw? O ile mnie pamięć nie myli, najgłośniej protestowali ekolodzy (tudzież inni lewicowi amatorzy uszczęśliwiania ptaszków i unieszczęśliwiania ludzi za zabierane im pieniądze) oraz “Gazeta Wyborcza”. Przeciwnicy, jak wiemy, po dużej akcji propagandowej osiągnęli swój cel i zablokowali budowę. Niech mi teraz ktoś wyjaśni, dlaczego nie powinni w takim układzie ponosić wyłącznych kosztów realizacji swego wspaniałego marzenia?
Gdzie kryzys (gospodarczy, gazowy, czy chociażby sroga zima), tam kozioł ofiarny szybko się znajdzie. Rząd zainaugurował dziś masowe zamykanie sklepów oferujących legalne podróbki narkotyków, trochę na wyrost zwane dopalaczami (nie mylić z rzeczywistymi psychostymulantami, o których pisałem niedawno). Zarzut rządu wobec sklepów jest ciężki: sprzedawane środki na niektórych działają niczym prawdziwe dragi. Tylko znacznie słabiej. Same substancje na razie są w Polsce, jak się już rzekło, legalne, ale w Sejmie trwają jakieś prace nad ich delegalizacją, zatem roztropna władza postanowiła zawczasu odciąć obywatelom dostęp do tych okropności, by sobie czasami zapasów nie porobili. Bo choć od czasów rzymskich obowiązuje na świecie zasada, że prawo nie działa wstecz, najwyraźniej nie dotyczy to naszego pięknego kraju.
Ech, pozostaje mieć nadzieję, że kuriozalna (i to nie tylko ze względów chronologicznych) nowelizacja ustawy o zwalczaniu narkotyków poprzez walkę z ich podróbkami (na sporą część konsumentów działającymi głównie dzięki sugestii) rozciągnie wsteczny zakaz posiadania i używania substancji psychotropowych (również tych prawdziwych) aż do początków państwowości polskiej. Już widzę brygady antynarkotykowe otaczające Kancelarię Prezesa Rady Ministrów i wyprowadzające z niej pewnego znanego polityka, namiętnie popalającego w młodości nie jakieś podejrzane podróbki, tylko czystą marihuanę.
- Ale z faktu, że ktoś dostał azyl, nie wynika, że musiał mieć stosunki seksualne z tak dużą liczbą kobiet, w dodatku bez prezerwatywy. Ma pani pretensje do różnych instytucji. Nie ma pani pretensji do siebie?
- Nie mówię, że jestem zupełnie bez winy. Pyta pani, dlaczego ja i inne kobiety chodziłyśmy do łóżka z Simonem? A dlaczego ludzie w ogóle chodzą ze sobą do łóżka? Nie udawajmy, że jesteśmy świętym społeczeństwem. Simon nie był takim zwykłym Murzynem. Był bardzo inteligentny, potrafił zaimponować wiedzą. Sprawiał, że kobieta czuła się z nim bardzo dobrze.
- Nie rozmawiamy w tej chwili o aspekcie moralnym. Ale dlaczego zgadzałyście się na seks bez zabezpieczeń? – Jest nastrój, dwie butelki wina. Nie myśli się wtedy o prezerwatywie. Tak uważam. Zresztą spytałam, czy jest zdrowy. Powiedział, że tak. Dlaczego miałam sądzić, że kłamie i chce mnie zabić? Był osobą publiczną, dostał tytuł Antyrasisty Roku. Widywałam go w towarzystwie polityków lewicy, ludzi, których znałam z gazet. Czy nastolatka nie może uznać, że komuś takiemu wolno zaufać?
Pytanie ostatnie ma oczywiście charakter czysto retoryczny. Bo komu jak komu, ale politykom lewicy (kaczystowski PiS i niedookreślone PO w grupie fanek Mola chyba z definicji odpadały) ufa się w Polsce z automatu…
Wczoraj niepopularny gbur, dziś mąż stanu na miarę Piłsudskiego – a wszystko dzięki jednemu przemówieniu. Eryk Mistewicz analizuje w “Dzienniku” metamorfozę, jaką na naszych oczach przechodzi właśnie Lech Kaczyński i pokazuje, w jaki sposób polityk, którego działania na arenie międzynarodowej jeszcze niedawno przypominały Polakom taniec słonia w składzie porcelany, nagle wyrósł na symbol polskiej racji stanu i wyraziciela nastrojów społecznych (kto nie wierzy, niech zajrzy choćby do niemoderowanej, więc na oko miarodajnej, dyskusji na Wykopie):
Eryk Mistewicz:Prezydent na pewno wsłuchał się w głosy Polaków, którzy chcieliby widzieć w polityku drugiego Piłsudskiego, którzy czekają na twardego przywódcę, na konkretne działania, a to na pewno może mu pomóc w walce o prezydenturę. Politycy rozchwiani, zachowawczy i pasywni w opinii publicznej, i to nie tylko w Polsce, przegrywają. Ludzie nie uważają ich za facetów z klasą. (…) Jeżeli Tusk nie zauważy, że Polacy wolą spędzać wieczory przy świeczkach bez gazu i benzyny w samochodach, za to z silnym wyrazistym przywódcą, to w naturalny sposób przegra. Żaden naród nie lubi polityków, którzy w sytuacjach trudnych chowają się do szafy. Marcin Graczyk:Czy jednak wizja przymusowych wieczorów przy świecach nie przerazi Polaków? E.M.:Mam wrażenie, że nie. Każda wypowiedź polityka PO mówiącego, że Lech Kaczyński, oceniając sytuację w Gruzji, przesadził, zestawiona z obrazem filmowym dochodzącym do nas z Kaukazu wchodzi w totalny dysonans u odbiorcy. Ludzie widzą obrazy wojny, które do nich przemawiają. Widać krew, zgliszcza, umierające dzieci. Reakcja ludzi w takim wypadku zawsze jest emocjonalna. Kto pójdzie za tymi emocjami, ten wygra.
I Kaczyński idzie. A my widzimy jego metamorfozę, choć bez metamorfozy – bo prezydent cały czas pozostaje sobą. Na poziomie czystej semantyki “uparty” to przecież to samo, co “stanowczy”. Tylko że z tym drugim na ogół się zgadzamy, a z tym pierwszym – nie.
Od kilku dni z czołówek polskich (i światowych) serwisów informacyjnych nie schodzi wojna rosyjsko-gruzińska. Nie schodzi, i trudno się dziwić: wakacje bez Leppera i Giertycha w rządzie (lub okolicach) mocno dawały się we znaki dziennikarzom i komentatorom politycznym, z braku lepszych tematów skazanym ostatnio na podniecanie się w kółko trzecią w historii (po Berlinie’36 i Moskwie’80) totalitarną olimpiadą. Aż tu ni stąd ni zowąd w dniu otwarcia igrzysk w Pekinie Gruzja “napadła” na własne (acz “przypadkiem” okupowane przez Rosjan) terytorium – po czym sprawy potoczyły się tak, jak można było przewidzieć.
No właśnie, przewidzieć. Rosja jaka jest, każdy widzi: po państwie, w którym opozycyjnych dziennikarzy szlachtuje się na klatkach schodowych, a niepokornych biznesmenów zsyła na Syberię, państwie, którego służby specjalne trują za granicą własnych obywateli, gdy ci zaczynają opowiadać o organizowanych przez te służby zamachach terrorystycznych, no więc po tym państwie trudno spodziewać się, że nie napadnie na małego, nie dosyć uległego sąsiada, gdy dostanie najmniejszy choćby pretekst. Fakt, że tak wytrawny gracz polityczny jak Saakaszwili jakoś się takiego cudu spodziewał i niczym Don Quijote ruszył do ataku, świadczy o przywódcy Gruzji jak najgorzej, ale – przynajmniej w Polsce – wciąż ceni się taką romantyczną postawę, zwłaszcza jeśli wymierzona przeciw Rosji. Nic dziwnego, że Lech Kaczyński co sił w nogach popędził do Tbilisi ściskać się z Saakaszwilim i grzmieć na Moskali. I choć aktywności tej, w przeciwieństwie np. do moskiewskich turnusów Sarkozy’ego, nie odnotował prawie żaden duży serwis informacyjny, nasz prezydent może sobie gratulować. O wyprawie doniosły media gruzińskie i polskie, co absolutnie wystarczy: Polacy cenią bohaterstwo, zaś wymachiwanie antyrosyjską szabelką w mieście, do którego zbliżają się rosyjskie czołgi, w powszechnym odczuciu właśnie pod bohaterstwo podchodzi. W efekcie przewiduję szybki (choć niekoniecznie trwały) wzrost popularności Kaczyńskiego – i to nie tylko za Kaukazem. Przewidywania prezydenta są pewnie podobne.
“Język się zmienia” – takie stwierdzenie to banał. “Język polityków się zmienia” – to już zdanie, którego nie traktujemy jako oczywistości, choćby dlatego, że większość naszych mężów stanu wydaje nam się nie dość, że obiektywnie niereformowalna, to jeszcze mocno osadzona w przypisanych sobie kliszach językowych. Tymczasem zarówno dłuższe obserwacje, jak i to, co słyszymy w sytuacjach wyjątkowych (jedną z nich była kilka dni temu śmierć Bronisława Geremka) pokazują coś zgoła innego. Język polityków ewoluuje na naszych oczach: szybko, choć z drugiej strony w sposób przewidywalny – i o tej właśnie ewolucji rozmawiam w dzisiejszym “Dzienniku Polskim” z Włodzimierzem Knapem:
Dziennik Polski: Prof. Bronisław Geremek za życia był przez sporą grupę polityków mocno krytykowany. Część z nich nie przebierała w słowach, mówiąc o nim. Po śmierci wszyscy, niezależnie od opcji, wypowiadają się o nim ciepło, przyjaźnie. Skąd taka zmiana języka? Tomasz Łysakowski: W polskiej kulturze i tradycji od dawna obowiązuje zasada, że o zmarłych mówi się albo dobrze, albo w ogóle. Krytykowanie, łącznie z “obrzucaniem błotem” ma sens wobec polityka żyjącego, bo takim działaniem można mu zaszkodzić. Wobec zmarłego to nie działa. Więcej, polityk ganiący zmarłego to raczej sobie zaszkodzi, niż pogrąży nieboszczyka. Przekonał się o tym Roman Giertych, gdy powiedział o Jacku Kuroniu, że jego miejsce w podręcznikach historii jest wśród zdrajców narodu. Ta wypowiedź skompromitowała Giertycha nawet w oczach tych, którzy nie darzyli Kuronia za życia sympatią. DP: Czy można powiedzieć, że język polityków w widoczny sposób się zmienia? TŁ: W ciągu niecałego roku diametralnie się zmienił. Wyraźnie więcej jest wypowiedzi ogólnikowych, banalnych, a mniej pada zdań konfliktogennych. W dużym stopniu taka sytuacja jest konsekwencją tego, że w parlamencie i rządzie nie ma dzisiaj wielu polityków, którzy w poprzedniej kadencji wzbudzali największe emocje, choćby używając języka nienawiści wobec pewnych grup, np. homoseksualistów. Mam na myśli głównie liderów LPR z Giertychem, Wojciechem Wierzejskim i Mirosławem Orzechowskim na czele. Nie ma też w Sejmie posłów Samoobrony, których język był może i prostacki, ale za to bardzo malowniczy. Dość wspomnieć, że dzięki nim mamy dziś w polszczyźnie takie związki frazeologiczne, jak “lubić seks jak koń owies”. DP: Ale nie jest też dobrze, gdy z ust polityków padają przeważnie banalne sformułowania? TŁ: Polacy lubią narzekać. Przed rokiem narzekali, że w języku polityków jest zbyt wiele chamstwa i agresji. Dziś narzekają, że pod rządami Platformy Obywatelskiej język dyskursu publicznego staje się sztuczny, wypłukany i pełen banałów. Pamiętajmy jednak, że nadal nie brakuje polityków posługujących się barwnym i ostrym słowem. Wiedzą bowiem, że albo jest się nudnym, albo kontrowersyjnym i wówczas można liczyć na popularność. DP: Politycy celowo podkręcają wypowiedzi, by zaistnieć w mediach? TŁ: To nie ulega wątpliwości. Uwagę ludzi przykuwa to, co niecodzienne, atrakcyjne, szokujące. Polityk szybko się tego uczy. Czytaj resztę wpisu »