Słodycze źródłem agresji

02/10/2009

Dając dziecku cukierka, zwiększasz szanse, że wyrośnie na chama lub przestępcę – tym zdaniem, które na niejednego rodzica podziała jak zimny prysznic, można podsumować wyniki badania zespołu dr. Simona Moore’a, które publikuje październikowy British Journal of Psychiatry.

Zespół z Uniwersytetu w Cardiff przebadał w latach siedemdziesiątych 17 500 dziesięciolatków. Dzieci podzielono na dwie grupy w zależności od deklarowanego spożycia słodyczy: te w pierwszej jadły cukierki codziennie, te w drugiej dostawały je rzadziej. W kolejnej turze badania, którą przeprowadzono w latach 2000-2009, sprawdzono, jaki odsetek przebadanych miał w wieku 34 lat za sobą wyrok skazujący za przestępstwo związane z użyciem przemocy. Następnie poszukano korelacji.

I tu niespodzianka. 69 procent skazanych okazało się bowiem byłymi łasuchami, podczas gdy w grupie nieskazanych ci, którzy w dzieciństwie dostawali co dzień cukierki, stanowili tylko 42 procent. Oczywiście, w obu grupach “słodyczowych” przeważali nieskazani (tak jak przeważają w całym społeczeństwie) – duża różnica między skazanymi i nieskazanymi była jednak – biorąc pod uwagę liczebność próby – istotna statystycznie.

Teraz pozostaje znaleźć teorię, która by to tłumaczyła (i, jak każda teoria naukowa, dawała w przyszłości podobne wyniki). Faworytką zespołu Moore’a jest teoria uczenia się, z naciskiem na uczenie się umiejętności oczekiwania na odroczoną gratyfikację (naukowa nazwa na zjawisko z pogranicza pokory, cierpliwości i zdolności do inwestowania). Ogólnie chodzi w niej o to, że gdy ktoś w dzieciństwie przyzwyczai się do tego, że różne rzeczy dostaje bez wysiłku i czekania, w życiu dorosłym będzie reagował agresywnie, gdy nie dostanie tego, co chce, albo gdy będzie musiał na to czekać. W efekcie zabierze to sobie siłą, ukradnie po kryjomu, pobije posiadacza lub – w ostateczności – wyładuje się na osobie trzeciej.

Na dobrą sprawę w zależność może być uwikłany także jakiś czynnik trzeci. Dzieci, które dostawały słodycze, mogły być generalnie bardziej rozpieszczane (cukierki nie są wtedy przyczyną, ale objawem drugiej zmiennej, którą stanowi rodzic spełniający wszelkie zachcianki swej pociechy) i to właśnie to (a nie samo pochłanianie węglowodanów czy czekanie na nagrody) mogło sprawić, że są dziś bardziej egotyczne i narcystyczne – od czego już tylko krok do agresji w stosunku do tych, którzy nie dostrzegają ich doskonałości. Z drugiej strony przekarmione czekoladkami dziecko miało większe szanse na nadwagę w życiu dorosłym, ta zaś w naszej ceniącej szczupłą sylwetkę kulturze może wywoływać frustrację, od której tylko krok do agresji… Te dwie teorie przychodzą do głowy jako pierwsze, ale przecież nie można wykluczyć także jakiegoś delikatnego związku między poziomem glukozy lub serotoniny (najedzone czekoladkami maluchy średnio były pewnie bardziej zadowolone od swych rówieśników) w mózgu w dzieciństwie, a późniejszym poziomem neuroprzekaźników lub budową synaps.

Na razie wiadomo więc tyle, że na dobrą sprawę nic nie wiadomo. Poza, oczywiście, tym, że jedzenie słodyczy za młodu zwiększa prawdopodobieństwo, że w sile wieku trafi się za kratki.


Socjobiologia seksu z nastolatką

30/09/2009

Nic tak nie kręci ostatnio mediów w Polsce, USA i Francji, jak seks dorosłego mężczyzny z trzynastoletnią dziewczynką. Wszystko za sprawą bardzo znanego reżysera, któremu na starość przychodzi odpowiedzieć za pewien grzech młodości (jeśli można tak nazwać okolice czterdziestki). Z tej okazji opowiemy dziś sobie o tym, co dokładnie ciągnie niektórych statecznych, ustawionych panów w sile wieku do podlotków – i dlaczego.

Nim przejdę do właściwych rozważań, pragnę jednak wyraźnie zaznaczyć, że żadna część tego wpisu nie ma na celu obrony tych, którzy dopuszczają się z nieletnimi czynów zagrożonych sankcją prawną. Wbrew temu, co na filmach amerykańscy adwokaci próbują wmówić sędziom przysięgłym, zrozumieć to wcale nie znaczy usprawiedliwić. Mogę doskonale rozumieć motywy X-a, który napadł na bank (chciał być bogatszy), za plecami żony związał się z kochanką (rozpowszechniona wśród wielu gatunków skłonność samców do kumulacji samic) czy jako polityk załatwił swojej córce intratną posadę w państwowym przedsiębiorstwie (biologiczny imperatyw dbania o własne geny), ale to wcale nie znaczy, że mam ich traktować bardziej pobłażliwie. Większość ludzi chciałaby mieć dużo pieniędzy, co jednak wcale nie przekłada się u nich na okradanie banków; gros mężczyzn lubi seks – ale to nie znaczy, że kopulują z każdą chętną kobietą i gwałcą każdą, która stawia opór. Jeśli ktoś powyższych hamulców nie ma, powinien ponosić tego konsekwencje (choć zupełnie innym problemem jest tu adekwatność kary: już Rzymianie wiedzieli, że chcącemu nie dzieje się krzywda, zatem ściganie Polańskiego przez pół życia za czyn, co do którego ciężko nawet stwierdzić, czy ofierze – dla której nie był to pierwszy stosunek i którą reżyserowi na seks podesłała własna matka – w jakikolwiek sposób zaszkodził, może się niektórym wydawać absurdem; tylko że – tu uwaga do artystów i ludzi kultury – jak nam się jakiś przepis prawny nie podoba, warto go zwalczać w ogóle, a nie wyłącznie wtedy, gdy za jego naruszenie przymkną nam kolegę).

Dla psychologa ewolucyjnego ludzie są przede wszystkim zwierzętami. Jak wszystkie inne zwierzęta mają więc genetycznie zakodowane instynkty, sprawiające, że odczuwają głód, kiedy organizmowi zaczyna brakować energii (lub przynajmniej gdy do mózgu dochodzą – nie zawsze prawdziwe – informacje, że zgromadzonym w postaci tłuszczu zasobom energii grozi wyczerpanie), pragnienie (gdy mózg uznaje, że w organizmie jest za mało płynów), czy zmęczenie i senność (gdy mózg lub reszta organizmu potrzebują regeneracji). Jednym z takich instynktów jest popęd do rozmnażania się – niezmiernie ważny, gdyż tylko dzięki niemu człowiek jest w stanie przekazać dalej swój materiał genetyczny.

Teraz parę słów o wymaganiach i preferencjach, jakie mężczyźni historycznie (nasze potrzeby seksualne nie ukształtowały się wczoraj – odpowiadają za nie miliony lat doboru naturalnego na afrykańskich stepach) wykazywali w stosunku do potencjalnych partnerek, tak w związkach stałych, jak i przelotnych. Zgodnie zarówno z dzisiejszą wiedzą psychologów ewolucyjnych, jaki i z sądami potocznymi, nie są one zbyt skomplikowane, ba, na rynku nie brakuje też przystępnie napisanych podręczników akademickich (“Psychologia ewolucyjna” Davida M. Bussa, “Kobiety i mężczyźni: Odmienne spojrzenia na różnice” Bogdana Wojciszkego), jak i publikacji popularnonaukowych (“Ewolucja pożądania” Bussa, “Mózg i płeć” Debory Blum, “Geny a charakter” Deana Hamera, “Czerwona królowa” Matta Ridleya), których twierdzenia w interesującej nas materii pozwolę sobie tu pokrótce streścić.

Zatem od początku: to, co najbardziej wpływa na postrzeganą atrakcyjność kobiety w oczach mężczyzny, to według socjobiologów przede wszystkim szeroko rozumiane wyznaczniki zdrowia i płodności przyszłej partnerki – cechy, które miały mężczyznę upewnić, że kandydatka na żonę lub partnerkę urodzi mu dużo dzieci. Jak pokazują badania międzykulturowe zespołu Bussa, mężczyźni w wielu zróżnicowanych społecznościach zwracają uwagę przede wszystkim na takie cechy potencjalnej partnerki, jak budowa ciała, piersi, bioder, czy (uwaga!) sygnały świadczące o wieku kobiety.

Psychologowie ewolucyjni nie mają problemu z określeniem przyczyn tego zjawiska. W naszej ewolucyjnej przeszłości, aby mężczyzna mógł odnieść sukces reprodukcyjny (czyli jak najwydajniej przekazać dalej swe geny), potrzebował kobiety zdolnej do urodzenia maksymalnej liczby dzieci. Śmiało można powiedzieć, że w społeczeństwach pierwotnych czy nawet znanych nam pierwszych cywilizacjach, im więcej potomstwa kobieta mogła wydać na świat, tym większa była jej wartość na rynku matrymonialnym – czy, jakbyśmy dziś powiedzieli, wartość rozrodcza. Trudno zaś nie zauważyć, że np. trzynastolatka ma wyższą wartość rozrodczą niż trzydziestolatka – ta pierwsza ma przecież przed sobą czas na urodzenie statystycznie większej liczby dzieci. Dlatego nie dziwi nikogo, że zanim ludzkość wpadła na pomysł, że dobro dziecka należy chronić także w sferze seksualnej, związki takie jak małżeństwo dorosłego Jagiełły z dwunastoletnią Jadwigą, uznawano za absolutną normę.

Dokładne wytyczne, jakie w mózgach większości mężczyzn zakodowały geny w materii wyboru partnerki, skrupulatnie wyliczył Steven Pinker w “Jak działa umysł”:

Czego powinni szukać mężczyźni u kandydatki na żonę? Pomijając wierność, która jest gwarancją ich ojcostwa, kobieta powinna być zdolna do urodzenia tylu dzieci, ile to możliwe (tak zostały skonstruowane nasze skłonności: nie znaczy to jednak, że mężczyźni dosłownie chcą mnóstwa niemowlaków). Powinna być płodna, co znaczy, że powinna być zdrowa i dojrzała, ale przed okresem przekwitania. (…) W małżeństwie liczy się, ile potomków mąż może oczekiwać od żony na dłuższą metę. Ponieważ kobieta może urodzić i wykarmić piersią jedno dziecko co kilka lat, a liczba jej płodnych lat jest ograniczona, im młodsza panna młoda, tym większa przyszła rodzina. Dotyczy to nawet najmłodszych żon, mimo że nastolatki są nieco mniej płodne niż kobiety po ukończeniu dwudziestego roku życia.

Co znamienne, zaraz potem zauważa Pinker, że ta potępiana i wyśmiewana skłonność mężczyzn do młodszych partnerek przewrotnie wynika… z faktu, że ludzkie samce partycypują w opiece nad potomstwem:

Jakby na przekór teorii, że „mężczyźni są szujami”, zamiłowanie do powabnych młodych dziewcząt mogło ewoluować w służbie małżeństwa i ojcostwa, a nie przygodnych romansów. Wśród szympansów. gdzie rola ojca kończy się wraz z kopulacją, niektóre z najbardziej pomarszczonych i obwisłych samic są najbardziej seksowne.

Jednostkowe przypadki nie musiały, oczywiście, potwierdzać statystyki ogólnej. Wystarczyło jednak, by mężczyźni wiążący się z młodszymi kobietami zostawiali choćby trochę więcej dzieci niż ci wolący panie dojrzałe, by w perspektywie dziesiątków i setek tysięcy lat to ich geny wygrały i zdominowały populację.

Tym, którzy chcieliby wyliczance Pinkera zarzucić, że to wyjaśnianie ex post, psycholog ewolucyjny David Buss podaje w “Psychologii ewolucyjnej” dalsze dowody pośrednie:

Po pierwsze, mężczyźni odpowiadający na ogłoszenia matrymonialne częściej są zainteresowani tymi kobietami, które deklarują, że są młode i atrakcyjne fizycznie. Po drugie, mężczyźni na całym świecie poślubiają kobiety średnio o 3 lata od nich młodsze; mężczyźni, którzy rozwodzą się i żenią powtórnie, wybierają jeszcze młodsze kobiety. Średnia różnica wieku przy powtórnym małżeństwie wynosi 5, a przy trzecim – 8 lat. Po trzecie, kobiety poświęcają dużo energii na poprawienie swojego wyglądu, co świadczy o tym, że męskie preferencje wpływają na ich zachowanie. Po czwarte, kobiety w walce z rywalkami posługują się często takimi metodami, jak kwestionowanie ich urody (…). Metody te są skuteczne, ponieważ godzą w czuły punkt męskich oczekiwań względem stałej partnerki.

Oczywiście, jak zauważa ten sam autor w „Ewolucji pożądania”, dana nastolatka może okazać się bezpłodna i nie urodzić żadnego dziecka, a trzydziestopięciolatka mimo swego wieku może jeszcze wydać na świat przynajmniej pół tuzina potomków. Statystycznie jednak wśród naszych przodkiń liczba potencjalnych dzieci odwrotnie korelowała z wiekiem i nasi praojcowie musieli to brać pod uwagę. W każdym razie ci, którzy nie brali, nie są naszymi praojcami.

Rzeczywista wartość rozrodcza kobiety ma jednak to do siebie, że nie jest wprost zauważalna. Kobieta wyglądająca na młodą i zdrową może być w istocie bezpłodna lub rodzić dzieci z obciążeniami genetycznymi. O wszystkim tym mężczyzna nie może się dowiedzieć z jej wyglądu – czasami nie wie o tym sama kobieta. Niemniej, jak dodaje Buss, nasi przodkowie musieli polegać na jakichś pośrednich i łatwo dostrzegalnych wskazówkach co do rzeczywistej zdolności reprodukcyjnej kobiety. Najlepszymi kandydatami na takie wskaźniki były zaś młodość i zdrowie. Nawet dziś kobieta stara czy chora ma znacznie mniejsze szanse na wydanie na świat potomka niż młoda i zdrowa. W czasach naszej ewolucyjnej historii szanse kobiet starszych (co wtedy oznaczało przekroczenie 30-tki) czy chorych, zarówno na potomstwo, jak i na samo przeżycie, były tymczasem drastycznie mniejsze mniejsze niż współcześnie. Trudno się w takim razie dziwić, że nasi praojcowie na partnerki seksualne brali je w ostatniej kolejności.

Jak się to wszystko jednak ma do sprawy Polańskiego – zapytasz zapewne czytelniku – skoro wiemy, że reżyser nie spółkował z nastolatką po to, żeby mieć potomstwo, ba, podjął nawet pewne środki zaradcze (seks analny), by tego uniknąć. Tu znów wkracza Pinker, który – tym razem w kultowej książce “Tabula rasa: Spory o naturę ludzką” – bardzo przystępnie wyjaśnia to, przechodząc od genów do błyskotliwej teorii bliższych i dalszych celów adaptacyjnych:

Wszystko to nie oznacza, że ludzie w sensie dosłownym dążą do kopiowania swoich genów. Gdyby nasz umysł działał w taki właśnie sposób, to mężczyźni ustawialiby się w kolejkach do banków spermy, a kobiety płaciłyby za możliwość oddawania własnych komórek jajowych bezpłodnym parom. Można jednak wnioskować, że dziedziczne systemy służące do uczenia się, myślenia i odczuwania mają taką konstrukcję, jaka na ogół sprzyjała przetrwaniu i bardziej skutecznej reprodukcji w środowiskach, w których ewoluowali nasi przodkowie. Ludzie lubią jeść, a w świecie pozbawionym barów szybkiej obsługi motywowało ich to do odżywiania się, nawet jeśli nigdy nie myśleli o jedzeniu w kategoriach jego wartości odżywczej. Ludzie uwielbiają seks i kochają dzieci, a w świecie, w którym nie znano antykoncepcji, te upodobania wystarczyły, aby geny mogły same zatroszczyć się o siebie.
Różnica między mechanizmami, które w danej chwili (w czasie rzeczywistym) popychają organizmy do działania, a tymi, które kształtowały organizmy w toku ewolucji, jest tak istotna, że doczekała się naukowego nazewnictwa. Przyczyna bliższa (proximate cause) to mechanizm uruchamiający konkretne zachowania w czasie rzeczywistym, na przykład głód czy pożądanie, które popychają ludzi do jedzenia i uprawiania seksu. Przyczyna dalsza (ultimate cause) to motyw adaptacyjny, leżący u źródeł danej przyczyny bliższej, na przykład potrzeby odżywienia organizmu i rozmnażania się, pod których wpływem ewoluowały w nas popędy głodu i pożądania seksualnego. Rozróżnienie między przyczynami bliższymi a dalszymi jest niezbędne do tego, abyśmy mogli zrozumieć samych siebie, wyznacza ono bowiem odpowiedź na wszelkie pytania typu: „Dlaczego ten człowiek postąpił w taki, a nie inny sposób?” Rozważmy prosty przykład. Na poziomie przyczyn dalszych ludzie uprawiają seks, żeby się rozmnażać (bo przyczyną dalszą współżycia seksualnego jest reprodukcja), ale na poziomie przyczyn bliższych mogą robić wszystko, co w ich mocy, żeby nie doszło do zapłodnienia (bo przyczyną bliższą uprawiania seksu jest przyjemność).

I tyle o jawnych i ukrytych motywach Polańskiego, gdy zrywał trzynastoletni owoc. O intencjach i motywach samego owocu napiszę już wkrótce.


Studia, po których najwięcej zarobisz

12/09/2009

Trystero to blog, który polecam, komu tylko mogę – przede wszystkim za doskonałe analizy ekonomiczne, jak również za styl pisania i to zatrzęsienie genialnych wykresów (jak ja lubię wykresy!), takich jak te w dzisiejszej notce o tym, po których kierunkach w Stanach najlepiej się zarabia. Notki nie będę tu streszczał, każdy może sobie kliknąć na link i ją przeczytać, ale przed przekopiowaniem głównego wykresu po prostu nie mogę się powstrzymać:

najlepsze-kierunki2

Lista dotyczy tylko kierunków licencjackich, stąd nieobecność dość dobrze rokujących finansowo medycyny i prawa. Abstrahując od tego, można jednak jasno stwierdzić, że wspomniane na niej kierunki mają parę cech wspólnych. Po pierwsze: żaden nie ma nic wspólnego z humanistyką. Po drugie, wszystkie wymagają dobrej znajomości matematyki – tej samej, o prawo do niezdawania której rodzice przyszłych maturzystów toczą co roku walki z ministerstwem. Bo w końcu nie ma nic fajniejszego dla rodzica, niż pewność, że jego dziecko będzie w przyszłości biedne.

Efekt? Najczęściej wybieranymi studiami w 2008 roku były w Polsce prawo, psychologia i dziennikarstwo. Zaraz potem dreptały: bańka reklamowa pod tytułem “marketing i zarządzanie” (jak przyjemnie być narodem dyrektorów), przekazujące studentom odjechane ideologie jako wiedzę socjologia i politologia czy niczego sensownego nieuczące kulturoznawstwo (wiem, studia, na których w ramach zajęć ogląda się dzieła postimpresjonistów lub dyskutuje o Marksie, Derridzie i Naomi Klein, wydają się niektórym pociągające – tyle że na rynku pracy wiedza o tym, co Baudrillard miał na myśli pisząc o symulakrach, nie ma najmniejszej wartości, w przeciwieństwie do wiedzy o tym, jak zbudować most, podmienić fragment DNA w komórce lub zaprogramować bazę danych). W 2009, jak wszystko wskazuje, będzie podobnie, i to mimo faktu, że większość studiujących na niedających wiedzy (wyjątek prawo i – gdzieniegdzie – psychologia) i nierokujących wielkich perspektyw (jeśli – dotyczy tylko studentów prawa – nie ma się mamy notariusza lub wujka adwokata) kierunkach musi za tę przyjemność płacić z własnej kieszeni.

Tymczasem młody człowiek, który zdecyduje się na studiowanie takiej fizyki, nie dość, że ma pewność, że się dostanie na państwową uczelnię i nic nie zapłaci za studia (miejsc co roku jest więcej niż chętnych), to jeszcze może liczyć na stypendium motywacyjne od rządu: okrągłe 1000 zł (dość przyzwoita suma dla sporej liczby żaków), wypłacane co miesiąc za sam fakt bycia studentem (bez względu na średnią!). Dodajmy: studentem kierunku, po którym pracuje się w CERN-ie lub na kierowniczym stanowisku w centrali dużego banku, a nie – jak po kulturoznawstwie lub socjologii – na zmywaku w Londynie. A mimo to chętnych brakuje.

Ech, lubimy te zmywaki, lubimy…


Awantura o Rorschacha

09/08/2009

Od kilku tygodni wrze w środowiskach amerykańskich psychoanalityków, psychologów, psychoterapeutów i psychiatrów, po tym, jak kanadyjski lekarz James Heilman opublikował na anglojęzycznej Wikipedii plansze i klucze testu plam Rorschacha. Zrobił to w pełni legalnie, gdyż prawa autorskie, chroniące stworzone przed 90 laty narzędzie diagnostyczne, niedawno w Stanach wygasły. Krok Heilmana i późniejsza odmowa usunięcia materiałów ze strony administratorów Wikipedii sprawiły, że na internetową encyklopedię posypały się gromy: ostatnio nawet z łamów wpływowego New York Timesa.

Prym w ataku wiodą psychoanalitycy i psychologowie kliniczni. Skądinąd trudno dziwić się ich zacietrzewieniu: większość na co dzień używa testów Rorschacha w pracy z pacjentami i klientami, mimo kontrowersji, jakie narzędzie to budzi od ponad półwiecza.

Rorschach_blot_05Test Plam Rorschacha to bowiem w istocie nie żaden test (w potocznym tego słowa rozumieniu), tylko zestaw 10 tablic z symetrycznymi plamami z atramentu. Pięć plam jest szaroczarnych (przykładowa po lewej stronie), dwie – szaroczerwone, a trzy – kolorowe. Wszystkie są wieloznaczne i mogą być dowolnie interpretowane w zależności od pory dnia, temperatury otoczenia i stopnia napełnienia żołądka osoby odpowiadającej.

W trakcie samej diagnozy badany siedzi sobie wygodnie, patrzy na pokazywane mu plamy i mówi, co widzi. To, co twierdzi, że zobaczył (motylki, słonie i niedźwiadki są generalnie OK, faceci z siekierami, którzy właśnie posiekali swe córki – już nie bardzo), na czym się skoncentrował (zbyt wysoka szczegółowość odpowiedzi znamionować może nerwice i obsesje), jakie dodatkowe uwagi zgłosił (konstatacja, że rysunki są lustrzanymi odbiciami, to na przykład niezawodny sygnał narcyzmu) oraz jak zachowywał się przy udzielaniu odpowiedzi (czy np. nie był zbyt spokojny lub zbyt zdenerwowany), pozwoli potem badającemu ustalić, jakie choroby psychiczne i fizyczne dręczą pacjenta. “Fizyczne” wpisałem tu nie bez kozery: część entuzjastów plam Rorschacha uważa, że można z ich pomocą zdiagnozować nawet raka.

Trochę gorzej radzi sobie Rorschach z przypadłościami psychicznymi. Gdy w 1999 w ramach jednej z prób udowodnienia wartości diagnostycznej testu przebadano nim 123 przypadkowo dobranych klientów pewnej kalifornijskiej stacji krwiodawstwa, niezależnie interpretowane wyniki pokazały… schizofrenię u co szóstego badanego i patologiczny poziom narcyzmu u co trzeciego! Nie trzeba chyba dodawać, że żaden z przebadanych krwiodawców nie zdawał sobie wcześniej sprawy z posiadania tych tragicznych przypadłości.

Standardem w diagnozowaniu chorób z uwag o plamach jest też nadreprezentacja zaburzeń osobowości, które w warunkach laboratoryjnych test wykrywa u co drugiego badanego. Nawet przeciwnicy narzędzia przyznają jednak, że notuje ono większą skuteczność na polu identyfikowania przestępców seksualnych i ich ofiar niż lanie wosku i czytanie z fusów.

Wszystko to brzmi tak absurdalnie, że aż zabawnie. Przestaje jednak człowiekowi być do śmiechu, gdy sobie uświadomi, że skompromitowany metodologicznie test, którego rzetelność doprowadza do białej gorączki specjalistów od psychometrii, a trafność wywołuje uśmiech politowania u certyfikowanych różczkarzy i doświadczonych tarocistek, jest najczęściej wykorzystywanym na świecie narzędziem „profesjonalnej” diagnozy psychologicznej. Dość wspomnieć, że sondażu przeprowadzonym w 1995 roku do używania testu przyznało się 82% amerykańskich psychologów klinicznych. 43% dodało, że sięga po niego często. Co więcej, w latach 1996-2006 częstotliwość jego stosowania wzrosła podobno aż czterokrotnie…

W tym momencie przestaje dziwić zaciekłość, z jaką światek pseudonaukowców z tytułami (żeby nie było, że uogólniam: przeważająca większość psychologów publikujących w recenzowanych czasopismach gromadzi dane za pomocą zestandaryzowanych, rzetelnych i trafnych testów, które w przeciwieństwie do Rorschacha dają porównywalne i powtarzalne wyniki; problem w tym, że większość tych badaczy robi kariery w laboratoriach uniwersyteckich lub w marketingu, a nie idzie „leczyć” ludzi) stanął w obronie swej tajemnej dotąd wiedzy. No, właściwie nie tak do końca tajemnej: plamy i ich interpretacje znaleźć można było zarówno w amerykańskich podręcznikach, jak i w literaturze „popularnej” od ponad 30 lat. W opublikowanym w 1983 r. bestsellerze „Big Secrets” Williama Poudstone’a znalazł się nawet oddzielny rozdział, poświęcony drobiazgowej analizie każdego z obrazków. Książka zawierała również zalecenia, jak odpowiadać, by badający wziął nas za samo dobro. Jak wszystkie „tajne” testy psychologów, był też Rorschach obecny w internecie. ilustracje i klucze nietrudno było znaleźć m.in. na serwisach wymiany plików typu rapidshare i w sieciach P2P. Wystarczyło poszukać.

Publikacja na Wikipedii sprawiła, że już nie trzeba szukać – po wpisaniu frazy “Rorschach test” w okno google’a hasło z internetowej encyklopedii wyskakuje jako pierwsze. Zawartość hasła tymczasem na razie raczej nie zniknie: Wikipedyści cenzury nie lubią, więc w sporze stanęli murem za Heinmanem.

Zwolennikom tajności testu pozostało złorzeczenie społecznościom internetowym i biadolenie nad tym, jak to ujawnienie ich tajemnicy uderzy w pacjentów. Heinman w odpowiedzi przypomina historię używanej przez okulistów tablicy Snellena. Służącą do oceny ostrości wzroku planszę od lat można sobie ściągnąć z sieci i przed pójściem do okulisty nauczyć się umieszczonych na niej liter na pamięć. Mimo to ani większość pacjentów tego nie robi, ani żaden okulista przy zdrowych zmysłach nie nawołuje do utajnienia narzędzia.

Na przeciwnym biegunie mamy szamanów i czarowników, którzy od zarania dziejów strzegli swych sekretnych zaklęć i rytuałów przed oczami profanów, argumentując, że zaklęcie poznane przez osobę niepowołaną w najlepszym razie straci swą moc, a w najgorszym ściągnie na społeczność gniew bogów. Nie trzeba chyba nadmieniać, że (w przeciwieństwie do dobieranych przez okulistów szkieł) rzeczywista skuteczność sprowadzających deszcz tańców i uzdrawiających rymowanek pozostawiała mimo zapewnień szamanów wiele do życzenia.

Atakujący Wikipedię terapeuci zdecydowali, czy chcą być zaliczani do kategorii naukowców, czy czarowników, w chwili, gdy po raz pierwszy sięgnęli po test Rorschacha (lub pokrewne mu metody projekcyjne) w celach nierozrywkowych. Czyżby nikt im nie powiedział, że bycie szamanem zawsze niesie ze sobą ryzyko w chwili, gdy publiczność zobaczy, że nasza sztuczka to humbug?


Przełom w protetyce

05/08/2009

Japońska firma Cyberdyne poinformowała o zakończeniu prac nad urządzeniem, który już wkrótce umożliwi osobom niepełnosprawnym, sparalizowanym i pozbawionym kończyn poruszanie się i manipulację przedmiotami.

Urządzenie, które jest zarówno strojem, jak i robotem (o czym można przekonać się, oglądając pokazujący jego funkcjonowanie film), nazywa się HAL (Hybrid Assistive Limb) i waży 23 kg. Składa się z komputera, plecaka z zasilaniem, paska i przylegających nakładek na kończyny. Opis jego działania cytuję za TVN24:

W momencie, gdy człowiek zamierza się ruszyć, jego mózg wysyła sygnały nerwowe do mięśni, które można wykryć na powierzchni skóry. Strój jest w stanie zidentyfikować ślady pozostawione przez te sygnały dzięki czujnikom podłączonym do skóry, co rozpoczyna kolejną reakcję. Sensory wysyłają informacje do jednostki energetycznej mechanicznego kostiumu, który następnie wykonuje identyczne ruchy jak właściciel. Zależnie od wersji noszonego stroju, pomnaża on siłę użytkownika od dwóch do dziesięciu razy. (…)
HAL pomaga także w wykonywaniu codziennych czynności – wstawaniu z krzesła, chodzeniu, wchodzeniu na schody oraz podnoszeniu ciężkich przedmiotów. Strój może pracować bez przerwy przez prawie pięć godzin. Pomimo swojej wagi nie obciąża użytkownika, gdyż jego mechanika sprawia, że sam utrzymuje swój ciężar.

Jak szacuje producent, wypożyczenie aparatu na miesiąc będzie kosztować 220 tysięcy jenów – czyli równowartość 7 tysięcy złotych. Cena do przyjęcia dla Japończyka, nie zdziwię się zatem, jeżeli już wkrótce HAL trafi pod strzechy Kraju Kwitnącej Wiśni. A potem pewnie także i nasze.


Papa Smerf i Miś Kolargol

21/07/2009

Michael Jackson pokazał, że da się zmienić kolor skóry z czarnego na biały. Andrzej Lepper – że można i w drugą stronę. Co jednak mają zrobić ci, którym marzy się mniej mainstreamowe zabarwienie – choćby głęboki błękit? Ano, nic specjalnie skomplikowanego: jak wynika z reportażu CNN, wystarczy, że zaopatrzą się w domowy zestaw do produkcji srebra koloidalnego i będą tego wypijać przynajmniej po kilka kubków dziennie.

Dla zainteresowanych: srebro koloidalne (zwane również w skrócie kolargolem) to, jak podaje wikipedia, rozproszone w wodzie destylowanej drobinki srebra wielkości od 0,005 do 0,15 mikrometra, których picie leczy ponoć choroby wszelakie. Produkować je sobie można choćby z babcinej zastawy, pić też dają się bez ograniczeń (jeśli ktoś, oczywiście, lubi połykać na raty noże i widelce) i podobno nie wywołują żadnych niepożądanych skutków ubocznych. Poza, oczywiście, argyrią. Ale kto by się nie chciał tak pięknie zesmerfić?


W obronie stymulantów

11/12/2008

Numer „Nature” z tego tygodnia przejdzie do historii, głównie ze względu na szeroko komentowany artykuł, w którym grupa mniej lub bardziej znanych neurobiologów i neuroetyków przełamuje zmowę milczenia wokół “cięższych” dopalaczy. Dla niezorientowanych: chodzi o leki takie jak Adderall i Ritalin, legalnie dostępne w Stanach na receptę jako lekarstwa dla chorych na ADHD. Od dawna wiadomo jednak, że ich użycie poprawia pracę umysłu i zdolności poznawcze także osób zdrowych, co ponoć odkryli jako pierwsi lekarze pracujący w szpitalach na więcej niż jedną zmianę. Mimo faktu, że obrót tymi środkami w celach innych niż medyczne pozostaje w Stanach Zjednoczonych przestępstwem federalnym, masowo używają ich dziś i gwiazdy estrady, i menedżerowie, i – last but not least – studenci. Dość wspomnieć, że sięganie po leki psychostymulujące deklaruje w ankietach 7 procent amerykańskich żaków. Co więcej, badacze przypuszczają, że rzeczywiste liczby mogą być kilkakrotnie wyższe: na niektórych uniwersytetach do używania wspomnianych środków przyznaje się nawet co czwarty student, z roku na rok rośnie też liczba osób nieukrywających tego, że stymulują w ten sposób swój aparat poznawczy. Na marginesie przypomnijmy, że równolegle od dawna funkcjonują na rynku “lżejsze” dopalacze: kawa i napoje energetyzujące, których – mimo niewątpliwego działania psychostymulującego – można bez nadzoru policji wlewać w siebie litry dziennie.

Do tej pory doniesienia na wspomniany temat (także w Polsce, gdzie np. krucjatę przeciwko sklepom z psychostymulantami prowadziła niedawno w swoich gazetach i czasopismach Agora S.A.) pełne były bicia na alarm i apokaliptycznych wizji. Tym razem badacze podeszli do sprawy znacznie spokojniej i jasno stwierdzili, że – wbrew temu, co usiłują nam wmówić goniący za sensacją dziennikarze – nie ma jak do tej pory badań, które jasno stwierdzałyby szkodliwość umiarkowanego podwyższania sobie (enhancement) wydajności pracy mózgu. Oczywiście pomijając sytuacje przedawkowania, na które jednak jesteśmy w tym samym stopniu narażeni w przypadku legalnych substancji, takich jak nikotyna czy kofeina.

Autorzy artykułu zgadzają się, że wspomagacze umysłu to nowa jakość – nienaturalny środek, dzięki któremu współcześnie nasz mózg może działać w sposób, o jakim nie śniłoby się naszym przodkom. Według nich takich nowinek technicznych mamy wokół siebie mnóstwo, i jakoś na ogół nie potępiamy ich w czambuł, nie mówiąc już o racjonowaniu do nich dostępu. Przykładem choćby Internet, który umożliwia nam gromadzenie, przetwarzanie i dostęp do informacji na niespotykaną wcześniej skalę. Przed wynalezieniem komputera osobistego człowiek musiał pamiętać praktycznie każdą informację, z którą w życiu się zetknął, ewentualnie znać do niej drogę, np. miejsce książki w bibliotece i stronę, na której informacja była dostępna. Dziś wystarcza nam wyszukiwarka i umiejętność selekcji danych, które wyszukiwarka wypluje. Nic dziwnego, że czas odnalezienia potrzebnej informacji dla współczesnego człowieka jest znacznie krótszy niż dla kogoś, kto żył choćby 100 lat temu – a wszystko to dzięki rewolucji technologicznej.

Czytaj resztę wpisu »


Czy ludzkie klony mają ogony?

04/12/2008

Dzięki Modnym Bzdurom zapoznałem się właśnie ze świetnym artykułem na temat roli naukowca w polskich mediach, który kilka dni temu opublikowała na gazeta.pl prof. Magdalena Fikus. Parę fragmentów aż prosi się tu o komentarz i rozwinięcie, zwłaszcza że autorka to jeden z najbardziej eksploatowanych przez dziennikarzy polskich genetyków. Więc komentujmy.

Profesor zaczyna od opisu sytuacji znanej bodaj każdemu ekspertowi, który kiedykolwiek nagrywał “setkę” dla radia lub telewizji:

Prosili o szybciutki komentarz – już za chwilę, za momencik jest potrzebny. Powiedziałam, co wiedziałam, trwało to dwie-trzy minuty. My to skrócimy – powiedzieli oni.
W audycji wyglądało to tak:
Oni: – Poprosiliśmy Panią Profesor o komentarz.
Ja: – Genetyka jest ważną nauką.
I to do tego zdania byłam tej ekipie potrzebna.

Po tym wstępie dostajemy krótką acz gruntowną analizę roli naukowca w dzisiejszych mediach i sytuacji, w jakiej stawia się on, gdy nieopatrznie zgodzi się na wypowiedź medialną:

Naukowiec jest wobec telewizji bezradny, może jej tylko odmówić. Nie wiemy, co zostanie z naszej wypowiedzi. Nie ma w telewizji zwyczaju autorskiej weryfikacji, nawet jeżeli audycja nagrywana jest na parę dni przed emisją. Nie wiemy także, w jakiej scenografii i w czyim towarzystwie zostanie wyemitowana nasza wypowiedź. Godząc się na nagranie, tracimy osobowość.
Nauka w telewizji istnieje wtedy, kiedy urodzi się cielę o dwu głowach albo wyleci w kosmos chiński kosmonauta. Podobno normalna nauka widzów nie interesuje. (…)
Naukowcy służą (…) jako utytułowana dekoracja. Sadza się ich na niewygodnych fotelach (kolana pod brodą, wstać nie sposób) i pozwala powiedzieć, że genetyka jest ważną dziedziną wiedzy. Czasem jeszcze mogą powiedzieć dodatkowo jedno zdanie, że genetycy wymyślili, jak klonować zwierzęta albo robić nowe leki.

Swoją drogą, sam brałem w życiu udział w przynajmniej kilkudziesięciu audycjach telewizyjnych i muszę powiedzieć, że najbardziej bzdurne były te, które z założenia miały być poświęcone nauce (ciekawe, że reguła ta praktycznie nie dotyczy stacji radiowych, z drugiej strony tam na ogół człowiek ma wystarczająco czasu, by powiedzieć, o co mu chodzi, a i dziennikarze jakoś na ogół też orientują się w temacie). Robienie telewizyjnego programu naukowego w Polsce często wygląda tak, że np. rozmawia się o trafności wróżb z psychologiem i wróżką, po czym w samym programie zestawia ich pocięte wypowiedzi tak, jakby co najmniej były równoważne (w końcu obydwoje to eksperci w swej dziedzinie). Na tym tle wejścia eksperckie na żywo w programach śniadaniowych czy publicystycznych, z których już nikt nic z jego słów nie wytnie (bo przeważnie są emitowane na żywo), to dla naukowca prawie że rozpusta.

Pamiętam, jak swego czasu zdarzyło mi się wystąpić w “naukowej” audycji w pewnej telewizji, której nazwę tu przemilczę. Jako kulturoznawca i ogólnie ekspert od zachowań ludzkich miałem w tym programie dyskutować na temat zagrożeń płynących z rozwoju genetyki. Ale – i tu uwaga – nie z żadnym genetykiem, tylko z… księdzem. Ksiądz był, między Bogiem a prawdą, doktorem, tyle że “nauki” jeszcze bardziej podejrzanej niż kulturoznawstwo, mianowicie teologii. W studiu nie było żadnego genetyka, biotechnologa czy nawet lekarza, nikogo, kto by się profesjonalnie zajmował omawianą dziedziną lub choćby czymkolwiek w pobliżu. Jedyną pociechę stanowił fakt, że i ja, i kapłan coś o genetyce gdzieś kiedyś przeczytaliśmy, w przeciwieństwie do dziennikarza prowadzącego, który nie miał o całej sprawie zielonego pojęcia, i z którego pytań wynikało, że nie potrafi odróżnić klonowania od modifikacji genetycznych. Dość wspomnieć, że w trakcie nagrania padały pytania typu: Co jeśli ludzki klon będzie miał ogon lub dwie głowy?

Tu aż się prosi, by jeszcze raz zacytować profesor Fikus:

Naprzeciw naukowca sadza się (…) polityka i działacza “ekologicznego”. Obaj mówią, że pomysł genetyka jest szkodliwy, szkodliwy dla zdrowia, dla Człowieka (przez duże C). Oni niczego nie muszą dowodzić, po prostu ten pomysł jest zły. Naukowiec jest bezradny. Aby udowodnić, że polityk się myli, musiałby wygłosić wykład akademicki, pokazać wykresy, tabele i określić prawdopodobieństwo (nie pewność, bo tego nie zrobi), że w swojej wypowiedzi ma rację. Ale przecież telewizja sądzi, że dużo ciekawiej jest słuchać o tych strachach.

Na pewnym poziomie pani profesor narzeka zupełnie na próżno: konsumenci przekazów medialnych na ogół szukają w nich kontrowersji i sensacji. Dziennikarze i ich szefowie doskonale o tym wiedzą, dlatego też trudno obwiniać ich o to, że zabiegając o oglądalność (i, co za tym idzie, pieniądze) wolą donosić o zagrożeniach, niż o ich braku. Inną sprawą jest jednak dobór i zestawianie gości oraz prezentacja ich twierdzeń jako równoważnych, bez względu na to, czy mają wystarczającą wiedzę, by wypowiadać się w temacie.

Dlaczego ekolog, polityk, ksiądz czy nawet przedstawiciel “nauk” humanistycznych i społecznych (nie mam złudzeń, że, jeśli nie liczyć wąskiej działki badań empirycznych – a i to nie wszystkich – 95 proc. tego, co produkuje się w bliskich mi dyscyplinach, to w najlepszym razie beletrystyka, a w najgorszym bełkot) mają być kompetentni w sprawach dotyczących DNA, rozwoju zarodka ludzkiego, komórek macierzystych czy ogólnie pojętej biotechnologii? Wyobraźmy sobie wielkanocny program, w którym fizyk i biolog, pod nieobecność księdza (lub nawet, uchowaj Boże, w jego obecności), dyskutują o nikłym podstawach empirycznych twierdzenia, że Jezus Chrystus zmartwychwstał. Oskarżenia o obrazę uczuć religijnych prawdopodobnie przekreśliłyby ich szanse na jakiekolwiek rządowe granty w przyszłości, nie mówiąc już o prezydenckiej nominacji profesorskiej.

Krytykowanie w mediach tego, czego nie dowiedziono naukowo, ale w co ktośtam wierzy (czy to anioły lub święci, czy solidaryzm społeczny i efekt cieplarniany) kończy się na ogół nagonką ze strony fanatyków, Ci zaś na poziomie reakcji pozostają fanatykami, bez względu na to, czy wyznają dogmaty katolickie, socjalistyczne czy ekologicznie. Mieszanie z błotem naukowców i wygadywanie piramidalnych bzdur o wynikach ich pracy to tymczasem modna norma, i to zarówno po prawej, jak i lewej stronie debaty politycznej.

A przecież nie trzeba dysponować jakąś niesamowitą wiedzą, by zdawać sobie sprawę, że długość i poziom życia od lat rosną na świecie nie dzięki fanatykom, lecz na ogół wbrew ich wysiłkom. Ekolodzy nie rozwiązują problemów żywnościowych w Afryce, tylko przekonują tamtejsze rządy, że lepiej by ludzie umierali z głodu niż jedli żywność modyfikowaną genetycznie. Stolica Apostolska nie prowadzi badań nad wirusem HIV, tylko namawia zdrowych do niestosowania prezerwatyw. Prawie cały postęp cywilizacyjny i technologiczny, jaki obserwujemy w ostatnich latach, zawdzięczamy laboratoriom i zaszytym w nich naukowcom. Tym samym, z których tak ochoczo naśmiewamy się w kreskówkach, i których od czasu do czasu zapraszamy do telewizji, to po to, by powiedzieli, że ich dziedzina jest ważna lub popolemizowali z jakimś kompletnym nieukiem.


Soczewka z amebą

24/10/2008

Najpierw były pogłoski (przez wielu traktowane jak legendy miejskie), teraz dostajemy naukowe potwierdzenie: wielorazowe szkła kontaktowe niezbyt dobrze służą naszym oczom. Listopadowy Journal of Medical Microbiology publikuje wyniki hiszpańskich badań pokazujących, dlaczego używanie takich soczewek zwiększa ryzyko zakażenia pierwotniakami, które może prowadzić nawet do ślepoty.

A wszystko za sprawą pewnego niepozornego żyjątka. Akantameba to jeden z częściej występujących wokół nas przedstawicieli królestwa protistów (rodzaj: ameby), znajdowany w wodach słodkich, wilgotnych glebach i powietrzu. Pełzak żywi się przede wszystkim bakteriami, zaś kiedy znajdzie się w organizmie człowieka, może wywołać szereg chorób. Najgroźniejsza z nich (ale też na szczęście dość rzadka) to akantameboza, na ogół przebiegająca pod postacią zapalenia płuc lub mózgu (to drugie może być śmiertelne). Tylko trochę mniej niebezpieczne (za to bardziej rozpowszechnione) jest wywoływane przez akantamebę zapalenie rogówki oka (keratitis) – bolesna infekcja, która może prowadzić do utraty wzroku. Tu statystyki są nieubłagane: 85 procent osób dotkniętych zapaleniem rogówki to użytkownicy szkieł kontaktowych. Na największe ryzyko narażeni są ludzie korzystający w soczewkach z basenu lub płukający soczewki w kranówce, akantameba bowiem (podobnie jak wiele innych pierwotniaków) niewiele robi sobie z chloru czy innych środków uzdatniania wody pitnej. Wszystko to jednak wiedziano już wcześniej, poza jednym detalem, odkrytym właśnie przez badaczy z Teneryfy: nie mniej przyjaznym środowiskiem do życia jest dla ameby… płyn do płukania soczewek.

Naukowcy z zespołu Basilia Valladaresa zajrzeli pod mikroskopem do 153 pojemników na szkła kontaktowe, należących do użytkowników nie wykazujących oznak zakażenia pełzakiem. Wyniki przekroczyły najśmielsze oczekiwania: w dwóch trzecich pudełek znaleźli patogeniczną odmianę akantameby, przy czym w 30 procentach przypadków była to odmiana wysoce zjadliwa.

By nieco uspokoić nastroje, zaznaczmy, że – jak przyznają sami badacze – w soczewkach z Teneryfy występuje więcej ameb niż np. w szkockich. Jest tak przede wszystkim ze względu na klimat: większość mikroskopijnych żyjątek do namnażania się potrzebuje ciepła i wilgoci. Skoro zaś Polsce ciągle (mimo ocieplania się klimatu) bliżej do Wysp Brytyjskich niż Kanaryjskich, nie ma co na razie przesadzać z paniką.


Strach się bać

16/10/2008

Po pierwsze, strach mało komu kojarzy się pozytywnie.

W przeciwieństwie do uczuć takich jak radość czy zachwyt, jest bliski bólowi. I to bólowi w tym najbardziej wymiernym, fizycznym sensie. Nie tylko dlatego, że jedno i drugie odbieramy na ogół jako coś nieprzyjemnego. Z bólem łączy strach ewolucyjna historia: zdolność do odczuwania jednego i drugiego zwiększała i wciąż zwiększa prawdopodobieństwo, że organizm uniknie zagrożeń, które mogłyby doprowadzić do jego końca. W toku ewolucji stworzenia odczuwające dyskomfort w sytuacji zagrożenia miały większe szanse na przekazanie swych genów potomstwu, przynajmniej w porównaniu z tymi, które takiego dyskomfortu nie czuły, przez co znacznie szybciej kończyły w żołądkach naturalnych wrogów. To samo dotyczyło bólu fizycznego, czyli dyskomfortu w wypadku uszkodzenia ciała – ludzie, którzy nie są go w stanie odczuć (od czasu do czasu rodzą się tacy „szczęściarze”), giną przeważnie jeszcze w dzieciństwie na skutek licznych ran i obrażeń, które często sami sobie nieświadomie zadają.

Według Carsona, Butchera i Mineki, autorów Psychologii zaburzeń, strach to przede wszystkim

podstawowa emocja, polegająca na uruchomieniu we współczulnym układzie nerwowym reakcji walki lub ucieczki, pozwalającej na błyskawiczne działanie w sytuacji zagrożenia.
Może tu chodzić o zagrożenie ze strony drapieżników, które nękały naszych przodków i wciąż bywają niebezpieczne (np. dla wędrowców zapuszczających się w leśne ostępy), lub też o zagrożenia bardziej współczesne, jak spotkanie z uzbrojonym człowiekiem czy lot samolotem, który – jak się okazuje – może z jakiegoś powodu spaść w dół.

Trudno się dziwić, że są ludzie, którzy poszukują tego uczucia. Oczywiście, na ogół chcą go doświadczać w sytuacjach, nad którymi mają kontrolę, i w bezpiecznych miejscach: na kanapie przed telewizorem lub w sali kinowej. I dlatego właśnie, jak wyszło mi ostatnio w trakcie dyskusji z Tomkiem Kosiorkiem w Zostaw wiadomość (Polskie Radio Euro), tak uwielbiamy oglądać horrory: