11/12/2008
Numer „Nature” z tego tygodnia przejdzie do historii, głównie ze względu na szeroko komentowany artykuł, w którym grupa mniej lub bardziej znanych neurobiologów i neuroetyków przełamuje zmowę milczenia wokół “cięższych” dopalaczy. Dla niezorientowanych: chodzi o leki takie jak Adderall i Ritalin, legalnie dostępne w Stanach na receptę jako lekarstwa dla chorych na ADHD. Od dawna wiadomo jednak, że ich użycie poprawia pracę umysłu i zdolności poznawcze także osób zdrowych, co ponoć odkryli jako pierwsi lekarze pracujący w szpitalach na więcej niż jedną zmianę. Mimo faktu, że obrót tymi środkami w celach innych niż medyczne pozostaje w Stanach Zjednoczonych przestępstwem federalnym, masowo używają ich dziś i gwiazdy estrady, i menedżerowie, i – last but not least – studenci. Dość wspomnieć, że sięganie po leki psychostymulujące deklaruje w ankietach 7 procent amerykańskich żaków. Co więcej, badacze przypuszczają, że rzeczywiste liczby mogą być kilkakrotnie wyższe: na niektórych uniwersytetach do używania wspomnianych środków przyznaje się nawet co czwarty student, z roku na rok rośnie też liczba osób nieukrywających tego, że stymulują w ten sposób swój aparat poznawczy. Na marginesie przypomnijmy, że równolegle od dawna funkcjonują na rynku “lżejsze” dopalacze: kawa i napoje energetyzujące, których – mimo niewątpliwego działania psychostymulującego – można bez nadzoru policji wlewać w siebie litry dziennie.
Do tej pory doniesienia na wspomniany temat (także w Polsce, gdzie np. krucjatę przeciwko sklepom z psychostymulantami prowadziła niedawno w swoich gazetach i czasopismach Agora S.A.) pełne były bicia na alarm i apokaliptycznych wizji. Tym razem badacze podeszli do sprawy znacznie spokojniej i jasno stwierdzili, że – wbrew temu, co usiłują nam wmówić goniący za sensacją dziennikarze – nie ma jak do tej pory badań, które jasno stwierdzałyby szkodliwość umiarkowanego podwyższania sobie (enhancement) wydajności pracy mózgu. Oczywiście pomijając sytuacje przedawkowania, na które jednak jesteśmy w tym samym stopniu narażeni w przypadku legalnych substancji, takich jak nikotyna czy kofeina.
Autorzy artykułu zgadzają się, że wspomagacze umysłu to nowa jakość – nienaturalny środek, dzięki któremu współcześnie nasz mózg może działać w sposób, o jakim nie śniłoby się naszym przodkom. Według nich takich nowinek technicznych mamy wokół siebie mnóstwo, i jakoś na ogół nie potępiamy ich w czambuł, nie mówiąc już o racjonowaniu do nich dostępu. Przykładem choćby Internet, który umożliwia nam gromadzenie, przetwarzanie i dostęp do informacji na niespotykaną wcześniej skalę. Przed wynalezieniem komputera osobistego człowiek musiał pamiętać praktycznie każdą informację, z którą w życiu się zetknął, ewentualnie znać do niej drogę, np. miejsce książki w bibliotece i stronę, na której informacja była dostępna. Dziś wystarcza nam wyszukiwarka i umiejętność selekcji danych, które wyszukiwarka wypluje. Nic dziwnego, że czas odnalezienia potrzebnej informacji dla współczesnego człowieka jest znacznie krótszy niż dla kogoś, kto żył choćby 100 lat temu – a wszystko to dzięki rewolucji technologicznej.
Czytaj resztę wpisu »
12 komentarzy |
Medycyna, Nauka |
Bezpośredni odnośnik
Opublikował/a TŁ
24/10/2008
Najpierw były pogłoski (przez wielu traktowane jak legendy miejskie), teraz dostajemy naukowe potwierdzenie: wielorazowe szkła kontaktowe niezbyt dobrze służą naszym oczom. Listopadowy Journal of Medical Microbiology publikuje wyniki hiszpańskich badań pokazujących, dlaczego używanie takich soczewek zwiększa ryzyko zakażenia pierwotniakami, które może prowadzić nawet do ślepoty.
A wszystko za sprawą pewnego niepozornego żyjątka. Akantameba to jeden z częściej występujących wokół nas przedstawicieli królestwa protistów (rodzaj: ameby), znajdowany w wodach słodkich, wilgotnych glebach i powietrzu. Pełzak żywi się przede wszystkim bakteriami, zaś kiedy znajdzie się w organizmie człowieka, może wywołać szereg chorób. Najgroźniejsza z nich (ale też na szczęście dość rzadka) to akantameboza, na ogół przebiegająca pod postacią zapalenia płuc lub mózgu (to drugie może być śmiertelne). Tylko trochę mniej niebezpieczne (za to bardziej rozpowszechnione) jest wywoływane przez akantamebę zapalenie rogówki oka (keratitis) – bolesna infekcja, która może prowadzić do utraty wzroku. Tu statystyki są nieubłagane: 85 procent osób dotkniętych zapaleniem rogówki to użytkownicy szkieł kontaktowych. Na największe ryzyko narażeni są ludzie korzystający w soczewkach z basenu lub płukający soczewki w kranówce, akantameba bowiem (podobnie jak wiele innych pierwotniaków) niewiele robi sobie z chloru czy innych środków uzdatniania wody pitnej. Wszystko to jednak wiedziano już wcześniej, poza jednym detalem, odkrytym właśnie przez badaczy z Teneryfy: nie mniej przyjaznym środowiskiem do życia jest dla ameby… płyn do płukania soczewek.
Naukowcy z zespołu Basilia Valladaresa zajrzeli pod mikroskopem do 153 pojemników na szkła kontaktowe, należących do użytkowników nie wykazujących oznak zakażenia pełzakiem. Wyniki przekroczyły najśmielsze oczekiwania: w dwóch trzecich pudełek znaleźli patogeniczną odmianę akantameby, przy czym w 30 procentach przypadków była to odmiana wysoce zjadliwa.
By nieco uspokoić nastroje, zaznaczmy, że – jak przyznają sami badacze – w soczewkach z Teneryfy występuje więcej ameb niż np. w szkockich. Jest tak przede wszystkim ze względu na klimat: większość mikroskopijnych żyjątek do namnażania się potrzebuje ciepła i wilgoci. Skoro zaś Polsce ciągle (mimo ocieplania się klimatu) bliżej do Wysp Brytyjskich niż Kanaryjskich, nie ma co na razie przesadzać z paniką.
4 komentarzy |
Medycyna, Nauka |
Bezpośredni odnośnik
Opublikował/a TŁ
11/12/2007
Bareja by tego nie wymyślił: lekarz w gorzowskiej izbie przyjęć (gdzie zresztą podobne zachowania stanowią już nową świecką tradycję) zamiast przyjąć pacjentkę z podejrzeniem zawału, każe wzywać do niej ambulans. Powód: babcię przywiózł do szpitala wnuk, a nie karetka.
Na stronach “Gazety Lubuskiej” zapis pertraktacji wnuka z dyspozytorkami pogotowia (była więcej niż jedna rozmowa) i relacja samej babci. Słuchowisko przeznaczone dla jednostek o nadzwyczaj mocnych nerwach: nasza państwowa służba zdrowia to w końcu nie przelewki.
Nie dziwi tylko, że przy łóżku staruszki, przyjętej w końcu do szpitala (ambulans dojechał), cały czas czuwają teraz członkowie rodziny. Wolą, jak widać, nie ryzykować tego, co mogłoby się stać, gdyby babcia na oddziale zasłabła, a w pobliżu nie było nikogo, kto zadzwoniłby po pogotowie…
24 komentarzy |
Medycyna, Polska |
Bezpośredni odnośnik
Opublikował/a TŁ
23/03/2007
Najnowszy numer brytyjskiego magazynu medycznego The Lancet przynosi wyniki najświeższych badań na temat szkodliwości substancji psychoaktywnych, wyniki, które dla laika mogą okazać się dość szokujące. Z raportu wynika, że dwie z listy dziesięciu najbardziej szkodliwych i niebezpiecznych substancji są w Wielkiej Brytanii (ale również w Polsce) dostępne legalnie i bez recepty niemal w każdym sklepie spożywczym lub kiosku. Z kolei obrót tymi, które szkodzą znacznie mniej albo wcale, próbuje się ograniczać i zwalczać – nie bardzo nawet wiadomo, dlaczego.
Profesor David Nutt z Britain’s Bristol University wraz z kolegami zmienił w swoim artykule dotychczasowe sposoby ustalania tego, co szkodliwe, a co nie. Zamiast pytać ustawodawców i stojących za nimi lobbistów, o stworzenie rankingu niebezpiecznych środków poprosił zajmujących się uzależnieniami psychiatrów, oficerów policji i biegłych sądowych. Ci zaś pod uwagę brali nie to, co im się wydaje, ale suche statystyki, do których mieli dostęp. A te są nieubłagane: palenie papierosów odpowiada za 40 proc. chorób, z jakimi ludzie trafiają na brytyjskie izby przyjęć, zaś połowa wszystkich nagłych przypadków w szpitalnych oddziałach ratunkowych ma związek z nadużywaniem alkoholu. Jeśli chodzi o częstość hospitalizacji, inne narkotyki wypadają przy alkoholu i nikotynie dość blado.
Nawet zatem po uwzględnieniu siły i szybkości, z jaką substancja uzależnia (tu bezkonkurencyjne pozostają amfetaminy i kokaina), oraz potencjalnej szkodliwości pojedynczej dawki, wyszło badaczom, że alkohol plasuje się… na 5 miejscu. Wyprzedziły go tylko heroina, kokaina, barbiturany (stary dobry Luminal, który nasze mamy brały, by zasnąć) i metadon (którym zresztą leczy się uzależnionych od heroiny). Nikotyna zajęła miejsce 9. Konopie indyjskie, za których liście, według LPR-u, ludzi powinno się zamykać, nawet jeśli je tylko rysują, nie zmieściły się w pierwszej dziesiątce, podobnie jak demonizowane na każdym kroku Ecstasy.
Wnioski z badania niech każdy sobie sam wyciąga – ja tu do legalizowania lub delegalizowania czegokolwiek nawoływać nie zamierzam. Co najwyżej przed podjęciem ostatecznej decyzji gorąco polecam zapoznać się z tym, co na temat substancji psychoaktywnych ma do powiedzenia jeden z największych polskich farmakologów, profesor Jerzy Vetulani. Mocny wywiad, który niejednemu pewnie zmienił (i zmieni) sposób patrzenia na narkotyki.
22 komentarzy |
Medycyna, Narkotyki, Nauka, Psychologia |
Bezpośredni odnośnik
Opublikował/a TŁ