Parlament Europejski kontra blogi

24/06/2008

Temat dnia to dziś totalna lustracja blogerów. Nowa inicjatywa Europarlamentu, jeśli chodzi o odzew, jaki wywołała na blogach z prawa, lewa i środka (nie wspominając już o sensowności), przyćmiła chyba wszystkie pomysły Romana Giertycha z czasów ministrowania, i to nawet razem wzięte. Rzecz cytuję za dzisiejszą “Gazetą Wyborczą”; uwagi moje – boldem w nawiasach.

Musi być jasne, kto stoi za blogerami. Najlepiej, by deklarowali to sami blogerzy – (…) taka rekomendacja znalazła się w raporcie Parlamentu Europejskiego, który przyjęła na początku czerwca komisja kultury.

“Zachęcamy do dobrowolnego znakowania blogów, by jasne były zawodowe i finansowe interesy oraz odpowiedzialność ich autorów i wydawców” – napisali w raporcie “O koncentracji i pluralizmie mediów w UE”.

- Popieram pluralizm mediów, szczególnie nowych mediów [To szczególnie ciekawie tu wygląda, jakby pluralizm dało się stopniować...], których część stanowią blogi. Chciałabym jednak, by było jasne, kto za nimi stoi [i kogo w razie czego zamknąć] - wyjaśnia “Gazecie” autorka raportu, estońska socjalistyczna eurodeputowana Marianne Mikko, była dziennikarka. – Celem blogów jest pokazywanie prawdy, lecz niektórzy pod fałszywym nazwiskiem mogą kogoś oskarżać czy poniżać – tłumaczy. [Pod prawdziwym nazwiskiem ani oskarżanie ani poniżanie z definicji nikomu się nie zdarza...]

– Blogerów nie można automatycznie uznać za zagrożenie. Proszę sobie jednak wyobrazić sytuację, gdy grupy interesu czy ktokolwiek inny wykorzystuje blogi, by promować swoje przesłanie. Blogi to skuteczne narzędzie, są zaawansowaną formą lobbingu [a ten, jak wiadomo, jest w strukturach europejskich - zwłaszcza w Europarlamencie - nielegalny i niespotykany, nieprawdaż?]- zgadza się z nią niemiecki liberalny [??????! - rozumiem że socjalistka może być za odebraniem ludziom wolności słowa, socjalizm wszak zawsze sprowadza się do odbierania komuś czegoś, ale gdy liberał podpisuje się pod podobnymi niedorzecznościami, zaczynam mieć gęsią skórkę] eurodeputowany Jorgo Chatzimarkakis.

Eurodeputowani nie określili, w jaki sposób blogi miałyby być znakowane i czy prawdziwość deklaracji nadzorowałaby jakaś instytucja.

Ha, zakład sto do jednego, że jak już się zdecydują, kolejną fuchę zgarnie niezawodna Komisja Europejska. Zaprawiony w decydowaniu, co jest bananem, a co nie, i co w Unii E. ma prawo być nazywane oscypkiem, ten wspaniały superorgan najlepiej oceni, kto może, a kto nie może (i o czym nie może) pisać w Internecie. Szybki wzrost notowań tak mało ostatnio popularnych (bez wątpienia za sprawą knowań złych blogerów) eurobiurokratów wydaje się w takim układzie tylko kwestią czasu.


Ponowoczesny politruk

29/04/2007

Po niemal roku kręcenia profesor Zygmunt Bauman (już wcześniej znany z działalności w Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego) potwierdził w wywiadzie dla “Guardiana” zarzucany mu przez IPN fakt współpracy z Informacją Wojskową (streszczenie wywiadu po polsku). Dla niezorientowanych w historii najnowszej: utworzony w 1945 Korpus był (i nie jest to tylko zdanie “Gazety Wyborczej”) zbrojnym ramieniem NKWD w Polsce, zajmującym się przede wszystkim wyłapywaniem i mordowaniem akowców. Z kolei Informację Wojskową stworzono w 1944 roku jako polityczne narzędzie kontroli żołnierzy i oficerów (przede wszystkim Armii Ludowej, ale również KBW). Jej funkcjonariusze, wraz z braćmi z cywila, czyli z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, robili, co mogli, by Polacy jak najszybciej zaczęli wspominać z nostalgią SS i gestapo. Gdyby Stalin pożył trochę dłużej, pewnie by im się udało.

Sprawa aktywności Baumana w stalinowskich organach represji nie jest żadnym novum, sam pisałem o niej w sierpniu zeszłego roku przy okazji analizy pewnego wywiadu, jakiego „wielki” filozof udzielił Wyborczej. Ujawnienie nieznanych wcześniej fragmentów biografii było zresztą głównym powodem, dla którego Uniwersytet Warszawski w grudniu 2006 odmówił twórcy pojęcia globalizacji odnowienia doktoratu. Rzecz bez precedensu, zważywszy na rangę uczonego, niemniej w głównych mediach przeszła bez echa.

Czytaj resztę wpisu »


Równi i równiejszy

27/04/2007

Szykujący się do ostatecznej rozgrywki (i podobni do siebie jak Lech i Jarosław) kandydaci na nowego Chiraca: Ségolène Royal i Nicolas Sarkozy po raz kolejny postanowili wypłynąć na wody międzynarodowe i jednym głosem skrytykowali Polskę za męczenie Bronisława Geremka. No i wyszedł cyrk.

Czytaj resztę wpisu »


Kościół a lustracja

25/04/2007

Następny rozdział w dziejach ustawy lustracyjnej: jedynego na świecie dokumentu, który uznaje za osoby publiczne i funkcjonariuszy państwowych ludzi, którzy 10 lat temu wydawali gazetki z krzyżówkami, wyłączając jednocześnie z tej kategorii policjantów i duchownych.

Tak, tak, policja właśnie wywalczyła sobie, że będzie lustrowana tajnie i specjalnie. Przebili ją jednak księża, którzy lustrowani, bez względu na zajmowane stanowisko w hierarchii kościelnej, nie będą w ogóle. Uchwalić takie kuriozum nie było trudno – nie od dziś prowatykańskie lobby mamy w Sejmie wielokrotnie silniejsze od prolustracyjnego. Tak czy owak, w przeciwieństwie do starszego asystenta z prywatnej szkółki w Zielonej Górze pan Prymas Polski okazuje się nie być osobą publiczną. Logika chyba ponad moje zdolności pojmowania.

Ale to jeszcze nic. Jak dowiedzieliśmy się wczoraj, rząd i IPN właśnie zwolniły z obowiązku lustracji wszystkich naukowców, którzy pracują w niepublicznych uczelniach kościelnych (zgadnijcie, ilu z nich nosi sutanny). Uczelnie czysto kościelne są wewnętrzną sprawą Kościoła – podsumował sprawę mocno gardłujący wcześniej za takim rozwiązaniem biskup Tadeusz Pieronek (wcale się nie dziwię, że gardłował – obowiązek lustracyjny to dla niego prawdopodobnie sprawa życia i śmierci w sferze publicznej). Co ciekawe, te same uczelnie nie czują się bynajmniej “wewnętrzną sprawą Kościoła”, gdy wyciągają łapy po grube miliony z budżetu państwa i, w przeciwieństwie do zwykłych uczelni prywatnych, dostają tę kasę od Sejmu. Przypomnijmy: dzięki zeszłorocznym poprawkom Platformy Obywatelskiej do ustawy budżetowej, popartym przez wszystkie kluby oprócz SLD, państwo polskie finansuje z kieszeni podatnika m.in. Papieskie Wydziały Teologiczne w Warszawie i we Wrocławiu oraz Wyższą Szkołę Filozoficzno-Pedagogiczną “Ignatianum” w Krakowie. Wrocławscy i warszawscy teologowie dostają rocznie po 6 milionów ekstra, a filozofowie z Ignatianum – aż 10 milionów z tego, co rząd, Sejm i urzędnicy zabiorą ludziom na tyle głupim, by płacić podatki nad Wisłą.

Jak by nie patrzeć, duchowni starają się dziś, jak mogą, by uzasadnić tezy tych, co w Kościele katolickim widzą przede wszystkim pazerną na pieniądze mafię, której bonzowie posuną się do kłamstw, insynuacji i cenzury niepokornych (vide kłopoty Isakiewicza-Zaleskiego), byle tylko ukryć dowody na to, że kariery porobili, jak Wielgus, dzięki współpracy z policją polityczną totalitarnego państwa. Popiełuszko i inni duchowni mordowani w latach 80-tych przez SB pewnie przewracają się dziś w grobach widząc, jak Pieronek i Dziwisz niszczą ich legendę i zmazują zasługi, robiąc wszystko, żeby przeciętny Polak zaczął wierzyć, że Kościół i bezpieka to było jedno. Strach myśleć, jak bardzo zgangrenowane musi być środowisko, które woli zniszczyć od środka kierowaną przez siebie instytucję, niż dopuścić, by prawda wydostała się na światło dzienne.

Polskim katolikom gratuluję pasterzy.


Miodek ściśle tajny

22/04/2007

Dziwna sprawa z tymi donosami, które miał jakoby produkować profesor Jan Miodek, oj dziwna. Primo: nie wiadomo, czy były pisane dla MO czy SB; secundo: nie jest pewne, czy wciąż istnieją (w głównym zbiorze IPN-u nie ma po nich śladu); tertio: jeśli wciąż istnieją, to dlaczego leżą w zbiorze zastrzeżonym, do którego nie mają dostępu zwykli śmiertelnicy ani nawet historycy, jeno wierchuszka instytutu i elita służb specjalnych?

Kataryna spekuluje, że skierować do zbioru zastrzeżonego materiały dotyczące Miodka mógł za czasów szefowania IPN-owi na własną rękę Leon Kieres – bądź co bądź wykładowca Uniwersytetu Wrocławskiego, czyli kolega kultowego polonisty. Gdyby była to prawda, postawić sobie trzeba pytanie, co i na kogo mógł jeszcze profesor Kieres utajnić w trakcie swej pięcioletniej kadencji (w 2002 otrzymał Medal Św. Jerzego od redakcji Tygodnika Powszechnego – pisma, które trudno uznać za matecznik zwolenników lustracji; korci mnie, by spytać: za co?) oraz co dokładnie było w papierach Miodka, że zasłużyły one na miejsce w dziale top secret. Sam fakt donoszenia funkcjonariuszom komunistycznej dyktatury to dziś dla prawdziwego wykształciucha (m.in. dzięki mrówczej pracy braci Kaczyńskich) niemalże powód do dumy. W oczach wielu przeciwników kaczyzmu, zwłaszcza tych niemogących (ze względu na młody wiek) lub niechcących (ze względu na wyznawaną ideologię) pamiętać, jak wyglądało życie przed 1989, mało co nobilituje bardziej niż udowodniony fakt współpracy z organizacją, która 20 lat temu próbowała pokazać, gdzie raki zimują, ludziom w rodzaju Kaczyńskich czy Macierewicza.

Coś mi się zatem zdaje, że – jeżeli dokumenty rzeczywiście istniały i jeżeli faktycznie je zachomikowano – to zrobiono to nie ze względu na dowody aktywności, z której każdy nieukrywający antylustracyjnych poglądów profesor powinien być dumny. Tu musiało chodzić o rzecz znacznie poważniejszą. Czyżby twórca “Ojczyzny polszczyzny” popełnił w którymś ze wspomnianych przez Brauna raportów jakiś błąd ortograficzny?


Na wspak

22/03/2007

Przyzwyczailiśmy się już w Polsce do prawicy lansującej socjalizm, wysokie podatki i ograniczenia wolności gospodarczej oraz do lewicy, której działacze biją rekordy w konkurencji instynkt rynkowy i umiłowanie grosza. Mamy księży, którzy w ramach walki Kościoła z komunizmem jeździli na Zachód szpiegować (m.in. kolejnych papieży) dla SB, oraz uznanych dziennikarzy, którzy twierdzą, że nie powinno się widzów i czytelników w ogóle informować – zwłaszcza o tym, że z SB współpracowali także oni i ich koledzy. Ciekawy ów trend nie mógł ominąć polskich uczelni: przeciw poszerzeniu naszej wiedzy historycznej opowiedział się właśnie Uniwersytet Warszawski.

Czytaj resztę wpisu »


Rydzyk bije Glempa

09/01/2007

Ostra rywalizacja na najbardziej bzdurny komentarz do sprawy Wielgusa trwa w najlepsze. Ostatnio prowadził Kardynał Józef, jednak dzisiejszej nocy niezmordowany Ojciec Tadeusz zdołał odzyskać przewagę:

Modlę się, żeby ksiądz arcybiskup Stanisław Wielgus wytrzymał. On ma trudniej, niż miał nawet kardynał Wyszyński. (…) Niemcy podobno gdzieś napisali +Arcykapuś+. Niech ci Niemcy wpierw pomyślą o swoich grzechach: w stosunku do Polski i do świata, i może potrzeba z ich strony wynagrodzenia? Niech się odczepią od naszego arcybiskupa, bo to jest podłe! Niemcy będą nam pokazywać nasze grzechy? I papieża w to mieszają – to jest obrzydliwe!

Powiedzmy sobie szczerze: samo porównanie TW Greya z Prymasem Tysiąclecia (i to na korzyść tego pierwszego) bije na głowę wszystko, co w niedzielę powiedziano w warszawskiej katedrze. Co zaś do reszty, ciekaw jestem, w jakim stopniu Benedykt XVI (Niemiec, który końcem końców stoi za dymisją Wielgusa) zdaje sobie sprawę z tego, co szef toruńskiej rozgłośni wygaduje o jego rodakach. W przypadku byłego biskupa płockiego Kowalczyk i spółka dość długo byli w stanie mydlić Papie oczy. Nie mam powodu sądzić, by informacje o bon motach Ojca Dyrektora lepiej radziły sobie z przenikaniem przez mury Watykanu.

No, chyba że w Kurii Rzymskiej profilaktycznie tłumaczy się od wczoraj i czyta wszystko, co polskie gazety piszą (oraz cytują) w temacie “Kościół”. W takim razie chciałbym zobaczyć miny czytających…


Glempa kazanie o walcu, co Wielgusa spenetrował

07/01/2007

No i proszę. Do ingresu nie doszło – Benedykt XVI po raz kolejny pokazał, że ma jaja, i równie brutalnie, co niespodziewanie, przeciął Wielgusowe nadzieje na rządy miastem moralnych relatywistów (tak dwudniowy arcybiskup zwykł określać niedostatecznie często odwiedzających świątynie Warszawiaków). Przy okazji w gruzach legło przekonanie członków Episkopatu, że stoją ponad prawem i poza zasięgiem krytyki, zatem umocowane w polskim systemie prawnym instytucje (np. IPN) tudzież wierni, dziennikarze i politycy mogą im naskoczyć, i to nawet gdy książęta Kościoła na polu walorów moralnych i prawdomówności usiłują się ścigać z liderami Samoobrony.

Msza nieingresowa, pospiesznie przechrzczona na dziękczynną, okazała się zresztą niezłym cyrkiem. Nie dość, że główny bohater światowych newsów ostatnich dni zamiast wstępować na stolec (metropolitalny), niedołężnie z niego złaził, to najlepsze show ukradł mu poprzednik i następca w jednym. Złotousty prymas nie byłby bowiem sobą, gdyby nie wykorzystał okazji (mikrofon przed nosem, media wokół, także zagraniczne) i nie wypuścił ze świątobliwych ust wiązanki przemyśleń, przy których bledną nawet nocne bredzenia Rydzyka o szwadronach śmierci, składających się z dziennikarzy TVP i “Gazety Polskiej”.

Poniżej co ciekawsze fragmenty homilii (kursywą) opatrzone moim skromnym komentarzem:

Biskup Wielgus (…) jest Sługą Boga. To, że perypetie różne przechodził, to są doświadczenia, które powinny służyć ku budowaniu człowieka (…). Z życiorysu arcybiskupa Wielgusa wiemy, jak bardzo kochał naukę, jak bardzo kochał naukę teologii, a więc naukę Kościoła. [Judasz podobno też kochał srebrniki, ale mniejsza o to: Bozia nie obdarzyła mnie, w przeciwieństwie do Kardynała, wzrokiem wystarczająco ostrym, by zobaczyć logiczny związek między ciekawością badacza Boskości, a chęcią wyjazdu na Zachód. Ale zapewne Prymas lepiej wie ode mnie, że 30 lat temu do studiów nad naturą Chrystusa i Matki Jego paszport był niezbędny.] (…)
Co to były Służby Bezpieczeństwa?. To była organizacja czy instytucja w Polsce Ludowej, która miała czuwać nad poprawnością charakterów. [Hmmm, cele niby dość zbieżne z tymi, jakie sobie stawia dziś Kościół, więc niby grzech żaden] To znaczy: żeby nie było przerostu burżuazji, żeby nie było odchyleń ideologicznych, żeby nie było nadmiaru dewocji, żeby ludzie byli ukształtowani wedle modelu, jaki został narzucony z ideologii marksistowsko-leninowskiej. [Piękna nowomowa, tylko drżę, czy aby nie użyta serio…]
To była ogromna organizacja, która penetrowała wszystkie warstwy społeczne, może w sposób szczególny duchowieństwo, jako najbardziej niezależne, jako najbardziej pielęgnujące patriotyzm. [Nikt nie wątpił w Wielgusowy patriotyzm, a esbecy – co wynika z dokumentów – byli o nim nawet głeboko przekonani; nie bardzo więc rozumiem uwagę.] (…)
W Polsce ten walec miał pewne dylatacje [genialne!], nie był to walec tak miażdżący jak w innych państwach, ale wszelako był wszechobecny i dlatego penetrował ludzi bardziej zdolnych i wszystkie wysiłki wkładał, aby ich podporządkować. [Metaforyka co się zowie: wszechobecny walec już i tak wychodzi poza granice wyobraźni, ten jednak w dodatku ludzi penetrował, co – mi przynajmniej – kojarzy się z jakimiś bliżej nieokreślonymi praktykami sado-maso. Zważywszy, że esbecy przeważnie byli płci męskiej, ostro to zalatuje potępianą przez Kościół sodomią. Ale jedźmy dalej!] My nie znamy dzisiaj ani strategii, ani sposobów działania, jeżeli znamy, to z opowiadania. [Cóż, mimo wszystko poleciłbym księdzu Prymasowi wybranie się pewnego dnia do IPN-u.] (…) Dzisiaj o tym nie wiemy, dziś wiemy, że to było. [Niekonsekwencja w granicach zdania, mało wszak rażąca na tle całego wywodu.] (…)
Dzisiaj dokonał się nad arcybiskupem Wielgusem sąd. Cóż to za sąd? Na podstawie świstków, dokumentów trzeci raz odbijanych. [Nieładnie plagiatować, zwłaszcza że niektórzy wciąż pamiętają, jak dwa tygodnie temu bronił się Lepper.] My nie chcemy takich sądów! Jeżeli przeciw osobie ma się konkretne zarzuty, to trzeba je sformułować i on musi się do nich ustosunkować. Nad to, muszą wystąpić obrońcy, muszą być świadkowie, dokumenty muszą przejść ocenę prawidłowości, zgodności. Wszystkiego tego w osądzie biskupa Wielgusa zabrakło. To nie był sąd. [I pomyśleć, że mówi to człowiek, który wyrzekł swego czasu słowa "Polacy mają prawo do prawdy, opublikowanie listy Wildsteina to krok w dobrym kierunku. Dzięki temu obywatele będą mogli przejść egzamin ze swojej przeszłości, aby wejść w przyszłość w prawdzie." Cóż jednak, wtedy jeszcze nic nie wskazywało na to, że esbecy aż tak pokpili sprawę czyszczenia archiwów z kościelnych kwitów.]
Biskup Wielgus był przymuszony szykanami, krzykiem, wrzaskiem do tego, aby włączył się we współpracownika. [Z akt to nie wynika, ale niech Glempowi będzie. Nieźle się teraz pewnie nawrzeszczą na niego w Watykanie za cały ten smród, więc swoje biedak odcierpi.] Dlaczego ten współpracownik dzisiaj nie świadczy? Przecież możemy się doliczyć kilkudziesięciu tysięcy “ubowców” [i nawet jednego nad-ubowca, prawda, Księże Prymasie?], którzy dziś są rozlokowani na dobrych, myślę, posadach i nie mamy żadnego świadka, który by wtedy świadczył. [Logika wywodu poraża jeszcze mocniej niż znajomość faktów: świadkowie są, na nieszczęście dla hierarchów wymienieni w dokumentach esbecy żyją i mają się doskonale.]
Trudno więc dzisiaj z całą powagą myśleć o IPN. [A myśleć z powagą o papieżu, który tak łatwo IPN-owi pod wpływem Kaczyńskich dał wiarę, nie jest Eminencji równie trudno?] O tym, że on jest wyrocznią i źródłem informacji o obywatelach dla całego państwa. [Cóż, każdy wie, że taką wyrocznią może być tylko Episkopat Polski. Banda historyków powinna się opamiętać i nie robić konkurencji.] To jest stanowczo za mało, bo to jest zbyt brudne i zbyt powierzchownie dotykane, a jest to ogromna plama na współczesnym pokoleniu, które musi się z tego wydobyć. [O tym, kto stale torpeduje próby uporania się z plamami przez ludzi typu Isakowicza-Zaleskiego, litościwie zamilczmy.]
Bracia i siostry! Nasze kryterium kościelne co do kwalifikacji sługi bożego nie opiera się tylko na kryształowej przeszłości. [Tak tak, drogie owieczki, bierze się pod uwagę także inne zasługi. Choćby znajomości: mniej umaczani księża i biskupi, których w Kościele nie brakuje, nie mieli szans na metropolię warszawską. Ale to przecież nie ta liga i nie te układy.] Przeszłość jest także domeną Pana Boga, którą on może żałującemu także przebaczyć i go rozgrzeszyć. [Oczywiście, pozostaje tylko zapytać: skąd wiemy, że już to zrobił.]

Itepe, itede. Jak widać, duchem kazanie Glempa nawiązuje do względnie świeżych Objawień Ojca Dyrektora z Czasów Seksafery. No, może z maciupką różnicą: tym razem grzeszyć można ile wlezie, o ile jest się biskupem lub obiecującym księdzem. Aż szkoda, że swego czasu Paetz nie był równie bliski Glempowi, co Wielgus – już widzę bowiem, jak nasz naczelny Krasomówca wygłasza oniemiałym wiernym apologię seminaryjnego baraszkowania.

Tak czy owak, w ramach puenty polecam przemyślenia Ziemkiewicza na temat tego, jak zmienić się powinna po sprawie Wielgusa katolicka ekspiacja:

Pierwszą [reformą] powinno być unieważnienie spowiedzi świętej. Katolicy (…) przyznawać się będą odtąd musieli tylko do tych grzechów, które zostały im publicznie udowodnione, i dopiero po okazaniu im niezbitych dowodów; rozgrzeszenie przysługiwać będzie każdemu z góry, jak, nie przymierzając, giertychowa matura, a paragrafy mówiące o potrzebie skruchy, postanowieniu poprawy a zwłaszcza zadośćuczynieniu Bogu i bliźniemu zostaną niniejszym skasowane w ogóle. Wystarczy deklaracja, że nie zrobiło się nikomu krzywdy. (…)
To najpilniejsza reforma, ale nie jedyna. Do bezlitosnych dotąd reguł rachunku sumienia, jakie mamy w swych przestarzałych książeczkach do nabożeństwa, niezbędne staje się dodanie rozbudowanego działu o okolicznościach łagodzących. Czyn, który w innym wypadku byłby grzechem, nie jest nim, jeśli grzesznik miał istotny powód go popełnić. Jak już wiemy, potrzeba otrzymania paszportu była zupełnie godziwym powodem do podjęcia tajnej współpracy z policją polityczną zbrodniczego reżimu – albowiem bez paszportu trudno było zrobić karierę. Uogólniając ten przypadek, przestaje być grzechem na przykład kradzież pieniędzy, jeśli kradnący ich potrzebował, albo zdrada małżeńska, skoro żona mu się już znudziła.


Wielgus jak z Monty Pythona

22/12/2006

Nie wiem, czy tłumacz ścieżki dźwiękowej Żywotu Briana Tomasz Beksiński wymyślił nazwisko przyjacielowi Piłata sam, czy może gdzieś usłyszał o biskupie Wielgusie. Niemniej następca Glempa od początku kojarzył mi się wyśmienicie. Nawet gdy nie wiedziałem o jego domniemanej esbeckiej przeszłości.

W końcu jednak wyszło szydło z worka i każdy może sobie dziś wyrobić własne zdanie na temat tego, jak hierarchowie katoliccy dogadywali się z komuną. O ironio, strzępki prawdy docierają do nas głównie dzięki krętactwom byłych funkcjonariuszy Kiszczaka, którzy miast wszystko zniszczyć, jak ich szef obiecał, zachomikowali sobie to i owo jako polisę na przyszłość. Polisę, którą można teraz z zyskiem zbyć jakiejś redakcji lub (na raty) samemu zainteresowanemu. Najcelniej całą akcję skomentował u siebie Franz Maurer:

Kościół sam sobie jest winien ślepej uliczki w jakiej się teraz znalazł. Dużo wskazuje na to, że spalenie teczek ubeków w sutannach było częścią “kontraktu” jaki podpisali ‘Czerwoni’ z ‘Czarnymi’ a OKP’owcy i pożyteczni idioci Mazowieckiego najzwyczajniej zobowiązali się, że nie będą w tym przeszkadzać… (…)
I pewnie choć częściową rację mają ci, którzy uważają że ubecy nie dotrzymali tak do końca warunków “kontraktu” chowając za pazuchy materiały z teczek Departamentu IV po to, by nazjwyczajniej mieć w “nowej Polsce” haki na duchowieństwo. I żadne ‘świadectwa moralności’ padające z ust prymasa Glempa nic w tej sprawie nie pomogą…

Zabawne, że faktom wyłaniającym się z dokumentów, których esbecy nie raczyli zniszczyć, najodważniej przeciwstawia się powiązany z GW arcybiskup Józef Życiński. W oświadczeniu wydanym po wsparciu, jakiego Wielgusowi udzielił niezbyt zorientowany w teczkowych niuansach (więc i łatwy do zmanipulowania) Watykan, metropolita lubelski nazwał zarzuty dziennikarzy wobec metropolity-nominata warszawskiego rekordem prymitywizmu w długiej historii Polski. Przy okazji wyszło na jaw, kto jest największym wrogiem Kościoła w Polsce. Tak, tak, dziś już wiemy, że istnieje w naszym kraju pismo, przy którego redaktorach Urban i Michnik to moherowe babcie. Belzebub ów zwie się “Gazeta Polska”, a długi poczet jego zbrodni otwiera fakt, iż stał się ostatnio tubą propagandową dla brodatego wampira, który – jak święcie wierzy się w kręgach zbliżonych do prymasa Glempa – żywi się krwią niewinnie lustrowanych polskich księży: Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego.