No i proszę. Do ingresu nie doszło – Benedykt XVI po raz kolejny pokazał, że ma jaja, i równie brutalnie, co niespodziewanie, przeciął Wielgusowe nadzieje na rządy miastem moralnych relatywistów (tak dwudniowy arcybiskup zwykł określać niedostatecznie często odwiedzających świątynie Warszawiaków). Przy okazji w gruzach legło przekonanie członków Episkopatu, że stoją ponad prawem i poza zasięgiem krytyki, zatem umocowane w polskim systemie prawnym instytucje (np. IPN) tudzież wierni, dziennikarze i politycy mogą im naskoczyć, i to nawet gdy książęta Kościoła na polu walorów moralnych i prawdomówności usiłują się ścigać z liderami Samoobrony.
Msza nieingresowa, pospiesznie przechrzczona na dziękczynną, okazała się zresztą niezłym cyrkiem. Nie dość, że główny bohater światowych newsów ostatnich dni zamiast wstępować na stolec (metropolitalny), niedołężnie z niego złaził, to najlepsze show ukradł mu poprzednik i następca w jednym. Złotousty prymas nie byłby bowiem sobą, gdyby nie wykorzystał okazji (mikrofon przed nosem, media wokół, także zagraniczne) i nie wypuścił ze świątobliwych ust wiązanki przemyśleń, przy których bledną nawet nocne bredzenia Rydzyka o szwadronach śmierci, składających się z dziennikarzy TVP i “Gazety Polskiej”.
Poniżej co ciekawsze fragmenty homilii (kursywą) opatrzone moim skromnym komentarzem:
Biskup Wielgus (…) jest Sługą Boga. To, że perypetie różne przechodził, to są doświadczenia, które powinny służyć ku budowaniu człowieka (…). Z życiorysu arcybiskupa Wielgusa wiemy, jak bardzo kochał naukę, jak bardzo kochał naukę teologii, a więc naukę Kościoła. [Judasz podobno też kochał srebrniki, ale mniejsza o to: Bozia nie obdarzyła mnie, w przeciwieństwie do Kardynała, wzrokiem wystarczająco ostrym, by zobaczyć logiczny związek między ciekawością badacza Boskości, a chęcią wyjazdu na Zachód. Ale zapewne Prymas lepiej wie ode mnie, że 30 lat temu do studiów nad naturą Chrystusa i Matki Jego paszport był niezbędny.] (…)
Co to były Służby Bezpieczeństwa?. To była organizacja czy instytucja w Polsce Ludowej, która miała czuwać nad poprawnością charakterów. [Hmmm, cele niby dość zbieżne z tymi, jakie sobie stawia dziś Kościół, więc niby grzech żaden] To znaczy: żeby nie było przerostu burżuazji, żeby nie było odchyleń ideologicznych, żeby nie było nadmiaru dewocji, żeby ludzie byli ukształtowani wedle modelu, jaki został narzucony z ideologii marksistowsko-leninowskiej. [Piękna nowomowa, tylko drżę, czy aby nie użyta serio…]
To była ogromna organizacja, która penetrowała wszystkie warstwy społeczne, może w sposób szczególny duchowieństwo, jako najbardziej niezależne, jako najbardziej pielęgnujące patriotyzm. [Nikt nie wątpił w Wielgusowy patriotyzm, a esbecy – co wynika z dokumentów – byli o nim nawet głeboko przekonani; nie bardzo więc rozumiem uwagę.] (…)
W Polsce ten walec miał pewne dylatacje [genialne!], nie był to walec tak miażdżący jak w innych państwach, ale wszelako był wszechobecny i dlatego penetrował ludzi bardziej zdolnych i wszystkie wysiłki wkładał, aby ich podporządkować. [Metaforyka co się zowie: wszechobecny walec już i tak wychodzi poza granice wyobraźni, ten jednak w dodatku ludzi penetrował, co – mi przynajmniej – kojarzy się z jakimiś bliżej nieokreślonymi praktykami sado-maso. Zważywszy, że esbecy przeważnie byli płci męskiej, ostro to zalatuje potępianą przez Kościół sodomią. Ale jedźmy dalej!] My nie znamy dzisiaj ani strategii, ani sposobów działania, jeżeli znamy, to z opowiadania. [Cóż, mimo wszystko poleciłbym księdzu Prymasowi wybranie się pewnego dnia do IPN-u.] (…) Dzisiaj o tym nie wiemy, dziś wiemy, że to było. [Niekonsekwencja w granicach zdania, mało wszak rażąca na tle całego wywodu.] (…)
Dzisiaj dokonał się nad arcybiskupem Wielgusem sąd. Cóż to za sąd? Na podstawie świstków, dokumentów trzeci raz odbijanych. [Nieładnie plagiatować, zwłaszcza że niektórzy wciąż pamiętają, jak dwa tygodnie temu bronił się Lepper.] My nie chcemy takich sądów! Jeżeli przeciw osobie ma się konkretne zarzuty, to trzeba je sformułować i on musi się do nich ustosunkować. Nad to, muszą wystąpić obrońcy, muszą być świadkowie, dokumenty muszą przejść ocenę prawidłowości, zgodności. Wszystkiego tego w osądzie biskupa Wielgusa zabrakło. To nie był sąd. [I pomyśleć, że mówi to człowiek, który wyrzekł swego czasu słowa "Polacy mają prawo do prawdy, opublikowanie listy Wildsteina to krok w dobrym kierunku. Dzięki temu obywatele będą mogli przejść egzamin ze swojej przeszłości, aby wejść w przyszłość w prawdzie." Cóż jednak, wtedy jeszcze nic nie wskazywało na to, że esbecy aż tak pokpili sprawę czyszczenia archiwów z kościelnych kwitów.]
Biskup Wielgus był przymuszony szykanami, krzykiem, wrzaskiem do tego, aby włączył się we współpracownika. [Z akt to nie wynika, ale niech Glempowi będzie. Nieźle się teraz pewnie nawrzeszczą na niego w Watykanie za cały ten smród, więc swoje biedak odcierpi.] Dlaczego ten współpracownik dzisiaj nie świadczy? Przecież możemy się doliczyć kilkudziesięciu tysięcy “ubowców” [i nawet jednego nad-ubowca, prawda, Księże Prymasie?], którzy dziś są rozlokowani na dobrych, myślę, posadach i nie mamy żadnego świadka, który by wtedy świadczył. [Logika wywodu poraża jeszcze mocniej niż znajomość faktów: świadkowie są, na nieszczęście dla hierarchów wymienieni w dokumentach esbecy żyją i mają się doskonale.]
Trudno więc dzisiaj z całą powagą myśleć o IPN. [A myśleć z powagą o papieżu, który tak łatwo IPN-owi pod wpływem Kaczyńskich dał wiarę, nie jest Eminencji równie trudno?] O tym, że on jest wyrocznią i źródłem informacji o obywatelach dla całego państwa. [Cóż, każdy wie, że taką wyrocznią może być tylko Episkopat Polski. Banda historyków powinna się opamiętać i nie robić konkurencji.] To jest stanowczo za mało, bo to jest zbyt brudne i zbyt powierzchownie dotykane, a jest to ogromna plama na współczesnym pokoleniu, które musi się z tego wydobyć. [O tym, kto stale torpeduje próby uporania się z plamami przez ludzi typu Isakowicza-Zaleskiego, litościwie zamilczmy.]
Bracia i siostry! Nasze kryterium kościelne co do kwalifikacji sługi bożego nie opiera się tylko na kryształowej przeszłości. [Tak tak, drogie owieczki, bierze się pod uwagę także inne zasługi. Choćby znajomości: mniej umaczani księża i biskupi, których w Kościele nie brakuje, nie mieli szans na metropolię warszawską. Ale to przecież nie ta liga i nie te układy.] Przeszłość jest także domeną Pana Boga, którą on może żałującemu także przebaczyć i go rozgrzeszyć. [Oczywiście, pozostaje tylko zapytać: skąd wiemy, że już to zrobił.]
Itepe, itede. Jak widać, duchem kazanie Glempa nawiązuje do względnie świeżych Objawień Ojca Dyrektora z Czasów Seksafery. No, może z maciupką różnicą: tym razem grzeszyć można ile wlezie, o ile jest się biskupem lub obiecującym księdzem. Aż szkoda, że swego czasu Paetz nie był równie bliski Glempowi, co Wielgus – już widzę bowiem, jak nasz naczelny Krasomówca wygłasza oniemiałym wiernym apologię seminaryjnego baraszkowania.
Tak czy owak, w ramach puenty polecam przemyślenia Ziemkiewicza na temat tego, jak zmienić się powinna po sprawie Wielgusa katolicka ekspiacja:
Pierwszą [reformą] powinno być unieważnienie spowiedzi świętej. Katolicy (…) przyznawać się będą odtąd musieli tylko do tych grzechów, które zostały im publicznie udowodnione, i dopiero po okazaniu im niezbitych dowodów; rozgrzeszenie przysługiwać będzie każdemu z góry, jak, nie przymierzając, giertychowa matura, a paragrafy mówiące o potrzebie skruchy, postanowieniu poprawy a zwłaszcza zadośćuczynieniu Bogu i bliźniemu zostaną niniejszym skasowane w ogóle. Wystarczy deklaracja, że nie zrobiło się nikomu krzywdy. (…)
To najpilniejsza reforma, ale nie jedyna. Do bezlitosnych dotąd reguł rachunku sumienia, jakie mamy w swych przestarzałych książeczkach do nabożeństwa, niezbędne staje się dodanie rozbudowanego działu o okolicznościach łagodzących. Czyn, który w innym wypadku byłby grzechem, nie jest nim, jeśli grzesznik miał istotny powód go popełnić. Jak już wiemy, potrzeba otrzymania paszportu była zupełnie godziwym powodem do podjęcia tajnej współpracy z policją polityczną zbrodniczego reżimu – albowiem bez paszportu trudno było zrobić karierę. Uogólniając ten przypadek, przestaje być grzechem na przykład kradzież pieniędzy, jeśli kradnący ich potrzebował, albo zdrada małżeńska, skoro żona mu się już znudziła.