Filozof i błazen

18/07/2009

kolakowskiNie lubię pisać nekrologów: życie z definicji jest krótkie, ludzie umierają (na ogół śmiercią tak banalną, jak ta konstatacja) i rwanie sobie z tego powodu włosów z głowy niczego nie zmieni. Jeśli zmarły był mi w jakikolwiek sposób bliski, samo pisanie o tym, że go nie ma, boli. Jeśli nie był – szkoda czasu i baterii w laptopie, zwłaszcza że każda minuta życia spędzona w Sieci przynosi tysiące tematów na notkę blogową ciekawszych i przyjemniejszych od śmierci. No, chyba że sama śmierć była ciekawa lub przyjemna…

Niemniej dla profesora Kołakowskiego czuję się w obowiązku zrobić wyjątek. Nie, nie ze względu na jego dokonania naukowe (czy raczej paranaukowe: z czasów, gdy dane miałem zaszczyt studiować filozofię, pozostało mi przeświadczenie, że – jeśli nie liczyć Poppera i garstki pogrobowców pozytywizmu – z nauką ostatni przedstawiciele tej dziedziny rozeszli się najpóźniej w początkach poprzedniego wieku), lecz literackie. Jako filozof pisał Kołakowski rzeczy i trafne, i niedorzeczne; i ciekawe, i nudne; i mądre, i głupie (wszystko to zresztą raczej dobrze o nim świadczy, zważywszy, że gros produkcji „naukowej” większości współczesnych filozofów sprowadza się do bredzenia, nudzenia bądź bredzenia i nudzenia jednocześnie) – za to jako literat tworzył dzieła perfekcyjne w każdym calu. Dość wspomnieć „Klucz niebieski”, „Trzy bajki o identyczności” i „Rozmowy z diabłem”.

Czytaj resztę wpisu »


Król jednak nagi

17/03/2007

Wylatując do pracy łapię zwykle do czytania na drogę, co mi w ręce wpadnie. Dziś (na UW i SWPS pracuje się także w weekendy – na szczęście nie w te same) wpadł “Duży Format” z 5 marca.

Teksty w środku standardowe jak na pismo postępowe. Reportaż Lizuta o policjancie wyrzuconym za HIV wstrząsający – w tym dobrym sensie. Zaangażowane dziennikarstwo społeczne trawię (jak niemal każdy) głównie wtedy, gdy i tak się zgadzam z tym, do czego mnie chcą przekonać. Dlatego następującego po nim tekstu Kosy i dredy o wspaniałych młodych idealistach, którzy pojechali bronić przepięknej Rospudy przed prymitywami, którzy nawet Andrzeja Gwiazdy nie potrafią uszanować i o wielkim bohaterze Solidarności mówią, że jak dziad ubrany (ci z Czerskiej chyba naprawdę wierzą, że przeciętny, dotkniety sklerozą czytelnik DF nie ma prawa pamiętać, że na Gwiazdę w organie Michnika wylewano znacznie gorsze pomyje), już do końca nie zmogłem. Zwłaszcza że na następnej stronie zaczął się ciekawy paszkwil na ministra środowiska (A potem Szyszko pędził tę świnię do masarni przez całą wieś)… I zaraz po nim kolejna odsłona „Lapidariów” Kapuścińskiego.

Przyznam, że z Kapuścińskim mam pewien kłopot. Czytałem jeszcze w liceum „Cesarza” (olśnienie) i „Szachinszacha” (zachwyt) oraz drukowany jakoś wtedy w Wyborczej w odcinkach „Heban” (spory szok kulturowy). Z rozpędu zmogłem też część Lapidariów, po drodze stwierdziłem jednak, że to chyba nie to – i już jakoś do Kapuścińskiego nie wracałem. Ostatni kontakt miałem zatem z pisarstwem pressowego “dziennikarza wieku” jakąś dekadę temu, w czasach, gdy wiedzę o świecie miałem nikłą, a gust literacki raczej nieukształtowany. Jak to przeciętny licealista z klasy humanistycznej.

Od tego czasu nie wchodziliśmy sobie z Kapuścińskim w drogę – aż do dzisiejszego poranka, gdy na 13 stronie DF zobaczyłem tytuł Lapidarium VI: Słowa już nie uskrzydlają. Mając jako alternatywę kontynuację propagandówki o zezwierzęceniu mieszkańców Augustowa (jolka była już rozwiązana), zdecydowałem się czytać. Szoku tym razem nie było.

Czytaj resztę wpisu »


Krew z krwi i kość z kości

01/10/2006

Niemal wszyscy zgłosili uwagi krytyczne, gdy kilka postów temu napisałem, że kobieta blokująca publikację tekstów Mackiewicza w Polsce jest krewną Adama Michnika. Nie byłem bynajmniej pierwszym, który to zauważył – niemal we wszystkich tekstach poświeconych sprawie podnosi się, najczęściej mimochodem, kwestię pokrewieństwa właścicielki KONTRY i naczelnego “Wyborczej”. I to nie tylko dlatego, że tekst o szemranych postępkach ciotki Michnika sprzeda się znacznie lepiej, niż analogiczny tekst o jakiejś anonimowej kombinatorce. Tak naprawdę zresztą wcale nie jest ważne, czyja to ciotka: stryjenka Kaczyńskiego czy wujenka Millera sprzedałaby się w takim kontekście równie dobrze. Taki już urok znanych nazwisk.

Niemniej zgadzam się z częścią głosów, które padły w dyskusji. Choćby z tym, że wypominanie kłopotliwych członków rodziny osobom publicznym nie zawsze jest w najlepszym tonie. Przykładem sprawa dziadka w Wehrmachcie, która choć nijak się miała do prezydentury Tuska, została jednak sprytnie rozegrana w kampanii wyborczej przez jego wrogów z PiS-u. Ludziom takim jak Donald Tusk czy np. znana piosenkarka Magda U. (nie napiszę, czyja córka) nie godzi się wywlekać krewnych o tyle, że to, co ludzie ci robią, nijak nie wiąże się z tym, co robi lub robiła wyparta z pamięci rodzina. Poza tym nie mają (lub nie mieli) na postępki przodków lub krewnych wpływu, nie obnoszą się też w mediach z dumą z ich dokonań. W podobnej sytuacji są m.in. dominikanin Wojciech Giertych (główny teolog Domu Papieskiego) i publicysta “Wyborczej” Jarosław Kurski. Żaden z nich nie ukrywa, czyim jest bratem (w przypadku Giertycha również synem i stryjem), niemniej przez to właśnie, że na co dzień ich wypowiedzi absolutnie nie przystają do tego, co serwuje nam bardziej osławieni członkowie ich rodzin, nikt przy zdrowych zmysłach nie łączy jednego z drugim.

Zupełnie inaczej będzie jednak wyglądała sytuacja ludzi, którzy swym dorobkiem nawiązują do tego, co robi rodzina. Nikt nie usiłuje robić tajemnicy ze stopnia pokrewieństwa Lecha i Jarosława Kaczyńskich, ba, często jeden lub drugi musi się tłumaczyć z posunięć nie tylko swoich, ale i brata. Są wszak przywódcami tej samej siły politycznej i tego samego państwa, do tego jeszcze bliźniakami. Nic dziwnego, że dziennikarze oczekują, iż będą sobie czytali w myślach. Tak właściwie do niedawna funkcjonowali nawet w mediach prawie jak jedna osoba.

Bardziej złożony jest przykład Alessandry Mussolini, wnuczki sprzymierzonego z Hitlerem duce. Alessandra jest również, i to także często media eksponują, siostrzenicą Sophii Loren. Z tego, że nazwisko Loren pojawia się obok nazwiska Mussolini, ludzie nie robią jednak najmniejszego problemu: pokrewieństwo obu kobiet jest po prostu tabloidową ciekawostką. Co innego relacja Aleksandry z dziadkiem Benito. Młoda Mussolini przewodzi dziś włoskiej partii neofaszystowskiej i często gęsto nawiązuje w wywiadach do „intelektualnego” dorobku antenata (ostatnio palnęła w wywiadzie, że lepiej być faszystą, niż pedałem). Nic dziwnego, że jest z nim łączona na poziomie poznawczym, przeciw czemu zresztą wcale nie protestuje.

Jeśli zatem przywołuje się w tekstach koligacje rodzinne ludzi takich jak Alessandra Mussolini czy Roman Giertych (syn fanatycznego kreacjonisty, wnuk prorosyjskiego antysemity), to dlatego, że to, co robią, doskonale wpisuje się w linię wyznaczoną przez przodków. Przodków, od których zresztą najczęściej w ogóle się nie odcinają. I właśnie takie postępowanie widzimy w przypadku Adama Michnika. Ten bowiem nie tylko nigdy nie odciął się od tego, co robi ciotka, lecz sam, gdy tylko nadarzała się okazja, atakował Józefa Mackiewicza, nazywając go m.in. zoologicznym antykomunistą.

Michnik ma w rodzinie osoby o znacznie bardziej złowrogich życiorysach, niż Karsov-Szechter. Jasne jest jednak, że – dzieckiem będąc – nie miał żadnego wpływu na wyroki śmierci wydawane przez starszego brata czy na to, co w podręcznikach do historii wypisywała jego matka. Trudno jednak przypuszczać, by takiego wpływu nie miał na to, co robi teraz jego ciotka. Mam wrażenie, że wałkowana w komentarzach brzytwa Ockhama dość łatwo wycina wszelkie konkurencyjne wobec inspiracji bratanka próby wyjaśnienia postępowania Niny Karsov-Szechter.


Nekrocenzura

29/09/2006

Przechlapane jest być w Polsce pisarzem. Zwłaszcza nieżyjącym. Jak nie zaweźmie się na ciebie minister edukacji, to zrobi to rodzina Adama Michnika.

Przedwczoraj rano, gdy cały kraj żył taśmami Begerowej, zupełnie niedostrzeżona przemknęła w mediach wiadomość, że Giertych wyrzucił z lektur szkolnych Witolda Gombrowicza. No, właściwie to nie wyrzucił, tylko przesunął do lektur nadobowiązkowych, co jednak w przypadku autora Ferdydurke i Trans-Atlantyku oznacza właściwie koniec obecności w liceum. Jasne jest bowiem, że – biorąc pod uwagę fakt, iż koalicja niedawno odzyskała z rąk Układu kuratoria (ten bronił ich tak zaciekle, że trzeba było unieważnić niejeden konkurs na kuratora, wygrany przez jawnego lub pokątnego stronnika PO lub lewicy), zaś dla ministra edukacji głównym celem istnienia jego resortu jest przeciwdziałanie ofensywie dewiacji i krzewienie wartości narodowo-chrześcijańskich – żaden nauczyciel nie będzie chciał ryzykować przerabiania dzieł ateisty, który na lewo i prawo obnosił się z biseksualizmem tudzież bezlitośnie szydził z sarmackiego nadęcia i stojących za nim głębokich kompleksów.

Czytaj resztę wpisu »