Hej kolęda, kolęda

20/01/2008

Zaległe, obiecane już na tamtą niedzielę “W dobrym tonie” (VOX FM) o chodzeniu po kolędzie. Czyli niepowtarzalna szansa usłyszenia mnie w jednym studiu z prawdziwym księdzem (ba, nawet misjonarzem). Słuchać uważnie, bo może się nie powtórzyć.


Poczęci inaczej

27/12/2007

Najciekawsze fragmenty prelekcji największych w Polsce autorytetów naukowych w kwestii zapłodnienia pozaustrojowego (znanych mediom również jako biskupi katoliccy), wygłoszonych 24-25 grudnia w ramach tzw. homilii bożonarodzeniowych i pasterkowych, z komentarzem ułatwiającym niezorientowanym zrozumienie nauki Kościoła w odniesieniu do dzieci poczętych inaczej:


Biskup płocki ksiądz doktor Piotr Libera:

Nad Betlejem nieustannie unosi się cień Heroda. Czy nie jest to szatańska zagrywka? Dać początek jednej istocie ludzkiej i równocześnie zniszczyć kilka lub kilkanaście innych żywych ludzkich zarodków! Oto dlaczego Kościół mówi zdecydowanie “nie” metodzie poczynania ludzkiego życia w laboratorium.

No właśnie. Lepiej żeby nie było żadnych dzieci, niżby miały być tylko niektóre. A swoją drogą, przyznać trzeba, że taki pęd do zrównania wszystkich w nieistnieniu bije na głowę nawet komunizm w wykonaniu Czerwonych Khmerów. Tamci wszak zabijali jedynie istoty niesłusznie (bo w niesłusznych sferach) urodzone (lub choćby poczęte). Biskup Libera domaga się tymczasem odebrania prawa do życia zygotom, które jeszcze nie powstały. Wystarczy duszpasterzowi, że – gdyby powstały – powstałyby w próbówce, co przecież zbrodnią jest znacznie większą, niż nie-bycie chłopem w rządzonej przez Pol Pota Kambodży.


Czytaj resztę wpisu »


Świąteczne docenienie

23/12/2007

Działalność misjonarska przynosi pierwsze owoce: Łysakowskim zajęła się w końcu sama Niedziela (a za nią, na swych stronach internetowych, także Radio Maryja). I to od razu piórem Jerzego Roberta Nowaka:

W wydanej półtora miesiąca temu książce „Walka z Kościołem w mediach. Biała księga” pisałem o wyraźnie nasilającej się od śmierci wielkiego Papieża Polaka agresji ateistycznej w polskich mediach. Agresji polegającej na eksponowaniu tematów antykościelnych i antyreligijnych we wszystkich większych tygodnikach lewicowych, postkomunistycznych i liberalnych (…) i w takich gazetach, jak „Gazeta Wyborcza”, „Dziennik”, „Życie Warszawy”. (…)
W „Życiu Warszawy” z 1-2 grudnia czytamy wywiad Marcina Szymaniaka z Tomaszem Łysakowskim: „Protestujcie, wierni! Książki ateistów tylko na tym skorzystają”. Autor wyszydza protesty wierzących katolików przeciwko antyreligijnym profanacjom. Określa m.in. jako „absurd” to, że wystąpiono ze sprawą sądową przeciwko mężczyźnie, który zamieścił w internecie obrazek Jezusa z wklejoną twarzą Stalina.
Mężczyzna ostatecznie nie trafił za kratki, ale Łysakowski peroruje: „Złodzieje i bandyci chodzą wolno, bo odracza się im procesy, a normalnego obywatela ściga się za to, że wrzucił do sieci jakiś fotomontaż”. Łysakowski uważa więc za normalne drastyczne szydzenie ze świętych rzeczy w kraju, gdzie istnieją jakże uzasadnione nakazy w sprawie prawnego ścigania wszystkiego, co godzi w uczucia religijne.
W kontekście tych uwag jakże aktualna wydaje się potrzeba szerszego spopularyzowania w Polsce najnowszej encykliki Papieża Benedykta XVI „Spe salvi”, mówiącej tak wymownie o groźbie ateizacji.

Biorąc pod uwagę, że JRN zestawił mnie w jednym tekście z takimi antypolakami i ateizatorami, jak Krzysztof Szymborski, Władysław Bartoszewski czy Donald Tusk, trudno nie poczuć się docenionym. Więc niniejszym się czuję i podobnego uczucia gorąco życzę z okazji Świąt mym Czytelnikom.


Egzorcyzmy pod Szczecinem

18/12/2007

Lubisz kolor czarny? Oblałeś maturę z religii? Zamiast z własnym proboszczem wołałbyś spółkować z posłanką Senyszyn? Nie martw się. Już wkrótce Twe problemy przejdą do historii: w Puszczy Goleniowskiej powstaje (pod przepiękną nazwą “Oaza Maryi Królowej Światłości”) pierwszy w Polsce ośrodek leczenia opętanych. Za pomocą egzorcyzmów i innych metod nowoczesnej medycyny chrześcijańskiej będzie się w nim wyganiać Diabła z dusz ateistów, bezbożników, satanistów i wszystkich, którym nie podoba się to, co robi w Polsce Kościół katolicki. Czyli także takich jak Ty.

Nie wierzysz, że możesz być opętany? Toż właśnie czytasz bloga, którego autor, wedle pomysłodawcy utworzenia lecznicy (a swoją drogą, czy za pobyt tam będzie płacił NFZ?), księdza Andrzeja Trojanowskiego, spełnia najważniejsze kryteria opętania:

W swojej czteroletniej praktyce ks. Trojanowski wielokrotnie spotkał się z przypadkami demonicznego dręczenia, a także rzeczywistego opętania. Przez osoby nimi dotknięte działała szczególna nienawiść wobec wszystkiego, co święte. Niejednokrotnie objawiają one niezwykłe zdolności, jak (…) mówienie w nieznanych językach.

Jeśli ciągle jeszcze czytasz, nie oszukujmy się. Szatan zawładnął także Twoją duszą. Pakuj się zatem, druhu, i pod Szczecin. Ksiądz Andrzej czeka.


Rydzyk za prawem do godnej śmierci

09/07/2007

Wmawiali nam przez lata, że Radio Maryja to matecznik ciemnoty i zacofania, a tu niespodzianka…

Jak już chyba wszyscy dowiedzieliśmy się z najnowszego “Wprost”, Ojciec Dyrektor Tadeusz Rydzyk w trakcie prowadzonych przez siebie wykładów już w kwietniu b.r. nawoływał do zalegalizowania w Polsce… eutanazji. I to bynajmniej nie wyłącznie dla chorych i cierpiących (niech się schowa tak ponoć liberalne ustawodawstwo holenderskie), lecz dla każdego, kto sam będąc zwolennikiem przerywania życia, zażyczy sobie pomocy w opuszczeniu tego świata.

Co prawda próbnie eutanazja taka miałaby być dostępna przede wszystkim dla prezydentowej Marii Kaczyńskiej (tudzież w domyśle pewnie także dla innych czarownic – w wypowiedzi padły nazwiska Moniki Olejnik i Magdaleny Środy), trudno jednak przecenić znaczenie ojdyrowej deklaracji, jak również jej potencjalne implikacje międzynarodowe. Po raz pierwszy w historii w kraju uznawanym za tradycyjnie katolicki tak wysoki rangą hierarcha (druga osoba w polskim Kościele po zwłokach JP 2.0) opowiedział się za prawem ludzi (a nawet kobiet) do decydowania o własnym życiu i śmierci.

Oczywiście, kolejny śmiały manifest człowieka tak szczerego, że swego czasu nie wahał się nazwać Pałacu Prezydenckiego szambem (na co, zważmy, nigdy nie odważyło się żadne pseudoopozycyjne medium w typie TVN czy “Wyborczej”), nie mógł przejść bez echa: atak ultrakonserwatywnej PO nie kazał na siebie długo czekać. Co więcej, na Ojca Dyrektora natychmiast rzuciły się niechętne Kościołowi otwartemu media, które uznały postulat legalizacji prawa do wolnej śmierci za… obrazę głowy państwa – i nuże grzmieć, że prezydenta obrażać się w Polsce nie godzi, te same judasze, które, gdy obrażał podpity bezdomny, gardłowały za wolnością wypowiedzi. Jak widzimy jednak, w tzw. IV RP wolność wypowiedzi przysługuje tylko specjalnie wyselekcjonowanym jednostkom: bezdomnemu pijakowi tak, ale zwolennikom eutanazji i Ojcu Dyrektorowi – już nie.

Mimo to jesteśmy z Tobą, Wspaniały Kapłanie!


Do wariatkowa, proszę

10/06/2007

Ostatnie dni przyniosły dwa newsy, które każą się zastanowić nad tym, ile mamy jeszcze wolności słowa w Polsce. Pierwszy, szeroko dyskutowany: “Dziennik” opublikował treść pozwu Michnika przeciw Krasowskiemu. Drugi, mniej głośny, choć nie mniej złowrogi: 33-letni anglista został skazany na pół roku w zawieszeniu za umieszczenie w Internecie fotomontażu Jezusa z twarzą Stalina. A wszystko to w europejskim kraju, który chełpi się przestrzeganiem demokratycznych standardów, do których, jak wiemy, należą również gwarancje wolności słowa.

Mało kto zdaje sobie sprawę, jak osobliwie nasza sytuacja w tej dziedzinie może wyglądać dla osoby z zewnątrz. Otóż bezkarnie krytykować i wyśmiewać można sobie w Polsce właściwie tylko polityków, a i to nie wszystkich. Giertych i Wierzejski drwiny i szyderstwa przyjmują tak, jakby sprawiały im one przyjemność. Po Kaczyńskim najgorsze obelgi spływają jak po kaczce. Ale już taka Sobecka za „babsztyla” wytacza procesy, podobnie jak Hojarska za włosy na klacie. Znacznie bardziej od polityków wrażliwi na krytykę wydają się sami dziennikarze. Każdy może napisać sobie, co chce o Adamie Michniku lub Elizie Michalik, jeżeli jednak to, co napisze, nie spodoba się bohaterowi lub bohaterce artykułu, musi liczyć się z tym, że za kilka dni do drzwi może zapukać mu listonosz z wezwaniem z sądu. Najgorzej jest jednak z wolnością wypowiedzi na temat rzeczy, w które wierzą współobywatele. Absurdalność wierzenia nie gra roli (choć pewną rolę odgrywa publikacja, w której dany absurd pochodzi: za kpiny z prawd objawionych w Biblii łatwiej w Polsce zostać skazanym niż za kpiny z prawd objawionych w Koranie), chodzi tylko o to, by było to wierzenie w coś, co z naukowego punktu widzenia nie trzyma się kupy (jak widać, nasz prawodawca uznał, że nauka obroni się sama). Na przykład że świat został stworzony w sześć dni lub że pewien pan dwa tysiące lat temu trzy dni po śmierci wyszedł z grobu, po czym regularnie odwiedzał swoich znajomych, przenikając przez zamknięte drzwi ich domów.

Jakkolwiek mógłbym jeszcze zrozumieć, gdyby niedorzeczne prawo było przynajmniej konsekwentne i w ramach walki z obrażaniem uczuć religijnych tępiło rzeczy, które faktycznie mogą w religijność godzić (np. podręczniki do fizyki i biologii, uczące dzieci, że świat wcale nie powstał tak, jak utrzymuje Biblia, oraz że ludzie nie przenikają przez zamknięte drzwi), pomysł skupiania się w pierwszym rzędzie na integralności świętych obrazków (nie taki zresztą nowy – pamięta ktoś jeszcze procesy tygodnika “Wprost” za okładkę z Matką Boską Częstochowską w masce gazowej?) trudno uznać za coś innego niż szczyt paranoi. Jak każdy normalny człowiek, szanuję ludzi, którzy wymyślili rzeczy, w które wierzę, lub napisali ważne dla mnie książki. Karol Darwin, Richard Dawkins czy Steven Pinker znaczą dla mnie, jak podejrzewam, nie mniej, niż dla katolika Jezus Chrystus lub Maryja, czy dla muzułmanina Mahomet. Gdybym jednak pewnego dnia zaczął odczuwać potrzebę pójścia do sądu i domagania się ukarania kogoś za to, że zrobił karykaturę Darwina bądź fotomontaż z brzuchem Dawkinsa, prawdopodobnie natychmiast zadzwoniłbym po karetkę.

Po czym kazałbym się wieźć do najbliższego wariatkowa.



Kościół a lustracja

25/04/2007

Następny rozdział w dziejach ustawy lustracyjnej: jedynego na świecie dokumentu, który uznaje za osoby publiczne i funkcjonariuszy państwowych ludzi, którzy 10 lat temu wydawali gazetki z krzyżówkami, wyłączając jednocześnie z tej kategorii policjantów i duchownych.

Tak, tak, policja właśnie wywalczyła sobie, że będzie lustrowana tajnie i specjalnie. Przebili ją jednak księża, którzy lustrowani, bez względu na zajmowane stanowisko w hierarchii kościelnej, nie będą w ogóle. Uchwalić takie kuriozum nie było trudno – nie od dziś prowatykańskie lobby mamy w Sejmie wielokrotnie silniejsze od prolustracyjnego. Tak czy owak, w przeciwieństwie do starszego asystenta z prywatnej szkółki w Zielonej Górze pan Prymas Polski okazuje się nie być osobą publiczną. Logika chyba ponad moje zdolności pojmowania.

Ale to jeszcze nic. Jak dowiedzieliśmy się wczoraj, rząd i IPN właśnie zwolniły z obowiązku lustracji wszystkich naukowców, którzy pracują w niepublicznych uczelniach kościelnych (zgadnijcie, ilu z nich nosi sutanny). Uczelnie czysto kościelne są wewnętrzną sprawą Kościoła – podsumował sprawę mocno gardłujący wcześniej za takim rozwiązaniem biskup Tadeusz Pieronek (wcale się nie dziwię, że gardłował – obowiązek lustracyjny to dla niego prawdopodobnie sprawa życia i śmierci w sferze publicznej). Co ciekawe, te same uczelnie nie czują się bynajmniej “wewnętrzną sprawą Kościoła”, gdy wyciągają łapy po grube miliony z budżetu państwa i, w przeciwieństwie do zwykłych uczelni prywatnych, dostają tę kasę od Sejmu. Przypomnijmy: dzięki zeszłorocznym poprawkom Platformy Obywatelskiej do ustawy budżetowej, popartym przez wszystkie kluby oprócz SLD, państwo polskie finansuje z kieszeni podatnika m.in. Papieskie Wydziały Teologiczne w Warszawie i we Wrocławiu oraz Wyższą Szkołę Filozoficzno-Pedagogiczną “Ignatianum” w Krakowie. Wrocławscy i warszawscy teologowie dostają rocznie po 6 milionów ekstra, a filozofowie z Ignatianum – aż 10 milionów z tego, co rząd, Sejm i urzędnicy zabiorą ludziom na tyle głupim, by płacić podatki nad Wisłą.

Jak by nie patrzeć, duchowni starają się dziś, jak mogą, by uzasadnić tezy tych, co w Kościele katolickim widzą przede wszystkim pazerną na pieniądze mafię, której bonzowie posuną się do kłamstw, insynuacji i cenzury niepokornych (vide kłopoty Isakiewicza-Zaleskiego), byle tylko ukryć dowody na to, że kariery porobili, jak Wielgus, dzięki współpracy z policją polityczną totalitarnego państwa. Popiełuszko i inni duchowni mordowani w latach 80-tych przez SB pewnie przewracają się dziś w grobach widząc, jak Pieronek i Dziwisz niszczą ich legendę i zmazują zasługi, robiąc wszystko, żeby przeciętny Polak zaczął wierzyć, że Kościół i bezpieka to było jedno. Strach myśleć, jak bardzo zgangrenowane musi być środowisko, które woli zniszczyć od środka kierowaną przez siebie instytucję, niż dopuścić, by prawda wydostała się na światło dzienne.

Polskim katolikom gratuluję pasterzy.


Kościół a seks z dziećmi

29/01/2007

Czy wiecie, że:

  1. Pewien irlandzki mnich z zakonu norbertanów nazwiskiem Brendan Smyth zasłynął tym, że w ciągu pięćdziesięcioletniej (1945-1994) posługi w Dublinie, Belfaście i kilku miastach amerykańskich zgwałcił ok. 400 dzieci. Ojczulek miał niezłe chody u zwierzchników w swoim zakonie, którzy zresztą o jego słabości wiedzieli już w latach 40-tych, niemniej solidarnie trzymali buzie na kłódki. Ba, czasami nawet pomagali: gdy w parafii, w której zakonnik aktualnie “uczył”, wszystkie dostępne młode duszyczki były już zaliczone, przenosili delikwenta w nowe miejsce, gdzie mógł sobie używać do woli, a poprzednim ofiarom i ich rodzinom sobie znanymi sposobami zamykali usta. Aresztowanie rozrywkowego norbertanina w 1994 i jego kolejne sprawy sądowe (w 1994 skazano go za 17 gwałtów w Belfaście, w 1997 za 74 gwałty w Dublinie, końca innych procesów już nie dożył) wywołały niemały kryzys w katolickiej Irlandii – dość powiedzieć, że zaowocowały lawiną ujawnień kolejnych ofiar chuci duchowieństwa, upadkiem prawicowego rządu i spadkiem o niemal 20 procent frekwencji na niedzielnych mszach.

     

  2. Inny, tym razem amerykański, pedofil-rekordzista, John J. Geoghan, przez 30 lat posługi kapłańskiej “zaliczył” przynajmniej 130 dzieciaków. Jego także uczynni zwierzchnicy po każdej większej wpadce przenosili do innej parafii, a sprawie ukręcali łeb. Ojciec John wpadł, gdy zaczął się dobierać do chłopców na przyparafialnym basenie. Bostońska archidiecezja do dziś negocjuje odszkodowanie, jakie wypłaci ofiarom Geoghana (ostatnio mówi się o 65 milionach dolarów).

     

  3. W październiku 2005 zakończyło się w Irlandii rządowe dochodzenie w sprawie molestowania dzieci w malutkiej wiejskiej diecezji Ferns. W stan oskarżenia postawiono 21 duchownych, którym zarzucono ponad 100 gwałtów na dzieciach płci obojga. Trzeba przyznać, że duszpasterze zadziwiali pomysłowością – np. w kościele parafialnym w Monageer urządzili sobie burdel, w którym nastoletnie dziewczynki gwałcili… na ołtarzu. Biskup, jak zwykle, o wszystkim wiedział, ale poprzestawał na delikatnych napomnieniach.

     

    Czytaj resztę wpisu »


Rydzyk bije Glempa

09/01/2007

Ostra rywalizacja na najbardziej bzdurny komentarz do sprawy Wielgusa trwa w najlepsze. Ostatnio prowadził Kardynał Józef, jednak dzisiejszej nocy niezmordowany Ojciec Tadeusz zdołał odzyskać przewagę:

Modlę się, żeby ksiądz arcybiskup Stanisław Wielgus wytrzymał. On ma trudniej, niż miał nawet kardynał Wyszyński. (…) Niemcy podobno gdzieś napisali +Arcykapuś+. Niech ci Niemcy wpierw pomyślą o swoich grzechach: w stosunku do Polski i do świata, i może potrzeba z ich strony wynagrodzenia? Niech się odczepią od naszego arcybiskupa, bo to jest podłe! Niemcy będą nam pokazywać nasze grzechy? I papieża w to mieszają – to jest obrzydliwe!

Powiedzmy sobie szczerze: samo porównanie TW Greya z Prymasem Tysiąclecia (i to na korzyść tego pierwszego) bije na głowę wszystko, co w niedzielę powiedziano w warszawskiej katedrze. Co zaś do reszty, ciekaw jestem, w jakim stopniu Benedykt XVI (Niemiec, który końcem końców stoi za dymisją Wielgusa) zdaje sobie sprawę z tego, co szef toruńskiej rozgłośni wygaduje o jego rodakach. W przypadku byłego biskupa płockiego Kowalczyk i spółka dość długo byli w stanie mydlić Papie oczy. Nie mam powodu sądzić, by informacje o bon motach Ojca Dyrektora lepiej radziły sobie z przenikaniem przez mury Watykanu.

No, chyba że w Kurii Rzymskiej profilaktycznie tłumaczy się od wczoraj i czyta wszystko, co polskie gazety piszą (oraz cytują) w temacie “Kościół”. W takim razie chciałbym zobaczyć miny czytających…


Glempa kazanie o walcu, co Wielgusa spenetrował

07/01/2007

No i proszę. Do ingresu nie doszło – Benedykt XVI po raz kolejny pokazał, że ma jaja, i równie brutalnie, co niespodziewanie, przeciął Wielgusowe nadzieje na rządy miastem moralnych relatywistów (tak dwudniowy arcybiskup zwykł określać niedostatecznie często odwiedzających świątynie Warszawiaków). Przy okazji w gruzach legło przekonanie członków Episkopatu, że stoją ponad prawem i poza zasięgiem krytyki, zatem umocowane w polskim systemie prawnym instytucje (np. IPN) tudzież wierni, dziennikarze i politycy mogą im naskoczyć, i to nawet gdy książęta Kościoła na polu walorów moralnych i prawdomówności usiłują się ścigać z liderami Samoobrony.

Msza nieingresowa, pospiesznie przechrzczona na dziękczynną, okazała się zresztą niezłym cyrkiem. Nie dość, że główny bohater światowych newsów ostatnich dni zamiast wstępować na stolec (metropolitalny), niedołężnie z niego złaził, to najlepsze show ukradł mu poprzednik i następca w jednym. Złotousty prymas nie byłby bowiem sobą, gdyby nie wykorzystał okazji (mikrofon przed nosem, media wokół, także zagraniczne) i nie wypuścił ze świątobliwych ust wiązanki przemyśleń, przy których bledną nawet nocne bredzenia Rydzyka o szwadronach śmierci, składających się z dziennikarzy TVP i “Gazety Polskiej”.

Poniżej co ciekawsze fragmenty homilii (kursywą) opatrzone moim skromnym komentarzem:

Biskup Wielgus (…) jest Sługą Boga. To, że perypetie różne przechodził, to są doświadczenia, które powinny służyć ku budowaniu człowieka (…). Z życiorysu arcybiskupa Wielgusa wiemy, jak bardzo kochał naukę, jak bardzo kochał naukę teologii, a więc naukę Kościoła. [Judasz podobno też kochał srebrniki, ale mniejsza o to: Bozia nie obdarzyła mnie, w przeciwieństwie do Kardynała, wzrokiem wystarczająco ostrym, by zobaczyć logiczny związek między ciekawością badacza Boskości, a chęcią wyjazdu na Zachód. Ale zapewne Prymas lepiej wie ode mnie, że 30 lat temu do studiów nad naturą Chrystusa i Matki Jego paszport był niezbędny.] (…)
Co to były Służby Bezpieczeństwa?. To była organizacja czy instytucja w Polsce Ludowej, która miała czuwać nad poprawnością charakterów. [Hmmm, cele niby dość zbieżne z tymi, jakie sobie stawia dziś Kościół, więc niby grzech żaden] To znaczy: żeby nie było przerostu burżuazji, żeby nie było odchyleń ideologicznych, żeby nie było nadmiaru dewocji, żeby ludzie byli ukształtowani wedle modelu, jaki został narzucony z ideologii marksistowsko-leninowskiej. [Piękna nowomowa, tylko drżę, czy aby nie użyta serio…]
To była ogromna organizacja, która penetrowała wszystkie warstwy społeczne, może w sposób szczególny duchowieństwo, jako najbardziej niezależne, jako najbardziej pielęgnujące patriotyzm. [Nikt nie wątpił w Wielgusowy patriotyzm, a esbecy – co wynika z dokumentów – byli o nim nawet głeboko przekonani; nie bardzo więc rozumiem uwagę.] (…)
W Polsce ten walec miał pewne dylatacje [genialne!], nie był to walec tak miażdżący jak w innych państwach, ale wszelako był wszechobecny i dlatego penetrował ludzi bardziej zdolnych i wszystkie wysiłki wkładał, aby ich podporządkować. [Metaforyka co się zowie: wszechobecny walec już i tak wychodzi poza granice wyobraźni, ten jednak w dodatku ludzi penetrował, co – mi przynajmniej – kojarzy się z jakimiś bliżej nieokreślonymi praktykami sado-maso. Zważywszy, że esbecy przeważnie byli płci męskiej, ostro to zalatuje potępianą przez Kościół sodomią. Ale jedźmy dalej!] My nie znamy dzisiaj ani strategii, ani sposobów działania, jeżeli znamy, to z opowiadania. [Cóż, mimo wszystko poleciłbym księdzu Prymasowi wybranie się pewnego dnia do IPN-u.] (…) Dzisiaj o tym nie wiemy, dziś wiemy, że to było. [Niekonsekwencja w granicach zdania, mało wszak rażąca na tle całego wywodu.] (…)
Dzisiaj dokonał się nad arcybiskupem Wielgusem sąd. Cóż to za sąd? Na podstawie świstków, dokumentów trzeci raz odbijanych. [Nieładnie plagiatować, zwłaszcza że niektórzy wciąż pamiętają, jak dwa tygodnie temu bronił się Lepper.] My nie chcemy takich sądów! Jeżeli przeciw osobie ma się konkretne zarzuty, to trzeba je sformułować i on musi się do nich ustosunkować. Nad to, muszą wystąpić obrońcy, muszą być świadkowie, dokumenty muszą przejść ocenę prawidłowości, zgodności. Wszystkiego tego w osądzie biskupa Wielgusa zabrakło. To nie był sąd. [I pomyśleć, że mówi to człowiek, który wyrzekł swego czasu słowa "Polacy mają prawo do prawdy, opublikowanie listy Wildsteina to krok w dobrym kierunku. Dzięki temu obywatele będą mogli przejść egzamin ze swojej przeszłości, aby wejść w przyszłość w prawdzie." Cóż jednak, wtedy jeszcze nic nie wskazywało na to, że esbecy aż tak pokpili sprawę czyszczenia archiwów z kościelnych kwitów.]
Biskup Wielgus był przymuszony szykanami, krzykiem, wrzaskiem do tego, aby włączył się we współpracownika. [Z akt to nie wynika, ale niech Glempowi będzie. Nieźle się teraz pewnie nawrzeszczą na niego w Watykanie za cały ten smród, więc swoje biedak odcierpi.] Dlaczego ten współpracownik dzisiaj nie świadczy? Przecież możemy się doliczyć kilkudziesięciu tysięcy “ubowców” [i nawet jednego nad-ubowca, prawda, Księże Prymasie?], którzy dziś są rozlokowani na dobrych, myślę, posadach i nie mamy żadnego świadka, który by wtedy świadczył. [Logika wywodu poraża jeszcze mocniej niż znajomość faktów: świadkowie są, na nieszczęście dla hierarchów wymienieni w dokumentach esbecy żyją i mają się doskonale.]
Trudno więc dzisiaj z całą powagą myśleć o IPN. [A myśleć z powagą o papieżu, który tak łatwo IPN-owi pod wpływem Kaczyńskich dał wiarę, nie jest Eminencji równie trudno?] O tym, że on jest wyrocznią i źródłem informacji o obywatelach dla całego państwa. [Cóż, każdy wie, że taką wyrocznią może być tylko Episkopat Polski. Banda historyków powinna się opamiętać i nie robić konkurencji.] To jest stanowczo za mało, bo to jest zbyt brudne i zbyt powierzchownie dotykane, a jest to ogromna plama na współczesnym pokoleniu, które musi się z tego wydobyć. [O tym, kto stale torpeduje próby uporania się z plamami przez ludzi typu Isakowicza-Zaleskiego, litościwie zamilczmy.]
Bracia i siostry! Nasze kryterium kościelne co do kwalifikacji sługi bożego nie opiera się tylko na kryształowej przeszłości. [Tak tak, drogie owieczki, bierze się pod uwagę także inne zasługi. Choćby znajomości: mniej umaczani księża i biskupi, których w Kościele nie brakuje, nie mieli szans na metropolię warszawską. Ale to przecież nie ta liga i nie te układy.] Przeszłość jest także domeną Pana Boga, którą on może żałującemu także przebaczyć i go rozgrzeszyć. [Oczywiście, pozostaje tylko zapytać: skąd wiemy, że już to zrobił.]

Itepe, itede. Jak widać, duchem kazanie Glempa nawiązuje do względnie świeżych Objawień Ojca Dyrektora z Czasów Seksafery. No, może z maciupką różnicą: tym razem grzeszyć można ile wlezie, o ile jest się biskupem lub obiecującym księdzem. Aż szkoda, że swego czasu Paetz nie był równie bliski Glempowi, co Wielgus – już widzę bowiem, jak nasz naczelny Krasomówca wygłasza oniemiałym wiernym apologię seminaryjnego baraszkowania.

Tak czy owak, w ramach puenty polecam przemyślenia Ziemkiewicza na temat tego, jak zmienić się powinna po sprawie Wielgusa katolicka ekspiacja:

Pierwszą [reformą] powinno być unieważnienie spowiedzi świętej. Katolicy (…) przyznawać się będą odtąd musieli tylko do tych grzechów, które zostały im publicznie udowodnione, i dopiero po okazaniu im niezbitych dowodów; rozgrzeszenie przysługiwać będzie każdemu z góry, jak, nie przymierzając, giertychowa matura, a paragrafy mówiące o potrzebie skruchy, postanowieniu poprawy a zwłaszcza zadośćuczynieniu Bogu i bliźniemu zostaną niniejszym skasowane w ogóle. Wystarczy deklaracja, że nie zrobiło się nikomu krzywdy. (…)
To najpilniejsza reforma, ale nie jedyna. Do bezlitosnych dotąd reguł rachunku sumienia, jakie mamy w swych przestarzałych książeczkach do nabożeństwa, niezbędne staje się dodanie rozbudowanego działu o okolicznościach łagodzących. Czyn, który w innym wypadku byłby grzechem, nie jest nim, jeśli grzesznik miał istotny powód go popełnić. Jak już wiemy, potrzeba otrzymania paszportu była zupełnie godziwym powodem do podjęcia tajnej współpracy z policją polityczną zbrodniczego reżimu – albowiem bez paszportu trudno było zrobić karierę. Uogólniając ten przypadek, przestaje być grzechem na przykład kradzież pieniędzy, jeśli kradnący ich potrzebował, albo zdrada małżeńska, skoro żona mu się już znudziła.