Znów dyskusja o dziennikarstwie obywatelskim, tym razem w TOK FM. Pytania zadaje Ewa Podolska, a w studiu oprócz mnie Ewa Krzysiak i Przemysław Trubalski – obydwoje z Wiadomosci24.
Naoczni świadkowie
14/09/2009O 21:30 na kanale Discovery szykuje się dziś polska premiera amerykańskiego serialu dokumentalnego “Naoczny świadek”. Jako że współpracuję przy kampanii PR tego programu, czuję się z tej okazji w obowiązku napisać parę słów, i to nie tylko o samym serialu, ale i o szerszym zjawisku, które “Naoczny świadek” reprezentuje. Chodzi o wykorzystanie przez tzw. media tradycyjne publikowanych w internecie przekazów tworzonych przez dziennikarzy-amatorów. Czyli – szerzej – o dziennikarstwo obywatelskie.
Dziennikarstwo obywatelskie to – jak zapewne wszyscy odwiedzający tego bloga dobrze wiedzą – zbiorcza nazwa przekazów o charakterze dziennikarskim, tworzonych przez ludzi nie zajmujących się zawodowo działalnością medialną. Pod pojęciem tym rozumie się współcześnie szeroką gamę przekazów, od tekstów quasi-dziennikarskich na blogach i forach, po relacje o charakterze wizualnym (zdjęcia, filmy), publikowane w serwisach wideo i na portalach społecznościowych.
Samo zjawisko dziennikarstwa obywatelskiego nie jest nowe. Prawdopodobnie istniało od zarania dziejów (jego źródeł można upatrywać w znanej zapewne już naszym pierwszym mówiącym przodkom plotce), przed epoką internetu miało jednak bardzo ograniczony zasięg. Dotarcie do odbiorców wiązało się bowiem z kosztami, których wymagała dystrybucja przekazu (poczatkowo po prostu jego wykrzyczenie, potem druk, później transmisja audiowizualna. Do niedawna zatem co prawda każdy mógł sobie tworzyć treści dziennikarskie lub pokrewne, ale tylko niewielu mogło sobie pozwolić na ich dystrybucję poza najbliższym sąsiedztwem.
Internet oraz towarzyszący mu postęp techniczny ostatnich lat dokonały tu rewolucji. Praktycznie każdy z nas dysponuje dziś telefonem komórkowym z aparatem fotograficznym, kamerą oraz dostępem do internetu, dzięki któremu to, co sfotografuje lub nagra może w ciągu kilku minut zobaczyć osoba po drugiej stronie kuli ziemskiej. Ułatwiają to serwisy wideo, takie jak YouTube czy polska Wrzuta, na których każdy może (niekiedy po założeniu konta, niekiedy anonimowo) umieścić za darmo samodzielnie zrobiony film. Potem wystarczy, że link do filmu pojawi się np. na serwisie social news (to strony, których sami użytkownicy sami decydują, czy dana informacja jest atrakcyjna i „wykopują” interesujące artykuły: najsłynniejsze to Digg, Reddit i Twitter, a na polskim podwórku – Wykop), by zapewnić przekazowi, który internauci uznają go za interesujący i warty „wykopania”, nawet do kilku milionów odbiorców na dobę.
W efekcie zwykły przechodzień, który staje się świadkiem spektakularnego wypadku lub niezwykłego zdarzenia, szybko jest w stanie stworzyć przekaz, z którym nie mogą konkurować normalni dziennikarze. I bynajmniej nie chodzi tu o jakość: większość tego, co tworzą amatorzy, ciągle nie dorównuje jakością techniczną owocom pracy dziennikarzy. Nie tylko dlatego, że przeciętna kamera w telefonie ma znacznie gorsze parametry techniczne, niż profesjonalna kamera z operatorem, którą wyśle na miejsce stacja telewizyjna. To jednak przechodzień jest na miejscu pierwszy, więc to jego przekaz zdominuje relacje w serwisach informacyjnych, nawet jeśli jakość przekazu będzie pozostawiała wiele do życzenia. Najlepszym tego przykładem utrwalone przez amatorów momenty uderzeń samolotów w wieże World Trade Center, które – mimo braków technicznych – zobaczyła w 2001 większość widzów na Ziemi.
Oczywiście nagrania takie jak WTC to mniej niż promil tego, co publikuje się na YouTubie czy LiveLeak (ba, większość tego, co dostaje użytkownik szukający tych nagrań na wspomnianych serwisach, to fejki). Wiekszość filmów umieszczanych w Sieci przez nieprofesjonalistów to amatorskie filmiki, które nie interesują nikogo poza najbliższym kręgiem ich rzeczywistych lub wirtualnych znajomych. Prawdziwe perły, które podbiją Digg lub Wykop, trafiają się tu procentowo rzadziej niż w przypadku profesjonalnych mediów. Ale wygrywają w liczbach bezwzględnych.
Dzieje się tak, ponieważ liczba profesjonalnych dziennikarzy jest skończona i wynosi najwyżej kilkadziesiąt-kilkaset tysięcy osób w skali świata. Tymczasem potencjalnych dziennikarzy obywatelskich (czyli ludzi wyposażonych w komórkę z aparatem lub kamerą) mamy już na Ziemi więcej niż miliard. Ta liczba gwarantuje, że to z ich rąk coraz częściej będą wychodzić przekazy, z którymi media tradycyjne nie wygrają. Nie dlatego, że nie mają na to środków. Po prostu “zwykli” dziennikarze nie mogą być wszędzie, nie mają więc szans być w każdym miejscu, w którym zdarza się wypadek lub coś interesującego. Są tam za to zwykli ludzie. Ci świadkowie musieli kiedyś zadowolić się opowiedzeniem swej historii profesjonalnemu dziennikarzowi, który zresztą mógł na miejsce przyjechać, ale też mógł i nie przyjechać. I o całej sprawie mógł zawsze potem poinformować zniekształcając relację opowiadającego lub wręcz przeinaczając jego słowa.
Dziś nie trzeba czekać na dziennikarza. Już w momencie samemu można samemu nagrać materiał ze zdarzenia i umieścić go w sieci. W dodatku przekaz ten opowie całą historię w taki sposób i z takiego punktu widzenia, jak jego autor sobie życzy. Internetowy fenomen “Cut out the middleman” coraz szerzej obejmuje tym samym także dostawców informacji.
Opublikował/a TŁ
Opublikował/a TŁ