Ponowoczesny politruk

29/04/2007

Po niemal roku kręcenia profesor Zygmunt Bauman (już wcześniej znany z działalności w Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego) potwierdził w wywiadzie dla “Guardiana” zarzucany mu przez IPN fakt współpracy z Informacją Wojskową (streszczenie wywiadu po polsku). Dla niezorientowanych w historii najnowszej: utworzony w 1945 Korpus był (i nie jest to tylko zdanie “Gazety Wyborczej”) zbrojnym ramieniem NKWD w Polsce, zajmującym się przede wszystkim wyłapywaniem i mordowaniem akowców. Z kolei Informację Wojskową stworzono w 1944 roku jako polityczne narzędzie kontroli żołnierzy i oficerów (przede wszystkim Armii Ludowej, ale również KBW). Jej funkcjonariusze, wraz z braćmi z cywila, czyli z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, robili, co mogli, by Polacy jak najszybciej zaczęli wspominać z nostalgią SS i gestapo. Gdyby Stalin pożył trochę dłużej, pewnie by im się udało.

Sprawa aktywności Baumana w stalinowskich organach represji nie jest żadnym novum, sam pisałem o niej w sierpniu zeszłego roku przy okazji analizy pewnego wywiadu, jakiego „wielki” filozof udzielił Wyborczej. Ujawnienie nieznanych wcześniej fragmentów biografii było zresztą głównym powodem, dla którego Uniwersytet Warszawski w grudniu 2006 odmówił twórcy pojęcia globalizacji odnowienia doktoratu. Rzecz bez precedensu, zważywszy na rangę uczonego, niemniej w głównych mediach przeszła bez echa.

Czytaj resztę wpisu »


Miodek ściśle tajny

22/04/2007

Dziwna sprawa z tymi donosami, które miał jakoby produkować profesor Jan Miodek, oj dziwna. Primo: nie wiadomo, czy były pisane dla MO czy SB; secundo: nie jest pewne, czy wciąż istnieją (w głównym zbiorze IPN-u nie ma po nich śladu); tertio: jeśli wciąż istnieją, to dlaczego leżą w zbiorze zastrzeżonym, do którego nie mają dostępu zwykli śmiertelnicy ani nawet historycy, jeno wierchuszka instytutu i elita służb specjalnych?

Kataryna spekuluje, że skierować do zbioru zastrzeżonego materiały dotyczące Miodka mógł za czasów szefowania IPN-owi na własną rękę Leon Kieres – bądź co bądź wykładowca Uniwersytetu Wrocławskiego, czyli kolega kultowego polonisty. Gdyby była to prawda, postawić sobie trzeba pytanie, co i na kogo mógł jeszcze profesor Kieres utajnić w trakcie swej pięcioletniej kadencji (w 2002 otrzymał Medal Św. Jerzego od redakcji Tygodnika Powszechnego – pisma, które trudno uznać za matecznik zwolenników lustracji; korci mnie, by spytać: za co?) oraz co dokładnie było w papierach Miodka, że zasłużyły one na miejsce w dziale top secret. Sam fakt donoszenia funkcjonariuszom komunistycznej dyktatury to dziś dla prawdziwego wykształciucha (m.in. dzięki mrówczej pracy braci Kaczyńskich) niemalże powód do dumy. W oczach wielu przeciwników kaczyzmu, zwłaszcza tych niemogących (ze względu na młody wiek) lub niechcących (ze względu na wyznawaną ideologię) pamiętać, jak wyglądało życie przed 1989, mało co nobilituje bardziej niż udowodniony fakt współpracy z organizacją, która 20 lat temu próbowała pokazać, gdzie raki zimują, ludziom w rodzaju Kaczyńskich czy Macierewicza.

Coś mi się zatem zdaje, że – jeżeli dokumenty rzeczywiście istniały i jeżeli faktycznie je zachomikowano – to zrobiono to nie ze względu na dowody aktywności, z której każdy nieukrywający antylustracyjnych poglądów profesor powinien być dumny. Tu musiało chodzić o rzecz znacznie poważniejszą. Czyżby twórca “Ojczyzny polszczyzny” popełnił w którymś ze wspomnianych przez Brauna raportów jakiś błąd ortograficzny?


Ograniczenia pi-aru

08/02/2007

Maria pozwoliła zawiązać sobie oczy chusteczką i usiadła na taborecie, wyciągając szyję; sądziła, że zostanie, jak to było w zwyczaju we Francji, ścięta mieczem. Ale kat z pomocnikiem podnieśli ją i zmusili do uklęknięcia na poduszce, po czym popchnęli tak, że głowa królowej znalazła się na pniu, a ramiona, rozkrzyżowane, podtrzymywał pomocnik. W okropnej ciszy słychać było głos skazanej, powtarzający w pośpiechu: „In Te, Domine, speravi, ne me confundas in aeternum”. Hrabia Shrewsbury drżącą dłonią dał znak. Jeszcze rozlegały się słowa: „In manus Tuas…”, gdy zabrzmiał głuchy cios siekiery.

Tak zaczyna się u biografistki Marii Boguckiej opis śmierci Marii królowej Szkotów. Wydarzenie miało miejsce 420 lat temu, 8 lutego 1587 i posłużyło za inspirację setek powieści, dziesiątków filmów i przynajmniej jednego kultowego słuchowiska radiowego.

Mało kto zdaje sobie sprawę, że egzekucja Marii Stuart w rzeczywistości wcale nie trwała krócej, niż u Pythonów. Kat, najwyraźniej zestresowany faktem, że oto ścina głowę koronowaną, za pierwszym razem w ogóle nie trafił toporem w szyje – tylko w barki. Zdenerwowany, próbował poprawić jeszcze dwa razy, głowa jednak ciągle trzymała się i wrzeszczała, a ciało rzucało się na wszystkie strony, co uniemożliwiało zadanie precyzyjnego cięcia. Zrobił się harmider, część (nielicznych) widzów natychmiast bowiem dopatrzyła się w zajściu palca Opatrzności Bożej, a część ingerencji Szatana – tak czy owak salę wypełniły histeryczne krzyki. A Maria wciąż się miotała. W końcu, już w morzu krwi, dorżnięto nieszczęśnicę znalezionym naprędce tępym nożem, co jednak wcale nie skończyło awantury. Ledwie bowiem ciało przestało się ruszać i publika zamarła, w powietrzu rozległ się przeciągły, ostry pisk. W tym samym momencie spod sukni Marii wyskoczył, skomląc przeraźliwie, mały pies. Schowany między kolejnymi warstwami sukien, towarzyszył swej pani w drodze pod topór. Teraz, oszalały z przerażenia, biegał wokół zwłok i zawodził wniebogłosy…

Czytaj resztę wpisu »


Gen myślenia i braku pokory

31/01/2007

Wpadła mi ostatnio w ręce książeczka “Gen ciekawości”: zbiorczo wydane wywiady dziennikarzy Gazety Wyborczej z wielkimi naukowcami. Niemal każdy wywiad to perełka, mimo toporności niektórych pytań i zacietrzewienia ideologicznego niektórych pytających. Badacze (poza pewnym antropologiem, lecz cóż, humanista) jeden po drugim okazują się ludźmi wielkiej kultury i niebywałej przenikliwości. Największe wrażenie robią jednak ich życiorysy, absolutnie przeczące stereotypowi zamkniętego w laboratorium, oderwanego od rzeczywistości dziwaka w gigantycznych okularach, stereotypowi, którym od dziecka karmieni jesteśmy przez media.

Przykładem choćby Piotr Słonimski (zdjęcie z prawej datowane na rok 1947), bratanek znanego Skamandryty. O tym, by zająć się nauką, marzy już w wieku 12 lat. Niestety, powołany do wojska we wrześniu 1939 (w wieku zaledwie 16 lat), po rozbiciu jego oddziału przez Sowietów trafia do obozu w Starobielsku. Unika rozstrzelania przez NKWD w Charkowie, wykupując się, wraz z ojcem, sprezentowanym komendantowi obozu złotym piórem, po czym wraca na teren Generalnej Gubernii i wstępuje do Armii Krajowej. Podczas powstania warszawskiego złapany przez Niemców i skazany na śmierć. W trakcie egzekucji przypadkiem postrzelony w tyłek, udaje zmarłego i ucieka, wyczołgując się w odpowiedniej chwili spod stosu trupów. Po wojnie, jako były żołnierz AK, aresztowany i więziony przez UB, zostaje uratowany dzięki interwencji stryja, Antoniego, dzięki czemu może wreszcie podjąć karierę naukową. Ponieważ jednak biologią w bloku sowieckim rządzi już wtedy złowrogi Łysenko (ówczesne prześladowania genetyków mendlowskich to piękny przykład tego, co się dzieje, gdy ideologia zaczyna mieszać się do nauki), zaś władza ludowa niechętnym okiem patrzy na kariery naukowe byłych akowców (w przeciwieństwie do karier naukowych byłych enkawudzistów), w 1947 emigruje Słonimski do Francji. Tam szybko robi doktorat z nauk przyrodniczych, publikuje wyniki kolejnych badań i w 1954 jest już najmłodszym w historii dyrektorem laboratorium w Centre National de la Recherche Scientifique (Narodowe Centrum Badań Naukowych – francuski odpowiednik PAN). W 1971 tworzy Centrum Genetyki Molekularnej CNRS, którego dyrektorem pozostaje przez 20 lat, w międzyczasie osiągając światową sławę w dziedzinie badań nad regulacją genetyczną oddychania komórkowego.

Wywiad Anny Bikont i Stanisłwa Zagórskiego z 1995 roku koncentruje się, niestety, głównie na zaszłościach historycznych (widać dziennikarze uznali, że z tego, czym Słonimski zawodowo się zajmuje, przeciętny czytelnik wiele nie zrozumie). Dzięki temu jednak padają w nim dość symptomatyczne pytania i niespodziewane acz błyskotliwe odpowiedzi, którym nie sposób odmówić perwersyjnej trafności:

Anna Bikont: A jak Pan się czuł jako zasymilowany Żyd w endeckiej Polsce?
Piotr Słonimski: Jeżeli pani tak formułuje pytanie, to powiem, że jest ono tendencyjne i chyba obsesyjne. Po pierwsze Polska międzywojenna nie była endecka, ale piłsudczykowsko-sanacyjna. A to wcale nie było to samo. Po drugie czułem się, jak i moi rodzice, Polakiem, stuprocentowym Polakiem. (…)
A.B.: I jako ładny blondasek nie zetknął się Pan bezpośrednio z antysemityzmem?
P.S.: Jeżeli chodzi o mnie samego, to z antysemityzmem właściwie się nie spotkałem. (…) Pamiętam dzień, gdy ojciec wrócił do domu i opowiadał, jak na uniwersytecie obrzucili go zgniłymi jajami i pomidorami. Jego szef był endekiem, jego wydział medyczny był prawicowy i ojciec nie miał tam szans na zostanie profesorem. Większość prac naukowych zrobił za granicą. Polacy pochodzenia żydowskiego (…) byli dopuszczani do szczebla docentów, a wyżej już mieli problemy.
Ale nie żebym miał coś przeciwko numerus clausus. Przydaje się mniejszościom łagodne prześladowanie. Wtedy trzeba okazać się lepszym. Siłą diaspory żydowskiej była chęć wybicia się przez wiedzę. Dziś Azjaci się wybijają przez naukę, a Żydzi są już częścią establishmentu. Mogą nawet zostać generałami, choć nie wiadomo, po co być generałem. Dawniej to było nie do pomyślenia.

Jeszcze bardziej daje jednak do myślenia fragment, w którym profesor odpowiada na pytanie o złowrogie aspekty odkryć współczesnej genetyki, aspekty, którymi zresztą dziś, po owieczce Dolly i odczytaniu ludzkiego genomu, wrogowie nauki żonglują na znacznie większą skalę, niż 12 lat temu:

Sławomir Zagórski: A czy przypadkiem znajomość genetyki kiedyś nie przyczyni się do zagłady człowieka? Czy mają rację ci, którzy genetyki się boją?
P.S.: Pojawiają się głosy, że współczesnej biologii należy bać się tak jak broni jądrowej. Boję się broni jądrowej, tyle że od chwili, kiedy ludzie nią dysponują ani Rosjanie nie ruszyli na Amerykę, ani Amerykanie nie odważyli się uderzyć na Rosję. (…)
Ale to nie nauki należy się obawiać. A jeśli już to na pewno nie nauk ścisłych, lecz humanistycznych, dokładniej – ideologii z nich wynikających. Nie ma nic groźnego w tym, że ktoś interesuje się poezją romantyczną w Irlandii. Ale jeśli ze studiów poezji romantycznej w Irlandii w którymś tam wieku, może wyniknąć, że należy wyrżnąć Anglików – zaczyna być to groźne. Tego się zawsze bałem. Z każdego odkrycia naukowego można zrobić rzecz wspaniałą i rzecz straszną. Einstein mawiał: “Nóż może być użyty do krajania chleba i do zabicia innego człowieka”. W krematoriach, przy pomocy bardzo prymitywnej techniki, spalono znacznie więcej ludzi niż w Hiroszimie, gdzie użyto najnowocześniejszej techniki. A Kambodża? Dwa miliony obywateli zabito przy pomocy kilofa, łopaty i głodu.
Mam też wersję optymistyczną rozwoju ludzkości, że tak jak XX wiek był wiekiem różnych “izmów”, niektórych bardzo niebezpiecznych: komunizmu, faszyzmu, freudyzmu, maoizmu…, tak w XXI wieku zostanie tylko jeden “izm” – tourisme, czyli turystyka.

Miejmy nadzieję…

.


Wielgus jak z Monty Pythona

22/12/2006

Nie wiem, czy tłumacz ścieżki dźwiękowej Żywotu Briana Tomasz Beksiński wymyślił nazwisko przyjacielowi Piłata sam, czy może gdzieś usłyszał o biskupie Wielgusie. Niemniej następca Glempa od początku kojarzył mi się wyśmienicie. Nawet gdy nie wiedziałem o jego domniemanej esbeckiej przeszłości.

W końcu jednak wyszło szydło z worka i każdy może sobie dziś wyrobić własne zdanie na temat tego, jak hierarchowie katoliccy dogadywali się z komuną. O ironio, strzępki prawdy docierają do nas głównie dzięki krętactwom byłych funkcjonariuszy Kiszczaka, którzy miast wszystko zniszczyć, jak ich szef obiecał, zachomikowali sobie to i owo jako polisę na przyszłość. Polisę, którą można teraz z zyskiem zbyć jakiejś redakcji lub (na raty) samemu zainteresowanemu. Najcelniej całą akcję skomentował u siebie Franz Maurer:

Kościół sam sobie jest winien ślepej uliczki w jakiej się teraz znalazł. Dużo wskazuje na to, że spalenie teczek ubeków w sutannach było częścią “kontraktu” jaki podpisali ‘Czerwoni’ z ‘Czarnymi’ a OKP’owcy i pożyteczni idioci Mazowieckiego najzwyczajniej zobowiązali się, że nie będą w tym przeszkadzać… (…)
I pewnie choć częściową rację mają ci, którzy uważają że ubecy nie dotrzymali tak do końca warunków “kontraktu” chowając za pazuchy materiały z teczek Departamentu IV po to, by nazjwyczajniej mieć w “nowej Polsce” haki na duchowieństwo. I żadne ‘świadectwa moralności’ padające z ust prymasa Glempa nic w tej sprawie nie pomogą…

Zabawne, że faktom wyłaniającym się z dokumentów, których esbecy nie raczyli zniszczyć, najodważniej przeciwstawia się powiązany z GW arcybiskup Józef Życiński. W oświadczeniu wydanym po wsparciu, jakiego Wielgusowi udzielił niezbyt zorientowany w teczkowych niuansach (więc i łatwy do zmanipulowania) Watykan, metropolita lubelski nazwał zarzuty dziennikarzy wobec metropolity-nominata warszawskiego rekordem prymitywizmu w długiej historii Polski. Przy okazji wyszło na jaw, kto jest największym wrogiem Kościoła w Polsce. Tak, tak, dziś już wiemy, że istnieje w naszym kraju pismo, przy którego redaktorach Urban i Michnik to moherowe babcie. Belzebub ów zwie się “Gazeta Polska”, a długi poczet jego zbrodni otwiera fakt, iż stał się ostatnio tubą propagandową dla brodatego wampira, który – jak święcie wierzy się w kręgach zbliżonych do prymasa Glempa – żywi się krwią niewinnie lustrowanych polskich księży: Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego.


Dziedzictwo generała

13/12/2006

Dziś dwudziesta piąta rocznica stanu wojennego, imprezy, która jak żadna inna dowodzi, że Polacy są (przynajmniej w połowie) narodem masochistów. Oto garstka wojskowych dokonuje zamachu stanu wymierzonego w organizację, do której należy co trzeci dorosły Polak. Pacyfikuje kraj: zamyka opozycję, wypędza co bardziej wykształconych obywateli, knebluje prasę i niszczy to, co zostało z gospodarki po 40 latach niemieckiej i sowieckiej okupacji. Mija 25 lat i co drugi Polak twierdzi, że garstka wojskowych zrobiła dobrze. Fakt, że miłośnicy czołgów na ulicach przeważnie głosują na lewicę lub PO, gwarantuje zresztą, że PiS nigdy nie zdobędzie w narodzie większości. By ich zjednać, Kaczyńscy musieliby powtórzyć manewr Jaruzelskiego, co mogłoby jednak zrazić mniej masochistycznie i militarystycznie nastawioną część narodu. Gra więc nie jest warta świeczki.

Czytaj resztę wpisu »


Krew z krwi i kość z kości

01/10/2006

Niemal wszyscy zgłosili uwagi krytyczne, gdy kilka postów temu napisałem, że kobieta blokująca publikację tekstów Mackiewicza w Polsce jest krewną Adama Michnika. Nie byłem bynajmniej pierwszym, który to zauważył – niemal we wszystkich tekstach poświeconych sprawie podnosi się, najczęściej mimochodem, kwestię pokrewieństwa właścicielki KONTRY i naczelnego “Wyborczej”. I to nie tylko dlatego, że tekst o szemranych postępkach ciotki Michnika sprzeda się znacznie lepiej, niż analogiczny tekst o jakiejś anonimowej kombinatorce. Tak naprawdę zresztą wcale nie jest ważne, czyja to ciotka: stryjenka Kaczyńskiego czy wujenka Millera sprzedałaby się w takim kontekście równie dobrze. Taki już urok znanych nazwisk.

Niemniej zgadzam się z częścią głosów, które padły w dyskusji. Choćby z tym, że wypominanie kłopotliwych członków rodziny osobom publicznym nie zawsze jest w najlepszym tonie. Przykładem sprawa dziadka w Wehrmachcie, która choć nijak się miała do prezydentury Tuska, została jednak sprytnie rozegrana w kampanii wyborczej przez jego wrogów z PiS-u. Ludziom takim jak Donald Tusk czy np. znana piosenkarka Magda U. (nie napiszę, czyja córka) nie godzi się wywlekać krewnych o tyle, że to, co ludzie ci robią, nijak nie wiąże się z tym, co robi lub robiła wyparta z pamięci rodzina. Poza tym nie mają (lub nie mieli) na postępki przodków lub krewnych wpływu, nie obnoszą się też w mediach z dumą z ich dokonań. W podobnej sytuacji są m.in. dominikanin Wojciech Giertych (główny teolog Domu Papieskiego) i publicysta “Wyborczej” Jarosław Kurski. Żaden z nich nie ukrywa, czyim jest bratem (w przypadku Giertycha również synem i stryjem), niemniej przez to właśnie, że na co dzień ich wypowiedzi absolutnie nie przystają do tego, co serwuje nam bardziej osławieni członkowie ich rodzin, nikt przy zdrowych zmysłach nie łączy jednego z drugim.

Zupełnie inaczej będzie jednak wyglądała sytuacja ludzi, którzy swym dorobkiem nawiązują do tego, co robi rodzina. Nikt nie usiłuje robić tajemnicy ze stopnia pokrewieństwa Lecha i Jarosława Kaczyńskich, ba, często jeden lub drugi musi się tłumaczyć z posunięć nie tylko swoich, ale i brata. Są wszak przywódcami tej samej siły politycznej i tego samego państwa, do tego jeszcze bliźniakami. Nic dziwnego, że dziennikarze oczekują, iż będą sobie czytali w myślach. Tak właściwie do niedawna funkcjonowali nawet w mediach prawie jak jedna osoba.

Bardziej złożony jest przykład Alessandry Mussolini, wnuczki sprzymierzonego z Hitlerem duce. Alessandra jest również, i to także często media eksponują, siostrzenicą Sophii Loren. Z tego, że nazwisko Loren pojawia się obok nazwiska Mussolini, ludzie nie robią jednak najmniejszego problemu: pokrewieństwo obu kobiet jest po prostu tabloidową ciekawostką. Co innego relacja Aleksandry z dziadkiem Benito. Młoda Mussolini przewodzi dziś włoskiej partii neofaszystowskiej i często gęsto nawiązuje w wywiadach do „intelektualnego” dorobku antenata (ostatnio palnęła w wywiadzie, że lepiej być faszystą, niż pedałem). Nic dziwnego, że jest z nim łączona na poziomie poznawczym, przeciw czemu zresztą wcale nie protestuje.

Jeśli zatem przywołuje się w tekstach koligacje rodzinne ludzi takich jak Alessandra Mussolini czy Roman Giertych (syn fanatycznego kreacjonisty, wnuk prorosyjskiego antysemity), to dlatego, że to, co robią, doskonale wpisuje się w linię wyznaczoną przez przodków. Przodków, od których zresztą najczęściej w ogóle się nie odcinają. I właśnie takie postępowanie widzimy w przypadku Adama Michnika. Ten bowiem nie tylko nigdy nie odciął się od tego, co robi ciotka, lecz sam, gdy tylko nadarzała się okazja, atakował Józefa Mackiewicza, nazywając go m.in. zoologicznym antykomunistą.

Michnik ma w rodzinie osoby o znacznie bardziej złowrogich życiorysach, niż Karsov-Szechter. Jasne jest jednak, że – dzieckiem będąc – nie miał żadnego wpływu na wyroki śmierci wydawane przez starszego brata czy na to, co w podręcznikach do historii wypisywała jego matka. Trudno jednak przypuszczać, by takiego wpływu nie miał na to, co robi teraz jego ciotka. Mam wrażenie, że wałkowana w komentarzach brzytwa Ockhama dość łatwo wycina wszelkie konkurencyjne wobec inspiracji bratanka próby wyjaśnienia postępowania Niny Karsov-Szechter.


Gej na czele rządu

30/09/2006

Ptaszki ćwierkają, że być może już w 2009 Polska przestanie być jedynym w Europie państwem, którym rządzi domniemany przedstawiciel mniejszości seksualnej. I nie chodzi o to, że najpóźniej w tym roku PiS przegra wybory, lecz o to, że swoim kandydatem na kanclerza mogą niemieccy socjaldemokraci uczynić Klausa Wowereita, aktualnego burmistrza Berlina i zdeklarowanego homoseksualistę. Ten zaś, biorąc pod uwagę najnowsze sondaże, ma zwycięstwo w kieszeni.

Czytaj resztę wpisu »


Nekrocenzura

29/09/2006

Przechlapane jest być w Polsce pisarzem. Zwłaszcza nieżyjącym. Jak nie zaweźmie się na ciebie minister edukacji, to zrobi to rodzina Adama Michnika.

Przedwczoraj rano, gdy cały kraj żył taśmami Begerowej, zupełnie niedostrzeżona przemknęła w mediach wiadomość, że Giertych wyrzucił z lektur szkolnych Witolda Gombrowicza. No, właściwie to nie wyrzucił, tylko przesunął do lektur nadobowiązkowych, co jednak w przypadku autora Ferdydurke i Trans-Atlantyku oznacza właściwie koniec obecności w liceum. Jasne jest bowiem, że – biorąc pod uwagę fakt, iż koalicja niedawno odzyskała z rąk Układu kuratoria (ten bronił ich tak zaciekle, że trzeba było unieważnić niejeden konkurs na kuratora, wygrany przez jawnego lub pokątnego stronnika PO lub lewicy), zaś dla ministra edukacji głównym celem istnienia jego resortu jest przeciwdziałanie ofensywie dewiacji i krzewienie wartości narodowo-chrześcijańskich – żaden nauczyciel nie będzie chciał ryzykować przerabiania dzieł ateisty, który na lewo i prawo obnosił się z biseksualizmem tudzież bezlitośnie szydził z sarmackiego nadęcia i stojących za nim głębokich kompleksów.

Czytaj resztę wpisu »


Coś dla ducha

16/09/2006

Mała reklama, ale słusznej sprawy. Od wczoraj trwa w Warszawie Festiwal Nauki. Jakby ktoś nie wiedział, jest to największa w Polsce impreza, na której naukowcy tłumaczą zwykłym zjadaczom chleba, jak się ten chleb piecze, trawi i co w trakcie trawienia w żołądku powstaje. Poza tym opowiadają o innych dramatach (których zatrzęsienie rozgrywa się w każdej sekundzie w nas i wokół nas) ku uciesze gawiedzi (która radośnie we wszystko wierzy, jako że dziwności płyną z ust tych, co naprawdę wiedzą, jak jest). I tak przez cały tydzień, do następnej niedzieli. Część świetnych wykładów już co prawda miała miejsce, niemniej zostało jeszcze kilka wartych wysłuchania.

Poniżej te, które z czystym sumieniem polecam i które bym bez wyjątku obejrzał i wysłuchał, gdyby doba miała ze sto godzin. Lokalizację i omówienia poszczególnych wykładów znajdziecie na stronie z programem. Te wytłuszczone po prostu muszę zobaczyć – zważywszy, że niektóre częściowo się pokrywają, ciekaw jestem, jak sobie poradzę.

Czytaj resztę wpisu »