Dyskutowaliście pod ostatnim postem zarówno na WordPressie, jak i Salonie, na tyle intensywnie, iż – i tak dość ostatnio zajęty – nie byłem w stanie na bieżąco odpowiadać. Czynię to zatem teraz zbiorczo, przynajmniej w odniesieniu do jednego wracającego jak bumerang w dyskusjach o małżeństwach jednopłciowych argumentu: Małżeństwo służy prokreacji. W związkach homoseksualnych nie ma mowy o prokreacji, stąd nie powinny te związki otrzymywać praw należnych heteroseksualnym małżeństwom.
Jak widzimy, chodzi tu o postulat, by instytucja małżeństwa była ograniczona tylko do ludzi, którzy płodzą dzieci i razem je wychowują. Ponieważ spełniają tym samym ważną rolę społeczną (odnawiają tkankę narodową, która potem będzie płacić im emerytury etc.), należą im się za to poświęcenie jakieś nagrody – i tymi właśnie nagrodami są przywileje, którymi cieszą się w Polsce heteroseksualne małżeństwa.
Argument powyższy, mimo że miejscami absurdalny (zakłada bowiem, że ludzie rodzą dzieci po to, by mieć emerytury, przez co człowiek zaczyna zachodzić w głowę, po co rozmnażano się przed Bismarckiem), byłby jednak do strawienia (jeśli za Marksem wierzy się, że jednostka powinna działać kierując się w pierwszym rzędzie dobrem społeczeństwa, można zachwycać się jego kolektywistyczną logiką), gdyby nie parę faktów, o których zapominają posługujący się nim przeciwnicy związków jednopłciowych:
- Istnieją małżeństwa bez dzieci, ba, obecnie z roku na rok jest ich na świecie coraz więcej.
- Istnieją dzieci nie urodzone w związkach małżeńskich, ba, obecnie z roku na rok jest ich na świecie coraz więcej.
Co więcej, gdybyśmy zastosowali ten argument do par heteroseksualnych, powinniśmy zakazać wstępowania w związki małżeńskie ludziom bezpłodnym, wysterylizowanym, używającym środków antykoncepcyjnych, kobietom po menopauzie, wreszcie każdej osobie z jakichkolwiek względów nie chcącej mieć dzieci. Poza tym niewychowujące dzieci małżeństwa winny być natychmiast z mocy prawa rozwiązywane z chwilą, gdy kobieta przestanie miesiączkować, mężczyzna popadnie w impotencję lub jeśli mimo prób nie doczekają się pierwszego potomka np. przez trzy kolejne lata.
Ktoś odpowie, że to wyjątki, aberracje. Niekoniecznie: jeśli przyjrzymy się dokładniej sytuacji w Polsce, okaże się, że z różnych przyczyn prawie połowa polskich małżeństw dzieci aktualnie ani nie płodzi ani nie wychowuje, gdyż albo już spłodziła i odchowała jedno lub parkę i dała sobie spokój, albo w ogóle rozmnażać się nie może lub (jak to ma miejsce w przypadku wielu młodych małżeństw na dorobku) na razie nie chce. W myśl logiki tych, którzy twierdzą, że małżeństwo służy prokreacji, wszystkie takie stadła w ogóle nie mają racji bytu.
Czytaj resztę wpisu »