Biurowe przekleństwo

23/01/2008

W “Życiu Warszawy” artykuł o pracodawcach, którzy coraz częściej odcinają pracownikom dostęp do YouTuba, Naszej Klasy lub innych serwisów, które nie wpływają zbyt korzystnie na wzrost wydajności przeciętnego Kowalskiego. Trudno odmówić sensu takiemu podejściu, zwłaszcza że sam wiem z doświadczenia, iż najlepiej pracuje się w trybie offline. W świecie, w którym zwykłe zerknięcie do googla może się skończyć napisaniem nowej notki i piętnastu komentarzy, trzeba być dla siebie bezlitosnym – lub przynajmniej liczyć na to, że ktoś dla nas taki będzie. Dlatego gdy wczoraj zadzwoniła do mnie Anna Wittenberg z prośbą o komentarz, nie miałem nawet cienia wątpliwości:

AW: Surfowanie w internecie zabiera nam coraz więcej czasu. Także w pracy. Czy blokowanie przez pracodawcę stron www jest szansą na odzyskanie pracownika?
TŁ: Pracownicy, którym zablokuje się jedną stronę internetową, bardzo szybko przerzucą się na inne witryny. Sieć pełna jest blogów, serwisów społecznościowych i innych interesujących miejsc. Jeśli pracodawca naprawdę chciałby ograniczyć podwładnym czas korzystania z internetu, powinien odblokować tylko te strony, z których pracownik może korzystać.
AW: Ale w wielu branżach nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jakie witryny będą nam potrzebne…
TŁ: No właśnie. Dlatego znacznie bardziej skutecznym rozwiązaniem jest na przykład prowadzenie ewidencji stron internetowych, na które wchodził pracownik. Monitorowanie aktywności wprowadza psychologiczne samoograniczenie.
AW: Załóżmy, że uda nam się oderwać od internetu. Czy przeglądania stron nie zastąpi wychodzenie na kawę ze współpracownikami?
TŁ: Osoby, z którymi spotykamy się na co dzień, zazwyczaj nie są dla nas tak atrakcyjne jak nowe witryny. Kawa z panią Kasią czy panią Marysią staje się po prostu nudna.

Nudna, gdyż nasze zmysły wyewoluowały tak, że uwielbiają nowe bodźce. W środowisku pierwotnym wzmagało to zachowania eksploracyjne i ułatwiało przetrwanie. W dobie globalnej Sieci z miliardem stron staje się to naszym przekleństwem.


Morderca za ścianą

09/08/2007

Na pograniczu Brazylii i Wenezueli żyje sobie od wieków indiańskie plemię Janomamów (Yanomamö). Plemię liczy ok. 20 tys. osób, z których mniej więcej połowa wciąż żyje w dżungli. Janomanowie polują tam na drobną zwierzynę (w jadłospisie plemienia znajdujemy m.in. pieczone myszy i gotowane mózgi małp) i łowią ryby, zatruwając zresztą przy okazji okoliczne rzeki. W ramach rozrywki wciągają nosem halucynogenną epenę, która – jak wierzą – daje im olbrzymią siłę i pomaga upolować dużo małp i myszy.

Język Janomamów różni się od innych narzeczy Amazonii w stopniu wystarczającym, by skłonić badaczy do przypuszczeń, że plemię może pochodzić w prostej linii od pierwszych mieszkańców Ameryki Południowej. Do lat sześćdziesiątych XX wieku Janomanowie praktycznie nie stykali się z białymi ludźmi. Jako pierwszy ich kulturę zbadał właśnie wtedy amerykański antropolog Napoleon Chagnon, który w 1968 opublikował dzieło “Yanomamö: Dzicy Ludzie” (‘Yanomamö: The Fierce People’).

Książka Chagnona do dziś osiągnęła łączny nakład ok. miliona egzemplarzy (sporo jak na wysoce specjalistyczne dzieło o nikomu wcześniej nieznanym plemieniu), stając się jedną z podstawowych lektur na amerykańskich kursach antropologii i psychologii ewolucyjnej. Wzbudziła olbrzymie kontrowersje i wściekłe ataki, zwłaszcza ze strony rządzących na amerykańskich kampusach fanatycznych wyznawców determinizmu kulturowego. Jej autor przez konkurencyjne oskarżony został m.in. o propagowanie przemocy, seksizm, rasizm, faszyzm, nazizm, alkoholizm, ba, nawet o eksterminację samych Janomanów za pomocą odry.

Co aż tak nieprawomyślnego napisał Chagnon? Ano że Janomanowie… uwielbiają przemoc. Z przeprowadzonych przez niego wywiadów i obserwacji wynikało, że ich wsie od pokoleń toczą ze sobą nieprzerwane wojny. Relacje dorosłych członków plemienia wskazywały, że 70 proc. spośród nich straciło przynajmniej jednego członka rodziny w walce mieszkańcami innej wsi lub podczas najazdu. Co trzeci mężczyzna ginął z ręki przez innych mężczyzn, niemal co drugi mężczyzna przyznawał, że już w życiu kogoś zabił.

Czytaj resztę wpisu »


Darwin terrorysta

05/02/2007

Profesor Giertych nie jest już osamotniony w swych zmaganiach na forum europejskim ze współczesną wiedzą biologiczną. Z odsieczą właśnie pospieszyli mu tureccy islamiści, rozsyłając (gratis!) do francuskich szkół tysiące egzemplarzy „podręcznika”, w którym teoria Darwina nazwana jest prawdziwym źródłem terroryzmu.

770-stronicowe tomiszcze nosi tytuł “Atlas stworzenia” (L’atlas de la création) i poświecone jest zbijaniu tez Darwina. Temu zbijaniu nie służą jednak tym razem opowieści o smoku wawelskim czy Ewie, Adamie i wężu, tylko, jak się zresztą można było spodziewać, odpowiednie wersety Koranu. W świętej księdze muzułmanów podobnie jak w Biblii twardo bowiem stoi, że człowieka, razem ze światem, stworzyła w kilka dni jakaś nadrzędna istota. Co prawda oba dzieła różnią się w kwestii imienia tej istoty, tudzież inaczej datują sam akt stworzenia, niemniej nie czas kłócić się o detale, gdy niewierzący nie tylko bezkarnie chodzą po ziemi, lecz nawet mają czelność nauczać w szkołach swoich herezji.

Książki jednak nikt by pewnie nie zauważył, gdyby autor, Harun Yahya, nie posunął się w swych rozważaniach ciut dalej niż chyba wszyscy antydarwiniści dotąd razem wzięci, i nie zamieścił w swym dziele fotografii płonącego Word Trade Center z podpisem: Ci, którzy sieją terror, są w istocie darwinistami. Darwinizm to jedyna filozofia, która pochwala i wzbudza waśnie.

Czytaj resztę wpisu »


Amerykańska konserwa i seks męsko-męski

07/11/2006

Dziś wybory w kraju, od którego ambasadorów zależy podobno, kto może być w Polsce ministrem (a może nawet i premierem). Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że będą to pierwsze w XXI wieku wybory, które przegrają Republikanie.

Brygada Busha ledwie zipie w sondażach, głównie za sprawą przeciągającej się wojny w Iraku, która jak na razie chyba nikomu (poza wiceprezydentem Cheneyem, którego firma, Halliburton, zgarnęła ok. 55 procent ze środków na odbudowę Iraku) specjalnych korzyści nie przyniosła, wielkiego skandalu korupcyjnego (lobbysta Jack Abramoff w zamian za przepychanie odpowiednich ustaw załatwiał republikańskim politykom lukratywne wycieczki i utrzymywał m.in. żonę szefa Republikanów w Kongresie, Toma DeLaya) oraz dwóch skandali obyczajowych, które ostatnio wstrząsnęły wierchuszką amerykańskich konserwatystów. Co ciekawe, oba dotyczą miłości męsko-męskiej.

Bohaterem największej jak dotąd afery „miłosnej” był jeden z najbardziej znanych w Stanach Zjednoczonych konserwatywnych kongresmenów, Mark Foley. Niemal wszystko, co Foley robił w Kongresie przez ostatnie 11 lat, obracało się wokół walki z dziecięcą pornografią i wykorzystywaniem seksualnym nieletnich (czyli istot ludzkich poniżej 18 roku życia). Był przewodniczącym podkomisji ds. zaginionych i wykorzystywanych dzieci (House Caucus on Missing and Exploited Children) i autorem projektu ustawy, która zakazywać miała pokazywania nieletnich w mediach w jakichkolwiek sytuacjach wiążących się z seksem. Ustawa ostatecznie przepadła (ponoć za sprawą lobbingu Hollywood), jednak niezrażony kongresman wkrótce potem stał się współautorem tzw. Adam Walsh Child Protection and Safety Act. Na mocy tej ustawy, uchwalonej przez Kongres i podpisanej przez Busha 27 lipca b.r., w USA powstał jeden spójny centralny rejestr pedofilów, dzięki któremu każdy Amerykanin może sprawdzić sobie w Sieci, czy i (ewentualnie) ile dzieci zgwałcił jego sąsiad (nie, żebym kręcił nosem, jednak trochę boli, że z jakichś powodów także w Ameryce tylko pedofilów w ten sposób się wyróżnia – jakoś nikomu nie przychodzi do głowy tworzenie rejestrów złodziei, gangsterów czy zabójców, które moim zdaniem znacznie bardziej by się przydały). Poza tym na mocy Adam Walsh Act nigdzie w Stanach nie można już skazać osoby, która porwie dziecko, na mniej niż 25 lat i osoby, która z takim dzieckiem się prześpi, na mniej niż 30 lat. Nie muszę mówić, że za zwykłe zabicie dzieciaka pozbawione podtekstów seksualnych, można w niektórych wypadkach dostać znacznie mniej. Co kraj to obyczaj.

Niemały był zatem szok w Stanach, gdy się okazało, że wróg pedofilii nr 1 sam gustuje w… niepełnoletnich (czyli w mniej niż 18-latkach). Ba, nie tylko w niepełnoletnich, ale nawet w chłopcach. Do tego nie w zwykłych chłopcach, tylko w najzdolniejszych amerykańskich uczniach. W tych, którzy dostąpili zaszczytu paziowania w Kongresie.

Krótkie wyjaśnienie: jakkolwiek dziwne nam by się to wydawało, Kongres Stanów Zjednoczonych posiada własny korpus paziów (tak chyba wypada przetłumaczyć angielskie pages). Paziowie owi to wskazywani przez poszczególnych członków Kongresu młodzi (16-18 lat) ludzie obu płci, którym państwo amerykańskie w zamian za usługiwanie reprezentantom Narodu funduje prestiżowy pięciomiesięczny program stypendialny. W trakcie stypendium nastolatek zaznajamia się z arkanami polityki służąc jako asystent, dokumentalista lub goniec w organie ustawodawczym największego światowego mocarstwa. O sile uroku, jaki na ludzi rzucają wnętrza Kapitolu, świadczyć może fakt, iż wielu paziów po latach wraca do Izby Reprezentantów lub Senatu, już w charakterze kongresmanów. Nie od dziś jednak wiadomo, że obowiązki pazia nie zawsze ograniczają się do tego, co zapisano w dokumentach programu stypendialnego. Tzn. że paziowie czasami świadczą członkom Izby Reprezentantów usługi, których nie przewidzieli twórcy programu.

W 1983 dwóch kongresmanów: Republikanin Dan Crane i Demokrata Gerry Studds zostało oskarżonych o kontakty seksualne z 17-letnimi paziami. Paź Crane’a był płci żeńskiej, paź Studdsa – męskiej. Sprawa była dosyć gorąca, niemniej stanowić mogła co najwyżej preludium do tego, co miało nastąpić 23 lata później za sprawą Foleya.

Wszystko zaczęło się we wrześniu od maili, które powolutku wyciekały do prasy z różnych instytucji. W mailach tych 52-letni kongresman wypytywał szesnasto- i siedemnastolatków o szczegóły ich anatomii (zwłaszcza o organy płciowe) i domagał się zdjęć. Większość adresatów przechodziła nad listami od staruszka do porządku dziennego, część jednak – jak się okazało – informowała o tym kongresmanów, którzy ich polecili do programu. Ci dziś twierdzą, że o wszystkim donosili szefowi Izby Reprezentantów, Dennisowi Hastertowi, który – jak się okazuje – starannie tuszował, co trzeba.

Proceder trwałby do dziś (mimo że rozsyłane przez źródła powiązane z Demokratami maile Foleya trafiły do głównych redakcji i organizacji pożytku publicznego zajmujących się kwestią pedofilii), gdyby nie… blogi. Żadna z gazet, do której trafiły dokumenty nie była bowiem zainteresowana wzniecaniem skandalu (widząc w tym zapewne jakąś niejasną grę wyborczą), zwłaszcza że materiał dowodowy wydawał się nad wyraz słaby. Nawet organizacje gejowskie, do których trafiały materiały, trzymały język za zębami. W największej z nich, Human Rights Campaign, pracował jednak niejaki Lane Hudson, który po godzinach prowadził sobie bloga Stop Sex Predators. W mailach Foleya zobaczył materiał na ekstra notkę i szansę na gigantyczną promocję, po czym zrobił to, co każdy rasowy blogger zrobiłby na jego miejscu i tym sposobem 24 września świat poznał prawdę. Link do wpisu na Stop Sex Predators zrobił tak wielką furorę w Sieci, że sprawą zainteresowały się media „oficjalne”: cztery dni później o sprawie doniosła telewizja ABC, a za nią wszystkie pozostałe amerykańskie sieci. 29 września Foley zrezygnował z mandatu i z walki o reelekcję (przy okazji ogłaszając, że wszystkiemu winien alkohol, od którego od dawna jest uzależniony, i ksiądz katolicki, który go w dzieciństwie macał). Lane Hudson też stracił pracę: zwolniono go za wykradzenie poufnych materiałów nazajutrz po ich publikacji.

Skandal Foleya wstrząsnął Ameryką. W ciągu kilku tygodni ujawniło się kilkudziesięciu innych byłych paziów, których kongresman nagabywał drogą elektroniczną. Co więcej, w prasie i Internecie zaroiło się od zapisów czatów i maili, w których jurny staruszek kolejnym chłopakom składa coraz mniej moralne propozycje (próbki tutaj). Jakby i tego było mało, okazało się, że 10 lat temu inny republikański kongresman, Jim Kolbe, jeździł z paziami na campingi i na tych campingach dotykał nastolatków w miejsca intymne. Wszystko to Partia Słonia może by to jeszcze jakoś przeżyła, gdyby przy okazji nie wyszło na jaw, że w krycie Foleya, którego skłonności były wśród kolegów tajemnicą poliszynela, zaangażowani byli niemal wszyscy znaczący Republikanie w Izbie Reprezentantów. Ludzie, którym publicznie obrona rodziny i wartości moralnych nie schodzi z ust, okazali się, nie pierwszy raz i nie ostatni, bandą hipokrytów.

Amerykanie wszak nie takie rzeczy wybaczali swoim przywódcom, więc los Republikanów wcale nie wydawał się przesądzony, zwłaszcza że Demokraci bardzo się starali i dzisiejsze wybory przegrać (ekskandydat na prezydenta John Kerry przebił tu wszystkich strasząc kalifornijskich studentów, że jak nie będą się uczyć, to będą głupi i skończą jako amerykańscy żołnierze w Iraku). Niestety dla konserwatystów, prości obywatele postanowili wziąć sprawy w swoje ręce.

Jeden taki prosty obywatel, 49-letni (ale dobrze zachowany) Mike Jones, pojawił się 2 listopada w programie Petera Boylesa w nadającym w Denver radiu 630 KHOW. Opowiedział tam o swojej karierze męskiej prostytutki i o pewnym niezwykłym kliencie, z którym spotykał się przez ostatnie 3 lata.

Spotkania miały miejsce średnio raz w miesiącu. Mężczyzna przedstawiający się jako Art za każdym razem płacił 200 dolarów za około godzinę igraszek. – To był tylko stosunek fizyczny, bez żadnych uczuć – mówi dziś Jones. Aby spotęgować doznania, przed każdym stosunkiem Art wąchał metamfetaminę, jeden z najbardziej uzależniających i toksycznych narkotyków (jego używanie powoduje m.in. skrócenie drzewa neuronowego w ośrodkowym układzie nerwowym).

Prawdziwe nazwisko “Arta” Jones poznał, gdy zobaczył go w telewizji w programie poświęconym promowaniu poprawki do stanowej konstytucji, o której opowiemy potem. Okazało się, że jego klient to Ted Haggard, żonaty i dzieciaty 50-letni pastor, szef Kościoła Nowego Życia w Colorado Springs, przewodniczący Narodowego Stowarzyszenia Ewangelików (NSE) oraz… przyjaciel i doradca prezydenta Busha. NSE to największa i jednocześnie jedna z najbardziej konserwatywnych amerykańskich organizacji protestanckich. Zrzesza 52 Kościoły, łacznie posiadające przeszło 30 milionów wyznawców. Co więcej, jest to jedna z nielicznych dziś organizacji w Stanach, która bezwarunkowo popiera politykę administracji George’a Busha. Sam Haggard uchodził na nieformalnego doradcę prezydenta w kwestiach społecznych (mówiono nawet, że jako jeden z nielicznych ma do niego niemal całodobowy dostęp, on sam zaś żartował, że George W. Bush zgadza się z nim we wszystkim, prócz tego, jakim samochodem należy jeździć) i zagorzałego przeciwnika przyznawania homoseksualistom jakichkolwiek praw. Z drugiej strony słynął z wypraw do barów gejowskich w Denver, gdzie, posiłkowany przez współwyznawców, usiłował nawracać grzeszników i przekonywał do wstąpienia do swej kongregacji.

W telewizji Ted Haggard występował dosyć często, jednak głównie na kanałach, których Jones nie oglądał, czyli tam, gdzie udzielali się religijni kaznodzieje. W swych programach przekonywał m.in. do kreacjonizmu, jego Kościół bowiem optował – tak jak rodzina Giertychów – za literalnym odczytywaniem Biblii. Zważywszy, że nie można wykluczyć – przynajmniej dopóki i Giertychów na tę okoliczność się nie przebada – związku tych poglądów z wdychaną przed kolejnymi numerkami z Jonesem metamfetaminą, narkomani wybierający ten narkotyk powinni się dwa razy zastanowić nad tym, co czynią, o ile nie chcą na starość skończyć jak Ted Haggard lub Maciej Giertych.

Choć Jones znał tożsamość swojego klienta od czterech miesięcy, postanowił ją ujawnić dopiero parę dni przed zaplanowanym (razem z wyborami) na dziś referendum, w którym mieszkańcy Kolorado i siedmiu innych stanów mają zdecydować, czy w ich stanowych konstytucjach powinien znaleźć się zapis zabraniający małżeństw jednopłciowych (te na razie są w USA legalne tylko w Massachussetts). O taki przepis walczył od lat właśnie pastor Ted Haggard – poczuwający się do solidarności z innymi gejami Mike postanowił zatem pokazać światu, co to za ziółko.

Haggard (od którego Biały Dom natychmiast się odciął) początkowo zaprzeczył oskarżeniom, zapewniając, że zawsze był wierny swojej żonie i nigdy nie brał narkotyków. Jednak gdy Mike Jones przedstawił publicznie nagrane na swojej sekretarce automatycznej wiadomości głosowe od Haggarda dotyczące zarówno narkotyków, jak i zaplanowanych spotkań, pastor zmienił zdanie. Zrezygnował z przewodniczenia NSE i swemu Kościołowi, przyznając jednocześnie, że kupował od Jonesa narkotyki, ale nie uprawiał z nim seksu (dobrze to ukazuje, jaka jest hierarchia ciężkości grzechów u amerykańskich protestantów). Wczoraj, w niedzielnym liście do wiernych, przyznał się i do tego, przepraszając przy okazji wiernych za swe grzechy i ogłaszając, że bedzie dalej walczył ze swymi słabościami. Nie wątpię, że z równie spektakularnymi sukcesami.

Upadek Haggarda przypieczętował prawdopodobnie los Republikanów. Poparcie dla nich (23 punkty procentowe poniżej Demokratów) było wczoraj najniższe od blisko 30 lat i chyba nikt już nie liczy po tamtej stronie na zwycięstwo w dzisiejszych wyborach. Co niektórzy liczą najwyżej na uratowanie większości w Senacie (w tegorocznych wyborach wybiera się tylko 33 senatorów), właściwie jednak nawet to nie jest pewne.

Pozostaje zatem już chyba tylko modlitwa. Byle nie do Świętego Mikołaja.


Jedno podrobione ciało

17/10/2006

Z niezbyt jasnych dla mnie powodów Platforma Obywatelska postanowiła ostatnio upodobnić się do stadła LPR-Samoobrona. Najpierw Stefan Niesiołowski doszedł do wniosku, że warto porywalizować z Wierzejskim na polu homofobii – w końcu ksenofobiczni (w mniemaniu Niesiołowskiego) wyborcy PO na pewno temu przyklasną. Następnie Jan Maria Rokita poparł Giertycha w kwestii naukowej alternatywności biblijnego kreacjonizmu wobec tego, co twierdzi ogół biologów (jak widzimy, według Rokity ciemnota elektoratu zobowiązuje). Teraz Donald Tusk obkłada karami finansowymi niebożęta ze swych list wyborczych, które nie wzięły udziału w spontanicznej demonstracji przeciw dławiącemu wolności obywatelskie PiS-owi. Kosztowne korepetycje u Leppera nie poszły na marne – tylko patrzeć a pojawią się pierwsze weksle.

Naśladownictwo idzie zatem pełną parą. Niestety, rzuca się przy tym w oczy ogólne rozmemłanie, dyletantyzm i brak autentyczności. Miejscy inteligenci nie staną się chamami od tego, że zechcą chamów udawać – przekonał się o tym gombrowiczowski Miętus. Gumiaki ich wypolerowane, gwara – zbyt wyraźnie artykułowana, ba, nawet gdy każą bić się po pyskach, i tak w najlepszym razie wychodzą na dziwaków lub masochistów. W ten sposób Niesiołowski, Rokita i Tusk, choćby nie wiem jak się starali, zawsze pozostaną co najwyżej mało wyrazistymi kopiami Wierzejskiego, Giertycha i Leppera. Podobnie, jak ich partyjna koleżanka Hanna Gronkiewicz-Waltz, która – nawet wyszedłszy ze skóry w jakimś hospicjum – i tak do pięt nie sięgnie największej femme fatale polskiej polityki, kmiotce Begerowej.

Na cóż więc te wszystkie przebieranki? Podejrzewam, że ktoś tu liczy na to, że Kaczyńscy nie połapią się i wezmą podróbki za oryginały; po czym zaproszą do koalicji na miejsce pierwowzorów, które już – w przeciwieństwie do swych tak pod innymi względami niedoskonałych kopii – nie dają większości. Moim jednak skromnym zdaniem, goście, którzy przetrwali inwigilację UOPków, WSIoków i UBoli, tak łatwo zwieść się nie dadzą. Chyba że przy okazji poparcie dla PO w sondażach spadnie do poziomu łącznego wyniku LPR-u i Samoobrony, czego zresztą partii hipokrytów szczerze życzę.


Pusty śmiech

14/10/2006

Na przełomie kwietnia i maja, świeżo po tym, jak Jarosław Kaczyński namaścił Romana Giertycha na ministra edukacji narodowej, krakałem, że skończy się nie tylko prawicową indoktrynacją na całego, ale i wyrugowaniem ze szkół teorii ewolucji. Pół roku minęło i wiceminister oświaty publicznie nazywa kłamstwem fundament, na którym opiera się cała współczesna biologia i genetyka, po czym oznajmia, że dzieci nie powinno się w szkole uczyć poszanowania dla innych i on, póki jest wiceministrem, do tego nie dopuści.

Aleksandra Pezda, “Gazeta Wyborcza”: Maciej Giertych chce wyrzucić ze szkół teorię ewolucji. Z kolei Pan powiedział “Rzeczpospolitej”, że nie wierzy w tę teorię.
Mirosław Orzechowski: (…) Teoria ewolucji to kłamstwo, (…) pomyłka, którą zalegalizowano jako obowiązującą prawdę. (…) To w zasadzie luźna koncepcja niewierzącego starszego pana, który tak właśnie widział świat. Może dlatego, że był wegetarianinem i zabrakło mu ognia wewnętrznego. To smutne, a tego uczy się w polskiej szkole. (…) Ale są jeszcze inne kłamstwa. Następnym na przykład jest to, co nam długo wmawiano: że człowiek poczęty nie jest człowiekiem, tylko bezduszną zygotą… (…) Darwinizm był tylko motywacją intelektualną dla ludzi niewierzących, stał się paranaukową argumentacją dla nich. Tymczasem w chrześcijaństwie przetrwała 2000 lat inna koncepcja: kreacjonizm. To cywilizacyjna prawda, która płynie z wiary, jest powtarzana i niezakwestionowana od tysięcy pokoleń.
AP: Według pana należy teorię ewolucji usunąć z podręczników?
MO: (…) Należy rozpocząć rozmowę w tej sprawie. Ponieważ nieprawdy nie należy uczyć zamiast prawdy, tak jak zła zamiast dobra czy brzydoty zamiast piękna.
AP: A co się stanie z nauczycielami, którzy zgodnie z naukowymi kanonami będą uczyć teorii ewolucji? Niedawno dyrektor CODN stracił stanowisko, ponieważ dopuścił dyskusję o homoseksualizmie w szkołach…
MO: Właśnie! To jest najbardziej drastyczna postać kłamstwa: że dwóch osobników tej samej płci może założyć związek. To (…) niszczy naszą cywilizację. Nigdy nie przyłożę ręki do tego, żeby w szkole był podręcznik z radą: znajdź środowisko gejowskie, zaproś do klasy, to ono ci powie, jak łamane są prawa człowieka (…).
AP: Ale ten podręcznik tylko zachęcał do tolerancji i stawiał pytania, i…
MO: Ale czy może istnieć takie pytanie? Nie może! Ja reprezentuję pogląd cywilizacji, w której zostałem ukształtowany. Musimy dbać, żeby ta cywilizacja przetrwała.
AP: A gdzie miejsce na tolerancję światopoglądową?
MO: O, świat sobie już radził bez tolerancji i poradzi sobie dalej.

Jakimi metodami świat będzie radził sobie z “problemami” takimi jak ateizm, homoseksualizm czy ewolucjonizm, gdy ministerstwo wyruguje ze szkół tolerancję i dyskusje na tematy światopoglądowe? Cóż, życie nie lubi pustki, łódzka kuria zatem jako pierwsza w kraju uruchomiła właśnie cykl szkoleń dla pedagogów pod wiele mówiącym tytułem: “Rozeznawanie duchów i egzorcyzmy w procesie wychowania”. Z grubsza chodzi o to, by nauczyciel był w stanie zorientować się po zachowaniu ucznia, czy ten aby nie został opętany przez diabła. Jak donosi dzisiejszy “Dziennik”, szkolenia cieszą się niezwykłą popularnością wśród czujących skąd wiatr wieje łódzkich belfrów. Młodym gejom, lesbijkom i fascynatom biologii ewolucyjnej, którzy wylądują potem w ich klasach, szczerze współczuję.

Zresztą nie tylko im. Współczuję wszystkim aktualnie się uczącym, którzy za parę lat, kończąc podstawówki, gimnazja, a potem licea, dostaną świstki, które będą na świecie warte tyle, co świadectwa ukończenia szkoły koranicznej. Nie wierzę bowiem, by Francja, Niemcy czy Wielka Brytania za kilka lat nadal uznawały polskie matury, poświadczające nabycie przez ucznia wiedzy m.in. o tym, że Bóg stworzył świat w sześć dni sześć tysięcy lat temu, że homoseksualistów nie należy tolerować i że życie zygoty jest więcej warte niż życie potencjalnej matki. Wydane przez szkoły, w którym głównym sposobem rozwiązywania problemów młodzieży będą egzorcyzmy, dokumenty te wzbudzać będą na Zachodzie co najwyżej pusty śmiech.


Giertych kontra Darwin i spółka

13/10/2006

Nadchodzi czas ostatecznej rozprawy prawdziwych chrześcijan z pochodzącymi od Szatana, urągającymi dziełu Stwórcy naukami. Prawowierni staną do tej walki pod wodzą najwybitniejszego współczesnego biologa (za fakt, iż do tej pory nie otrzymał Nagrody Nobla, odpowiada ogólnoświatowy antypolski syjonistyczny spisek ewolucjonistów) i jednocześnie największego z duchowych spadkobierców Trofima Łysenki: profesora Macieja Giertycha. Na pierwszy ogień idzie najbardziej wulgarna herezja, jaką widziała Ziemia: teoria ewolucji. Ta, której autor, angielski bezwstydnik Karol Darwin, utrzymywał, że akt stworzenia nie miał miejsca, a człowiek pochodzi od małpy.

Jak w swych uczonych pracach udowodnił profesor Giertych, błędy Darwina (które, choć z uwagi na swą błędność i bezzasadność nazywane są teorią, dziś z wielką zajadłością wykładane są w europejskich szkołach) wzięły się z jednego właściwie źródła: z nieznajomości Biblii i prac teologów. W Piśmie Świętym bowiem jasno wyłożono, że żadna ewolucja zajść nie mogła, jako że Pan Bóg stworzył Ziemię w 3958 roku przed urodzeniem Chrystusa, wraz z wszystkimi szczątkami dinozaurów, pterodaktyli i neandertalczyków, które dziś znajdujemy i szacujemy na setki tysięcy lub miliony lat. A przecież jasne jest, że stworzenie czegoś, co wygląda na starsze niż jest, nie było dla Wszechmogącego najmniejszym problemem – kości przedpotopowych stworów nie mogą więc stanowić w tej materii żadnych dowodów. Inaczej jest z biblijną Księgą Rodzaju, której treść Pan Bóg podyktował Mojżeszowi osobiście. Co prawda nikogo przy tym nie było, ale przecież tak święty mąż jak Mojżesz chyba by nie skłamał…

W obliczu autorytetu Biblii i zdecydowania najmędrszego europosła, los rojeń Darwina jest już właściwie przypieczętowany. Jeśli nie w całej Europie, to przynajmniej w Polsce, której resort edukacji pod wodzą równie genialnego co ojciec Giertycha syna rozważa dogłębną chrystianizację programu nauczania. Zwłaszcza biologii, fizyki i geografii.

Czytaj resztę wpisu »


Coś dla ducha

16/09/2006

Mała reklama, ale słusznej sprawy. Od wczoraj trwa w Warszawie Festiwal Nauki. Jakby ktoś nie wiedział, jest to największa w Polsce impreza, na której naukowcy tłumaczą zwykłym zjadaczom chleba, jak się ten chleb piecze, trawi i co w trakcie trawienia w żołądku powstaje. Poza tym opowiadają o innych dramatach (których zatrzęsienie rozgrywa się w każdej sekundzie w nas i wokół nas) ku uciesze gawiedzi (która radośnie we wszystko wierzy, jako że dziwności płyną z ust tych, co naprawdę wiedzą, jak jest). I tak przez cały tydzień, do następnej niedzieli. Część świetnych wykładów już co prawda miała miejsce, niemniej zostało jeszcze kilka wartych wysłuchania.

Poniżej te, które z czystym sumieniem polecam i które bym bez wyjątku obejrzał i wysłuchał, gdyby doba miała ze sto godzin. Lokalizację i omówienia poszczególnych wykładów znajdziecie na stronie z programem. Te wytłuszczone po prostu muszę zobaczyć – zważywszy, że niektóre częściowo się pokrywają, ciekaw jestem, jak sobie poradzę.

Czytaj resztę wpisu »