Dziś wybory w kraju, od którego ambasadorów zależy podobno, kto może być w Polsce ministrem (a może nawet i premierem). Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że będą to pierwsze w XXI wieku wybory, które przegrają Republikanie.
Brygada Busha ledwie zipie w sondażach, głównie za sprawą przeciągającej się wojny w Iraku, która jak na razie chyba nikomu (poza wiceprezydentem Cheneyem, którego firma, Halliburton, zgarnęła ok. 55 procent ze środków na odbudowę Iraku) specjalnych korzyści nie przyniosła, wielkiego skandalu korupcyjnego (lobbysta Jack Abramoff w zamian za przepychanie odpowiednich ustaw załatwiał republikańskim politykom lukratywne wycieczki i utrzymywał m.in. żonę szefa Republikanów w Kongresie, Toma DeLaya) oraz dwóch skandali obyczajowych, które ostatnio wstrząsnęły wierchuszką amerykańskich konserwatystów. Co ciekawe, oba dotyczą miłości męsko-męskiej.

Bohaterem największej jak dotąd afery „miłosnej” był jeden z najbardziej znanych w Stanach Zjednoczonych konserwatywnych kongresmenów, Mark Foley. Niemal wszystko, co Foley robił w Kongresie przez ostatnie 11 lat, obracało się wokół walki z dziecięcą pornografią i wykorzystywaniem seksualnym nieletnich (czyli istot ludzkich poniżej 18 roku życia). Był przewodniczącym podkomisji ds. zaginionych i wykorzystywanych dzieci (House Caucus on Missing and Exploited Children) i autorem projektu ustawy, która zakazywać miała pokazywania nieletnich w mediach w jakichkolwiek sytuacjach wiążących się z seksem. Ustawa ostatecznie przepadła (ponoć za sprawą lobbingu Hollywood), jednak niezrażony kongresman wkrótce potem stał się współautorem tzw. Adam Walsh Child Protection and Safety Act. Na mocy tej ustawy, uchwalonej przez Kongres i podpisanej przez Busha 27 lipca b.r., w USA powstał jeden spójny centralny rejestr pedofilów, dzięki któremu każdy Amerykanin może sprawdzić sobie w Sieci, czy i (ewentualnie) ile dzieci zgwałcił jego sąsiad (nie, żebym kręcił nosem, jednak trochę boli, że z jakichś powodów także w Ameryce tylko pedofilów w ten sposób się wyróżnia – jakoś nikomu nie przychodzi do głowy tworzenie rejestrów złodziei, gangsterów czy zabójców, które moim zdaniem znacznie bardziej by się przydały). Poza tym na mocy Adam Walsh Act nigdzie w Stanach nie można już skazać osoby, która porwie dziecko, na mniej niż 25 lat i osoby, która z takim dzieckiem się prześpi, na mniej niż 30 lat. Nie muszę mówić, że za zwykłe zabicie dzieciaka pozbawione podtekstów seksualnych, można w niektórych wypadkach dostać znacznie mniej. Co kraj to obyczaj.
Niemały był zatem szok w Stanach, gdy się okazało, że wróg pedofilii nr 1 sam gustuje w… niepełnoletnich (czyli w mniej niż 18-latkach). Ba, nie tylko w niepełnoletnich, ale nawet w chłopcach. Do tego nie w zwykłych chłopcach, tylko w najzdolniejszych amerykańskich uczniach. W tych, którzy dostąpili zaszczytu paziowania w Kongresie.
Krótkie wyjaśnienie: jakkolwiek dziwne nam by się to wydawało, Kongres Stanów Zjednoczonych posiada własny korpus paziów (tak chyba wypada przetłumaczyć angielskie pages). Paziowie owi to wskazywani przez poszczególnych członków Kongresu młodzi (16-18 lat) ludzie obu płci, którym państwo amerykańskie w zamian za usługiwanie reprezentantom Narodu funduje prestiżowy pięciomiesięczny program stypendialny. W trakcie stypendium nastolatek zaznajamia się z arkanami polityki służąc jako asystent, dokumentalista lub goniec w organie ustawodawczym największego światowego mocarstwa. O sile uroku, jaki na ludzi rzucają wnętrza Kapitolu, świadczyć może fakt, iż wielu paziów po latach wraca do Izby Reprezentantów lub Senatu, już w charakterze kongresmanów. Nie od dziś jednak wiadomo, że obowiązki pazia nie zawsze ograniczają się do tego, co zapisano w dokumentach programu stypendialnego. Tzn. że paziowie czasami świadczą członkom Izby Reprezentantów usługi, których nie przewidzieli twórcy programu.
W 1983 dwóch kongresmanów: Republikanin Dan Crane i Demokrata Gerry Studds zostało oskarżonych o kontakty seksualne z 17-letnimi paziami. Paź Crane’a był płci żeńskiej, paź Studdsa – męskiej. Sprawa była dosyć gorąca, niemniej stanowić mogła co najwyżej preludium do tego, co miało nastąpić 23 lata później za sprawą Foleya.
Wszystko zaczęło się we wrześniu od maili, które powolutku wyciekały do prasy z różnych instytucji. W mailach tych 52-letni kongresman wypytywał szesnasto- i siedemnastolatków o szczegóły ich anatomii (zwłaszcza o organy płciowe) i domagał się zdjęć. Większość adresatów przechodziła nad listami od staruszka do porządku dziennego, część jednak – jak się okazało – informowała o tym kongresmanów, którzy ich polecili do programu. Ci dziś twierdzą, że o wszystkim donosili szefowi Izby Reprezentantów, Dennisowi Hastertowi, który – jak się okazuje – starannie tuszował, co trzeba.
Proceder trwałby do dziś (mimo że rozsyłane przez źródła powiązane z Demokratami maile Foleya trafiły do głównych redakcji i organizacji pożytku publicznego zajmujących się kwestią pedofilii), gdyby nie… blogi. Żadna z gazet, do której trafiły dokumenty nie była bowiem zainteresowana wzniecaniem skandalu (widząc w tym zapewne jakąś niejasną grę wyborczą), zwłaszcza że materiał dowodowy wydawał się nad wyraz słaby. Nawet organizacje gejowskie, do których trafiały materiały, trzymały język za zębami. W największej z nich, Human Rights Campaign, pracował jednak niejaki Lane Hudson, który po godzinach prowadził sobie bloga Stop Sex Predators. W mailach Foleya zobaczył materiał na ekstra notkę i szansę na gigantyczną promocję, po czym zrobił to, co każdy rasowy blogger zrobiłby na jego miejscu i tym sposobem 24 września świat poznał prawdę. Link do wpisu na Stop Sex Predators zrobił tak wielką furorę w Sieci, że sprawą zainteresowały się media „oficjalne”: cztery dni później o sprawie doniosła telewizja ABC, a za nią wszystkie pozostałe amerykańskie sieci. 29 września Foley zrezygnował z mandatu i z walki o reelekcję (przy okazji ogłaszając, że wszystkiemu winien alkohol, od którego od dawna jest uzależniony, i ksiądz katolicki, który go w dzieciństwie macał). Lane Hudson też stracił pracę: zwolniono go za wykradzenie poufnych materiałów nazajutrz po ich publikacji.
Skandal Foleya wstrząsnął Ameryką. W ciągu kilku tygodni ujawniło się kilkudziesięciu innych byłych paziów, których kongresman nagabywał drogą elektroniczną. Co więcej, w prasie i Internecie zaroiło się od zapisów czatów i maili, w których jurny staruszek kolejnym chłopakom składa coraz mniej moralne propozycje (próbki tutaj). Jakby i tego było mało, okazało się, że 10 lat temu inny republikański kongresman, Jim Kolbe, jeździł z paziami na campingi i na tych campingach dotykał nastolatków w miejsca intymne. Wszystko to Partia Słonia może by to jeszcze jakoś przeżyła, gdyby przy okazji nie wyszło na jaw, że w krycie Foleya, którego skłonności były wśród kolegów tajemnicą poliszynela, zaangażowani byli niemal wszyscy znaczący Republikanie w Izbie Reprezentantów. Ludzie, którym publicznie obrona rodziny i wartości moralnych nie schodzi z ust, okazali się, nie pierwszy raz i nie ostatni, bandą hipokrytów.
Amerykanie wszak nie takie rzeczy wybaczali swoim przywódcom, więc los Republikanów wcale nie wydawał się przesądzony, zwłaszcza że Demokraci bardzo się starali i dzisiejsze wybory przegrać (ekskandydat na prezydenta John Kerry przebił tu wszystkich strasząc kalifornijskich studentów, że jak nie będą się uczyć, to będą głupi i skończą jako amerykańscy żołnierze w Iraku). Niestety dla konserwatystów, prości obywatele postanowili wziąć sprawy w swoje ręce.
Jeden taki prosty obywatel, 49-letni (ale dobrze zachowany) Mike Jones, pojawił się 2 listopada w programie Petera Boylesa w nadającym w Denver radiu 630 KHOW. Opowiedział tam o swojej karierze męskiej prostytutki i o pewnym niezwykłym kliencie, z którym spotykał się przez ostatnie 3 lata.
Spotkania miały miejsce średnio raz w miesiącu. Mężczyzna przedstawiający się jako Art za każdym razem płacił 200 dolarów za około godzinę igraszek. – To był tylko stosunek fizyczny, bez żadnych uczuć – mówi dziś Jones. Aby spotęgować doznania, przed każdym stosunkiem Art wąchał metamfetaminę, jeden z najbardziej uzależniających i toksycznych narkotyków (jego używanie powoduje m.in. skrócenie drzewa neuronowego w ośrodkowym układzie nerwowym).
Prawdziwe nazwisko “Arta” Jones poznał, gdy zobaczył go w telewizji w programie poświęconym promowaniu poprawki do stanowej konstytucji, o której opowiemy potem. Okazało się, że jego klient to Ted Haggard, żonaty i dzieciaty 50-letni pastor, szef Kościoła Nowego Życia w Colorado Springs, przewodniczący Narodowego Stowarzyszenia Ewangelików (NSE) oraz… przyjaciel i doradca prezydenta Busha. NSE to największa i jednocześnie jedna z najbardziej konserwatywnych amerykańskich organizacji protestanckich. Zrzesza 52 Kościoły, łacznie posiadające przeszło 30 milionów wyznawców. Co więcej, jest to jedna z nielicznych dziś organizacji w Stanach, która bezwarunkowo popiera politykę administracji George’a Busha. Sam Haggard uchodził na nieformalnego doradcę prezydenta w kwestiach społecznych (mówiono nawet, że jako jeden z nielicznych ma do niego nie
mal całodobowy dostęp, on sam zaś żartował, że George W. Bush zgadza się z nim we wszystkim, prócz tego, jakim samochodem należy jeździć) i zagorzałego przeciwnika przyznawania homoseksualistom jakichkolwiek praw. Z drugiej strony słynął z wypraw do barów gejowskich w Denver, gdzie, posiłkowany przez współwyznawców, usiłował nawracać grzeszników i przekonywał do wstąpienia do swej kongregacji.
W telewizji Ted Haggard występował dosyć często, jednak głównie na kanałach, których Jones nie oglądał, czyli tam, gdzie udzielali się religijni kaznodzieje. W swych programach przekonywał m.in. do kreacjonizmu, jego Kościół bowiem optował – tak jak rodzina Giertychów – za literalnym odczytywaniem Biblii. Zważywszy, że nie można wykluczyć – przynajmniej dopóki i Giertychów na tę okoliczność się nie przebada – związku tych poglądów z wdychaną przed kolejnymi numerkami z Jonesem metamfetaminą, narkomani wybierający ten narkotyk powinni się dwa razy zastanowić nad tym, co czynią, o ile nie chcą na starość skończyć jak Ted Haggard lub Maciej Giertych.
Choć Jones znał tożsamość swojego klienta od czterech miesięcy, postanowił ją ujawnić dopiero parę dni przed zaplanowanym (razem z wyborami) na dziś referendum, w którym mieszkańcy Kolorado i siedmiu innych stanów mają zdecydować, czy w ich stanowych konstytucjach powinien znaleźć się zapis zabraniający małżeństw jednopłciowych (te na razie są w USA legalne tylko w Massachussetts). O taki przepis walczył od lat właśnie pastor Ted Haggard – poczuwający się do solidarności z innymi gejami Mike postanowił zatem pokazać światu, co to za ziółko.
Haggard (od którego Biały Dom natychmiast się odciął) początkowo zaprzeczył oskarżeniom, zapewniając, że zawsze był wierny swojej żonie i nigdy nie brał narkotyków. Jednak gdy Mike Jones przedstawił publicznie nagrane na swojej sekretarce automatycznej wiadomości głosowe od Haggarda dotyczące zarówno narkotyków, jak i zaplanowanych spotkań, pastor zmienił zdanie. Zrezygnował z przewodniczenia NSE i swemu Kościołowi, przyznając jednocześnie, że kupował od Jonesa narkotyki, ale nie uprawiał z nim seksu (dobrze to ukazuje, jaka jest hierarchia ciężkości grzechów u amerykańskich protestantów). Wczoraj, w niedzielnym liście do wiernych, przyznał się i do tego, przepraszając przy okazji wiernych za swe grzechy i ogłaszając, że bedzie dalej walczył ze swymi słabościami. Nie wątpię, że z równie spektakularnymi sukcesami.
Upadek Haggarda przypieczętował prawdopodobnie los Republikanów. Poparcie dla nich (23 punkty procentowe poniżej Demokratów) było wczoraj najniższe od blisko 30 lat i chyba nikt już nie liczy po tamtej stronie na zwycięstwo w dzisiejszych wyborach. Co niektórzy liczą najwyżej na uratowanie większości w Senacie (w tegorocznych wyborach wybiera się tylko 33 senatorów), właściwie jednak nawet to nie jest pewne.
Pozostaje zatem już chyba tylko modlitwa. Byle nie do Świętego Mikołaja.
