Koniec słodkiego lenistwa, wracam do pisania i podcastowania. Na początek (tudzież w ramach nagrody dla tych, co czekali) trzy “zostawwiadomości”…
Pierwsza o sztuce współczesnej, naszym polskim wstydzie i o tym, do czego twórca jest się w stanie posunąć, by zdobyć poklask i uwagę. W studiu, oprócz mnie i Bartka Panka, wygadana krytyczka Ewa Tatar i nieco mniej wygadany artysta Roman Dziadkiewicz. Dyskusja ostra i mocna (w trakcie kilka razy ocierałem się o śmierć ze śmiechu); polecam zwłaszcza fragmenty o malowaniu sobie publicznie penisa na biało-czerwono w celu zilustrowania… faktu, że się człowiek wstydzi (ech, ci artyści):
Druga rozmowa ze studentami na temat poboru, bardziej poważna, więc polecam tylko hardkorowym fanom:
Trzecia dyskusja, na temat singli we współczesnym świecie, dziś w Radiu BIS między 23 a 1. Znów zapewne uda się powiedzieć coś śmiesznego, zwłaszcza że z singlowaniem pożegnałem się ponad 7 wiosen temu. Zapraszam do słuchania i komentowania - tu i na stronie Biski.
Czwartkowa Bezpieczna Jedynka, a w niej Jerzy Zawartka, Marcjanna Melnarowicz, Katarzyna Matusz, nadkom. Zbigniew Urbański i moja skromna osoba. Choć generalnie przy takiej liczbie osób w studiu nie było mi dane wyżyć werbalnie, materiał i tak ciekawy - przede wszystkim ze względu na tematykę. Bo przyznacie, że w naszych mediach o morderstwach wieńczących czatowe randki nie mówi się na co dzień zbyt wiele…
Ostatnio nic się na tym blogu nie robi oprócz cytowania, dziś więc też będzie cytat, ale za to z medium, które tu cytowane jest nader rzadko (bo mnie jako komentatora nie rozpieszcza) - portalu Gazeta.pl:
- Jarosław Kaczyński, jak większość polityków, najpierw mówi, potem myśli. Podobnie, jak inni politycy, przywiązuje się też do niektórych powiedzonek. I gdy mu się spodobają, powtarza je - tak medioznawca i językoznawca Tomasz Łysakowski komentuje dla Gazeta.pl wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego o złych/dzikich/wilczych oczach Donalda Tuska. Zdaniem Łysakowskiego, Kaczyński swoim poziomem językowym nie odstaje od większości polityków, nie tylko polskich.
W opublikowanym dziś wywiadzie dla “Newsweeka” prezes PiS-u mówi: - Tusków jest dwóch. Można znać Tuska i widzieć w nim sympatycznego faceta, ale można też zobaczyć, że w pewnych sytuacjach wychodzi z niego coś niedobrego. Te dzikie oczy… Jego rząd to niedobrane bractwo.
Wczoraj z kolei, na konwencji PiS-u podsumowującej sto dni pracy nowego rządu, Jarosław Kaczyński - w odpowiedzi na podziękowania Tuska za potrzebną krytykę ze strony opozycji - mówił, że “ma nadzieję, że ta agresja, te złe oczy się skończą”. W kampanii wyborczej prezes PiS-u wspominał o “wilczych oczach” Tuska.
Czy agresywny język polityków PiS-u i Jarosława Kaczyńskiego nie wpływa na malejące poparcie dla jego partii? - Nie. Kaczyński przegrał, Tusk wygrał. Ze strony Platformy jest naturalna gotowość do wyrażania samozadowolenia, ze strony PiS-u - frustracja - mówi Łysakowski. - Wiadomo, że ataki wyjdą głównie ze strony opozycji.
Komentatorzy polityczni, podsumowując sto dni rządów Platformy, podkreślali, że jedną ze zmian realnie odczuwalnych po wyborach jest polepszenie stylu uprawiania polityki, co wiąże się również z językiem używanym przez polityków koalicji. Czy nie ma to wpływu na poparcie dla Platformy i spadek poparcia dla PiS-u, który - jak wskazują ostatnie wypowiedzi Kaczyńskiego - zdaje się podtrzymywać styl, jaki odrzucają wyborcy? - Nie. Spadek poparcia dla PiS-u to nie tyle kwestia języka, co tego, że ludzie nie popierają przegranych. a mamy do czynienia z partią, która przegrała wybory na własne życzenie - mówi Łysakowski. Jak dodaje, na sondaże może mieć wpływ też to, że rząd Platformy, choć nie zrobił jeszcze nic dobrego, nie zrobił również nic złego.
Jak podkreśla Łysakowski, język Jarosława Kaczyńskiego nie odstaje o języka reszty polityków. - Kaczyński nie wyróżnia się biorąc pod uwagę to, co u nas wygadują politycy, np. Janusz Palikot o prezydencie. Także za granicą standardy nie są lepsze: wystarczy porównać epitety, jakimi obrzucają się kandydaci w kampanii prezydenckiej w USA - mówi Łysakowski.
Rywalizacja - dlaczego tak bardzo ją cenimy we współczesnym świecie? Czy ma więcej wad czy zalet? Czy można bez niej żyć, a jeśli tak, to w jaki sposób?
Na te i inne pytania odpowiadałem prawie dwa tygodnie temu w “Lustrze” Julii Zabojszcz. Jak zwykle wrzucam rzecz z opóźnieniem, standardowo życząc mocnych wrażeń w trakcie słuchania:
Komu zaś tych wrażeń ciągle mało, niech zasiądzie dziś przed telewizorem o 10:50 i włączy Dwójkę. Tym razem w Pytaniu na śniadanie rozmawiamy o blogach i powodach ich pisania.
Dlaczego oglądanie scen przemocy i podejmowanie zachowań agresywnych jest dla sporej liczby ludzi (zwłaszcza mężczyzn) takie przyjemne? Badacze powoli odnajdują kolejne kawałki układanki, z której wynika, że nasz mózg traktuje agresję jako nagrodę, i reaguje na nią podobnie jak na jedzenie, seks i używki. Co więcej, natura nagradza ludzi agresywnych nie tylko (dostrzegalnym zwłaszcza w czasach historycznych i opisywanym już tu szeroko) większym sukcesem reprodukcyjnym, ale i (jak wskazują najnowsze badania) dłuższym życiem. Nic, tylko się kłócić – i oglądać jatki.
Najnowsze wiadomości z frontu badań ostatecznie pogrążają nasz wizerunek ludzi jako istot stworzonych do życia w zgodzie i harmonii. Choćby dlatego, że – jak się okazuje – ludzie ugodowi żyją statystycznie krócej. Naukowcy z University of Michigan upublicznili ostatnio wstrząsające wyniki trwających 17 lat badań na małżeństwach. Pokazują one, że w stadłach, w którym małżonkowie zamiast kłócić się, tłumią swoje emocje, ryzyko przedwczesnego zgonu jest aż dwukrotnie wyższe, niż w związkach, w którym partnerzy nie boją się głośno upominać się o swoje. Efekt był istotny nawet po uwzględnieniu takich czynników, jak wiek, waga, ciśnienie krwi czy nałogi.
Skąd aż taka różnica? Toż to raczej stres kojarzył nam się dotąd z krótszym życiem (ciśnienie, zawały, skłonność do sięgania po używki w celu rozładowania napięcia). Naukowcy badający problem często nie brali jednak do tej pory pod uwagę faktu, że nasze umysły ewoluowały w środowisku, w którym zachowania agresywne były korzystne, zwiększały bowiem szanse przetrwania organizmu, jak również szanse, że zostawi on liczne potomstwo. Nie było więc powodu, by w naszym mózgu nie wytworzyły się mechanizmy nagradzające za takie zachowania, mechanizmy, z których na ogół doskonale zdajemy sobie sprawę (któż nie czuje przyjemności, gdy dokopie wrogowi?). Dotyczy to oczywiście nie tylko ludzi – od dawna wiadomo, że odczucia te nie są obce np. myszkom. Dzięki pomysłowemu badaniu zespołu uczonych z Vanderbilt University (również USA), którego wyniki ogłoszono w tym tygodniu, wiemy zresztą wreszcie, dlaczego tak się dzieje.
Na internetowych stronach dziennika Polska dostępny jest już wywiad o studniówkach z piątkowego Magazynu, który przeprowadził (zgadnijcie z kim) Konrad Dulkowski. Wywiad dość obszerny, więc tradycyjnie przytaczam ciekawsze kawałki:
K.D.: Ludzie narzekają, że muszą się zapożyczać tylko po to, aby ich dorastające dziecko mogło pójść na bal studniówkowy. To jakiś chory przymus, (…) wyścig snobów: kto będzie miał droższą sukienkę albo kto w bardziej luksusowej restauracji zorganizuje zabawę. T.Ł.: Natura wyposażyła nas w mechanizm nieustannej walki o jak najlepszą pozycję w grupie. To pozostałość po czasach, gdy reputacja przekładała się na wymierne nagrody ewolucyjne. Ten, kto miał wyższą pozycję w stadzie, miał lepszy dostęp do pożywienia. Dłużej żył, miał więcej dzieci, a więc większą szansę przekazania dalej swych genów. Ponieważ dzisiaj zmieniły się warunki, w jakich egzystujemy, miejsce korzyści ewolucyjnych zajęły nagrody psychologiczne. K.D.: Takie jak satysfakcja, że udało nam się zostać królową czy królem studniówkowego balu. T.Ł.: A tym samym zdobyliśmy w grupie wyższy status. Przy czym każda płeć zdobywa go na swój sposób. Zacznijmy od tego, że pozycja społeczna zależy w dużej mierze od atrakcyjności seksualnej. Jednak inaczej oceniają ją kobiety, a inaczej mężczyźni.Udowodniono, że dla mężczyzny nie ma znaczenia, w co kobieta jest ubrana. Tak samo będzie mu się podobała (lub nie) naga, jak w stroju podkreślającym kształty. Natomiast w ocenie kobiet mężczyzna w garniturze jest znacznie wyżej oceniany niż ten sam, ale nagi czy w kombinezonie roboczym. Bo ubranie wskazuje na jego zamożność, a im więcej ma pieniędzy, tym lepiej będzie mógł zabezpieczyć potencjalne potomstwo. K.D.: Tylko co ma do tego studniówka? T.Ł.: Bale zawsze pełniły funkcję tańca godowego, choć dziś nie przekłada się to wprost na rozrodczość, a raczej na budowanie prestiżu. Dlatego kobiety idąc na bal, będą inwestować w kosmetyczkę i solarium, bo świeża, rumiana skóra jest oznaką zdrowia. Wyeksponują też cechy świadczące o innych zdolnościach reprodukcyjnych, jak np. stosunek obwodu talii do bioder. Mądrze uczynią, inwestując w sukienkę podkreślającą tę cechę, lecz już jej marka czy cena będzie zapewne dla partnera obojętna. Natomiast mężczyzna lepiej zrobi, gdy włoży markowy garnitur lub wynajmie limuzynę, by zawieźć swą partnerkę na bal. Przeczytaj resztę tego wpisu »
W “Życiu Warszawy” artykuł o pracodawcach, którzy coraz częściej odcinają pracownikom dostęp do YouTuba, Naszej Klasy lub innych serwisów, które nie wpływają zbyt korzystnie na wzrost wydajności przeciętnego Kowalskiego. Trudno odmówić sensu takiemu podejściu, zwłaszcza że sam wiem z doświadczenia, iż najlepiej pracuje się w trybie offline. W świecie, w którym zwykłe zerknięcie do googla może się skończyć napisaniem nowej notki i piętnastu komentarzy, trzeba być dla siebie bezlitosnym - lub przynajmniej liczyć na to, że ktoś dla nas taki będzie. Dlatego gdy wczoraj zadzwoniła do mnie Anna Wittenberg z prośbą o komentarz, nie miałem nawet cienia wątpliwości:
AW: Surfowanie w internecie zabiera nam coraz więcej czasu. Także w pracy. Czy blokowanie przez pracodawcę stron www jest szansą na odzyskanie pracownika? TŁ: Pracownicy, którym zablokuje się jedną stronę internetową, bardzo szybko przerzucą się na inne witryny. Sieć pełna jest blogów, serwisów społecznościowych i innych interesujących miejsc. Jeśli pracodawca naprawdę chciałby ograniczyć podwładnym czas korzystania z internetu, powinien odblokować tylko te strony, z których pracownik może korzystać. AW: Ale w wielu branżach nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jakie witryny będą nam potrzebne… TŁ: No właśnie. Dlatego znacznie bardziej skutecznym rozwiązaniem jest na przykład prowadzenie ewidencji stron internetowych, na które wchodził pracownik. Monitorowanie aktywności wprowadza psychologiczne samoograniczenie. AW: Załóżmy, że uda nam się oderwać od internetu. Czy przeglądania stron nie zastąpi wychodzenie na kawę ze współpracownikami? TŁ: Osoby, z którymi spotykamy się na co dzień, zazwyczaj nie są dla nas tak atrakcyjne jak nowe witryny. Kawa z panią Kasią czy panią Marysią staje się po prostu nudna.
Nudna, gdyż nasze zmysły wyewoluowały tak, że uwielbiają nowe bodźce. W środowisku pierwotnym wzmagało to zachowania eksploracyjne i ułatwiało przetrwanie. W dobie globalnej Sieci z miliardem stron staje się to naszym przekleństwem.
Zaległe, obiecane już na tamtą niedzielę “W dobrym tonie” (VOX FM) o chodzeniu po kolędzie. Czyli niepowtarzalna szansa usłyszenia mnie w jednym studiu z prawdziwym księdzem (ba, nawet misjonarzem). Słuchać uważnie, bo może się nie powtórzyć.