Odszedł Maciej Rybiński

22/10/2009

rybaJak już kiedyś stwierdziłem, nienawidzę pisać nekrologów. Co innego zresztą wypocić coś o filozofie, który – jak to filozof – w życiu napisał dawno temu garstkę sensownych rzeczy (a wcześniej i później znacznie więcej bzdur), a co innego – podsumować dorobek jednego z najwybitniejszych współczesnych publicystów, człowieka, którego artykuły i felietony więcej dają wglądu w dzisiejsze życie publiczne w Polsce niż wszystkie opasłe podręczniki politologii razem wzięte. Poprzestanę zatem na zacytowaniu równie trafnego, co pięknego zdania z komentarza do ostatniego, pośmiertnego wpisu na rzepowym blogu Rybińskiego:

Miał wszelkie dane ku temu, by być przewodnikiem stada, problem w tym, że stado podążało (i podąża nadal) nie za nim, ale za jakimiś baranami…


Sztuka wstawania

22/10/2009

Zupełnym przypadkiem zdarzyło mi się ostatnio wylądować w łóżku z Odetą Figurską Moro. Oraz Jerzym Petersburskim. Żeby było jeszcze ciekawiej, z obojgiem naraz. Niestety, łóżko nie wytrzymało i zarwało się pod ciężarem stresu, na skutek czego główna część interakcji musiała odbyć się przy stole:


Strach się nie bać

20/10/2009

Co to jest strach? Czym się różni od lęku, a czym od fobii? Dlaczego dla naszych przodków bardziej opłacalne było uciekać przed wężem niż go gonić? Dlaczego dziś bardziej boimy się pająków niż motocykli na jezdni i mamy większe opory przed lotem samolotem bardziej niż przed jazdą samochodem, nawet jeśli wiemy, że motocykl i samochód statystycznie mają wielokrotnie większą szansę pozbawić nas życia niż pająk czy samolot? Odpowiedź nie jest trudna – w sobotę w Radiu Euro zabrała mi tylko 15 minut:


Dziennikarstwo obywatelskie, vol. 3

08/10/2009

Znów dyskusja o dziennikarstwie obywatelskim, tym razem w TOK FM. Pytania zadaje Ewa Podolska, a w studiu oprócz mnie Ewa Krzysiak i Przemysław Trubalski – obydwoje z Wiadomosci24.


Słodycze źródłem agresji

02/10/2009

Dając dziecku cukierka, zwiększasz szanse, że wyrośnie na chama lub przestępcę – tym zdaniem, które na niejednego rodzica podziała jak zimny prysznic, można podsumować wyniki badania zespołu dr. Simona Moore’a, które publikuje październikowy British Journal of Psychiatry.

Zespół z Uniwersytetu w Cardiff przebadał w latach siedemdziesiątych 17 500 dziesięciolatków. Dzieci podzielono na dwie grupy w zależności od deklarowanego spożycia słodyczy: te w pierwszej jadły cukierki codziennie, te w drugiej dostawały je rzadziej. W kolejnej turze badania, którą przeprowadzono w latach 2000-2009, sprawdzono, jaki odsetek przebadanych miał w wieku 34 lat za sobą wyrok skazujący za przestępstwo związane z użyciem przemocy. Następnie poszukano korelacji.

I tu niespodzianka. 69 procent skazanych okazało się bowiem byłymi łasuchami, podczas gdy w grupie nieskazanych ci, którzy w dzieciństwie dostawali co dzień cukierki, stanowili tylko 42 procent. Oczywiście, w obu grupach “słodyczowych” przeważali nieskazani (tak jak przeważają w całym społeczeństwie) – duża różnica między skazanymi i nieskazanymi była jednak – biorąc pod uwagę liczebność próby – istotna statystycznie.

Teraz pozostaje znaleźć teorię, która by to tłumaczyła (i, jak każda teoria naukowa, dawała w przyszłości podobne wyniki). Faworytką zespołu Moore’a jest teoria uczenia się, z naciskiem na uczenie się umiejętności oczekiwania na odroczoną gratyfikację (naukowa nazwa na zjawisko z pogranicza pokory, cierpliwości i zdolności do inwestowania). Ogólnie chodzi w niej o to, że gdy ktoś w dzieciństwie przyzwyczai się do tego, że różne rzeczy dostaje bez wysiłku i czekania, w życiu dorosłym będzie reagował agresywnie, gdy nie dostanie tego, co chce, albo gdy będzie musiał na to czekać. W efekcie zabierze to sobie siłą, ukradnie po kryjomu, pobije posiadacza lub – w ostateczności – wyładuje się na osobie trzeciej.

Na dobrą sprawę w zależność może być uwikłany także jakiś czynnik trzeci. Dzieci, które dostawały słodycze, mogły być generalnie bardziej rozpieszczane (cukierki nie są wtedy przyczyną, ale objawem drugiej zmiennej, którą stanowi rodzic spełniający wszelkie zachcianki swej pociechy) i to właśnie to (a nie samo pochłanianie węglowodanów czy czekanie na nagrody) mogło sprawić, że są dziś bardziej egotyczne i narcystyczne – od czego już tylko krok do agresji w stosunku do tych, którzy nie dostrzegają ich doskonałości. Z drugiej strony przekarmione czekoladkami dziecko miało większe szanse na nadwagę w życiu dorosłym, ta zaś w naszej ceniącej szczupłą sylwetkę kulturze może wywoływać frustrację, od której tylko krok do agresji… Te dwie teorie przychodzą do głowy jako pierwsze, ale przecież nie można wykluczyć także jakiegoś delikatnego związku między poziomem glukozy lub serotoniny (najedzone czekoladkami maluchy średnio były pewnie bardziej zadowolone od swych rówieśników) w mózgu w dzieciństwie, a późniejszym poziomem neuroprzekaźników lub budową synaps.

Na razie wiadomo więc tyle, że na dobrą sprawę nic nie wiadomo. Poza, oczywiście, tym, że jedzenie słodyczy za młodu zwiększa prawdopodobieństwo, że w sile wieku trafi się za kratki.


Feudalizm

01/10/2009

Jeszcze raz o Polańskim, ale tym razem nie tylko o nim. Punktem wyjścia niech będzie felieton Macieja Rybińskiego w dzisiejszym “Fakcie”, którego fragmentu – mimo jego niewielkiej odkrywczości – grzechem byłoby tu nie zacytować:

Cała dyskusja wokół więzienia Polańskiego, te histeryczne reakcje części elit są znakomitą ilustracją faktu, że duchowo nasze społeczeństwo jest w dalszym ciągu feudalne. Jego najświatlejsze, mogłoby się wydawać, jednostki myślą kategoriami feudalizmu, w którym drabina społeczna polegała między innymi na tym, że poszczególne stany miały rożne prawa i odmienne obowiązki w jego przestrzeganiu. Co bardzo ładnie ilustruje pradawne przysłowie – co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie.

Zapewne nieoczekiwanie dla samego autora, życie rozszerzyło dziś sens tych słów, gdy premier Tusk i minister Czuma stanęli w południe murem za Zbigniewem Chlebowskim. W końcu w hierarchii feudalnej szef klubu PO stoi znacznie wyżej niż, dajmy na to, taki prezydent Sopotu.


I Woody Allen też…

01/10/2009

Epilog do wczorajszej rozprawki, czyli rozmowa, z której dowiedziałem się, że Roman Polański to nie jedyny hollywoodzki reżyser z trzynastolatką na sumieniu:


Socjobiologia seksu z nastolatką

30/09/2009

Nic tak nie kręci ostatnio mediów w Polsce, USA i Francji, jak seks dorosłego mężczyzny z trzynastoletnią dziewczynką. Wszystko za sprawą bardzo znanego reżysera, któremu na starość przychodzi odpowiedzieć za pewien grzech młodości (jeśli można tak nazwać okolice czterdziestki). Z tej okazji opowiemy dziś sobie o tym, co dokładnie ciągnie niektórych statecznych, ustawionych panów w sile wieku do podlotków – i dlaczego.

Nim przejdę do właściwych rozważań, pragnę jednak wyraźnie zaznaczyć, że żadna część tego wpisu nie ma na celu obrony tych, którzy dopuszczają się z nieletnimi czynów zagrożonych sankcją prawną. Wbrew temu, co na filmach amerykańscy adwokaci próbują wmówić sędziom przysięgłym, zrozumieć to wcale nie znaczy usprawiedliwić. Mogę doskonale rozumieć motywy X-a, który napadł na bank (chciał być bogatszy), za plecami żony związał się z kochanką (rozpowszechniona wśród wielu gatunków skłonność samców do kumulacji samic) czy jako polityk załatwił swojej córce intratną posadę w państwowym przedsiębiorstwie (biologiczny imperatyw dbania o własne geny), ale to wcale nie znaczy, że mam ich traktować bardziej pobłażliwie. Większość ludzi chciałaby mieć dużo pieniędzy, co jednak wcale nie przekłada się u nich na okradanie banków; gros mężczyzn lubi seks – ale to nie znaczy, że kopulują z każdą chętną kobietą i gwałcą każdą, która stawia opór. Jeśli ktoś powyższych hamulców nie ma, powinien ponosić tego konsekwencje (choć zupełnie innym problemem jest tu adekwatność kary: już Rzymianie wiedzieli, że chcącemu nie dzieje się krzywda, zatem ściganie Polańskiego przez pół życia za czyn, co do którego ciężko nawet stwierdzić, czy ofierze – dla której nie był to pierwszy stosunek i którą reżyserowi na seks podesłała własna matka – w jakikolwiek sposób zaszkodził, może się niektórym wydawać absurdem; tylko że – tu uwaga do artystów i ludzi kultury – jak nam się jakiś przepis prawny nie podoba, warto go zwalczać w ogóle, a nie wyłącznie wtedy, gdy za jego naruszenie przymkną nam kolegę).

Dla psychologa ewolucyjnego ludzie są przede wszystkim zwierzętami. Jak wszystkie inne zwierzęta mają więc genetycznie zakodowane instynkty, sprawiające, że odczuwają głód, kiedy organizmowi zaczyna brakować energii (lub przynajmniej gdy do mózgu dochodzą – nie zawsze prawdziwe – informacje, że zgromadzonym w postaci tłuszczu zasobom energii grozi wyczerpanie), pragnienie (gdy mózg uznaje, że w organizmie jest za mało płynów), czy zmęczenie i senność (gdy mózg lub reszta organizmu potrzebują regeneracji). Jednym z takich instynktów jest popęd do rozmnażania się – niezmiernie ważny, gdyż tylko dzięki niemu człowiek jest w stanie przekazać dalej swój materiał genetyczny.

Teraz parę słów o wymaganiach i preferencjach, jakie mężczyźni historycznie (nasze potrzeby seksualne nie ukształtowały się wczoraj – odpowiadają za nie miliony lat doboru naturalnego na afrykańskich stepach) wykazywali w stosunku do potencjalnych partnerek, tak w związkach stałych, jak i przelotnych. Zgodnie zarówno z dzisiejszą wiedzą psychologów ewolucyjnych, jaki i z sądami potocznymi, nie są one zbyt skomplikowane, ba, na rynku nie brakuje też przystępnie napisanych podręczników akademickich (“Psychologia ewolucyjna” Davida M. Bussa, “Kobiety i mężczyźni: Odmienne spojrzenia na różnice” Bogdana Wojciszkego), jak i publikacji popularnonaukowych (“Ewolucja pożądania” Bussa, “Mózg i płeć” Debory Blum, “Geny a charakter” Deana Hamera, “Czerwona królowa” Matta Ridleya), których twierdzenia w interesującej nas materii pozwolę sobie tu pokrótce streścić.

Zatem od początku: to, co najbardziej wpływa na postrzeganą atrakcyjność kobiety w oczach mężczyzny, to według socjobiologów przede wszystkim szeroko rozumiane wyznaczniki zdrowia i płodności przyszłej partnerki – cechy, które miały mężczyznę upewnić, że kandydatka na żonę lub partnerkę urodzi mu dużo dzieci. Jak pokazują badania międzykulturowe zespołu Bussa, mężczyźni w wielu zróżnicowanych społecznościach zwracają uwagę przede wszystkim na takie cechy potencjalnej partnerki, jak budowa ciała, piersi, bioder, czy (uwaga!) sygnały świadczące o wieku kobiety.

Psychologowie ewolucyjni nie mają problemu z określeniem przyczyn tego zjawiska. W naszej ewolucyjnej przeszłości, aby mężczyzna mógł odnieść sukces reprodukcyjny (czyli jak najwydajniej przekazać dalej swe geny), potrzebował kobiety zdolnej do urodzenia maksymalnej liczby dzieci. Śmiało można powiedzieć, że w społeczeństwach pierwotnych czy nawet znanych nam pierwszych cywilizacjach, im więcej potomstwa kobieta mogła wydać na świat, tym większa była jej wartość na rynku matrymonialnym – czy, jakbyśmy dziś powiedzieli, wartość rozrodcza. Trudno zaś nie zauważyć, że np. trzynastolatka ma wyższą wartość rozrodczą niż trzydziestolatka – ta pierwsza ma przecież przed sobą czas na urodzenie statystycznie większej liczby dzieci. Dlatego nie dziwi nikogo, że zanim ludzkość wpadła na pomysł, że dobro dziecka należy chronić także w sferze seksualnej, związki takie jak małżeństwo dorosłego Jagiełły z dwunastoletnią Jadwigą, uznawano za absolutną normę.

Dokładne wytyczne, jakie w mózgach większości mężczyzn zakodowały geny w materii wyboru partnerki, skrupulatnie wyliczył Steven Pinker w “Jak działa umysł”:

Czego powinni szukać mężczyźni u kandydatki na żonę? Pomijając wierność, która jest gwarancją ich ojcostwa, kobieta powinna być zdolna do urodzenia tylu dzieci, ile to możliwe (tak zostały skonstruowane nasze skłonności: nie znaczy to jednak, że mężczyźni dosłownie chcą mnóstwa niemowlaków). Powinna być płodna, co znaczy, że powinna być zdrowa i dojrzała, ale przed okresem przekwitania. (…) W małżeństwie liczy się, ile potomków mąż może oczekiwać od żony na dłuższą metę. Ponieważ kobieta może urodzić i wykarmić piersią jedno dziecko co kilka lat, a liczba jej płodnych lat jest ograniczona, im młodsza panna młoda, tym większa przyszła rodzina. Dotyczy to nawet najmłodszych żon, mimo że nastolatki są nieco mniej płodne niż kobiety po ukończeniu dwudziestego roku życia.

Co znamienne, zaraz potem zauważa Pinker, że ta potępiana i wyśmiewana skłonność mężczyzn do młodszych partnerek przewrotnie wynika… z faktu, że ludzkie samce partycypują w opiece nad potomstwem:

Jakby na przekór teorii, że „mężczyźni są szujami”, zamiłowanie do powabnych młodych dziewcząt mogło ewoluować w służbie małżeństwa i ojcostwa, a nie przygodnych romansów. Wśród szympansów. gdzie rola ojca kończy się wraz z kopulacją, niektóre z najbardziej pomarszczonych i obwisłych samic są najbardziej seksowne.

Jednostkowe przypadki nie musiały, oczywiście, potwierdzać statystyki ogólnej. Wystarczyło jednak, by mężczyźni wiążący się z młodszymi kobietami zostawiali choćby trochę więcej dzieci niż ci wolący panie dojrzałe, by w perspektywie dziesiątków i setek tysięcy lat to ich geny wygrały i zdominowały populację.

Tym, którzy chcieliby wyliczance Pinkera zarzucić, że to wyjaśnianie ex post, psycholog ewolucyjny David Buss podaje w “Psychologii ewolucyjnej” dalsze dowody pośrednie:

Po pierwsze, mężczyźni odpowiadający na ogłoszenia matrymonialne częściej są zainteresowani tymi kobietami, które deklarują, że są młode i atrakcyjne fizycznie. Po drugie, mężczyźni na całym świecie poślubiają kobiety średnio o 3 lata od nich młodsze; mężczyźni, którzy rozwodzą się i żenią powtórnie, wybierają jeszcze młodsze kobiety. Średnia różnica wieku przy powtórnym małżeństwie wynosi 5, a przy trzecim – 8 lat. Po trzecie, kobiety poświęcają dużo energii na poprawienie swojego wyglądu, co świadczy o tym, że męskie preferencje wpływają na ich zachowanie. Po czwarte, kobiety w walce z rywalkami posługują się często takimi metodami, jak kwestionowanie ich urody (…). Metody te są skuteczne, ponieważ godzą w czuły punkt męskich oczekiwań względem stałej partnerki.

Oczywiście, jak zauważa ten sam autor w „Ewolucji pożądania”, dana nastolatka może okazać się bezpłodna i nie urodzić żadnego dziecka, a trzydziestopięciolatka mimo swego wieku może jeszcze wydać na świat przynajmniej pół tuzina potomków. Statystycznie jednak wśród naszych przodkiń liczba potencjalnych dzieci odwrotnie korelowała z wiekiem i nasi praojcowie musieli to brać pod uwagę. W każdym razie ci, którzy nie brali, nie są naszymi praojcami.

Rzeczywista wartość rozrodcza kobiety ma jednak to do siebie, że nie jest wprost zauważalna. Kobieta wyglądająca na młodą i zdrową może być w istocie bezpłodna lub rodzić dzieci z obciążeniami genetycznymi. O wszystkim tym mężczyzna nie może się dowiedzieć z jej wyglądu – czasami nie wie o tym sama kobieta. Niemniej, jak dodaje Buss, nasi przodkowie musieli polegać na jakichś pośrednich i łatwo dostrzegalnych wskazówkach co do rzeczywistej zdolności reprodukcyjnej kobiety. Najlepszymi kandydatami na takie wskaźniki były zaś młodość i zdrowie. Nawet dziś kobieta stara czy chora ma znacznie mniejsze szanse na wydanie na świat potomka niż młoda i zdrowa. W czasach naszej ewolucyjnej historii szanse kobiet starszych (co wtedy oznaczało przekroczenie 30-tki) czy chorych, zarówno na potomstwo, jak i na samo przeżycie, były tymczasem drastycznie mniejsze mniejsze niż współcześnie. Trudno się w takim razie dziwić, że nasi praojcowie na partnerki seksualne brali je w ostatniej kolejności.

Jak się to wszystko jednak ma do sprawy Polańskiego – zapytasz zapewne czytelniku – skoro wiemy, że reżyser nie spółkował z nastolatką po to, żeby mieć potomstwo, ba, podjął nawet pewne środki zaradcze (seks analny), by tego uniknąć. Tu znów wkracza Pinker, który – tym razem w kultowej książce “Tabula rasa: Spory o naturę ludzką” – bardzo przystępnie wyjaśnia to, przechodząc od genów do błyskotliwej teorii bliższych i dalszych celów adaptacyjnych:

Wszystko to nie oznacza, że ludzie w sensie dosłownym dążą do kopiowania swoich genów. Gdyby nasz umysł działał w taki właśnie sposób, to mężczyźni ustawialiby się w kolejkach do banków spermy, a kobiety płaciłyby za możliwość oddawania własnych komórek jajowych bezpłodnym parom. Można jednak wnioskować, że dziedziczne systemy służące do uczenia się, myślenia i odczuwania mają taką konstrukcję, jaka na ogół sprzyjała przetrwaniu i bardziej skutecznej reprodukcji w środowiskach, w których ewoluowali nasi przodkowie. Ludzie lubią jeść, a w świecie pozbawionym barów szybkiej obsługi motywowało ich to do odżywiania się, nawet jeśli nigdy nie myśleli o jedzeniu w kategoriach jego wartości odżywczej. Ludzie uwielbiają seks i kochają dzieci, a w świecie, w którym nie znano antykoncepcji, te upodobania wystarczyły, aby geny mogły same zatroszczyć się o siebie.
Różnica między mechanizmami, które w danej chwili (w czasie rzeczywistym) popychają organizmy do działania, a tymi, które kształtowały organizmy w toku ewolucji, jest tak istotna, że doczekała się naukowego nazewnictwa. Przyczyna bliższa (proximate cause) to mechanizm uruchamiający konkretne zachowania w czasie rzeczywistym, na przykład głód czy pożądanie, które popychają ludzi do jedzenia i uprawiania seksu. Przyczyna dalsza (ultimate cause) to motyw adaptacyjny, leżący u źródeł danej przyczyny bliższej, na przykład potrzeby odżywienia organizmu i rozmnażania się, pod których wpływem ewoluowały w nas popędy głodu i pożądania seksualnego. Rozróżnienie między przyczynami bliższymi a dalszymi jest niezbędne do tego, abyśmy mogli zrozumieć samych siebie, wyznacza ono bowiem odpowiedź na wszelkie pytania typu: „Dlaczego ten człowiek postąpił w taki, a nie inny sposób?” Rozważmy prosty przykład. Na poziomie przyczyn dalszych ludzie uprawiają seks, żeby się rozmnażać (bo przyczyną dalszą współżycia seksualnego jest reprodukcja), ale na poziomie przyczyn bliższych mogą robić wszystko, co w ich mocy, żeby nie doszło do zapłodnienia (bo przyczyną bliższą uprawiania seksu jest przyjemność).

I tyle o jawnych i ukrytych motywach Polańskiego, gdy zrywał trzynastoletni owoc. O intencjach i motywach samego owocu napiszę już wkrótce.


Tragedia górników i żałoba narodowa

21/09/2009

Jak przewidywalne i powtarzalne są tematy w polskich mediach? Tak, że aż żal bierze – niestety, bez najmniejszego związku z żałobą. Ten materiał nagrałem prawie 3 lata temu, a na najnowszą po dożynkach imprezę prezydenta pasuje jak ulał. Łącznie z pytaniami: nawet odpowiadałem już dziś na identyczne (i to prawie identycznie!) w pewnym radiu…


Dzień bez… sensu

19/09/2009

Krótki wywiad z “Życia Warszawy” gwoli uczczenia obchodzonej w tych dniach serii świąt propagandowo-ekologicznych. Tradycyjnie uzupełniony o to, co z wypowiedzi nie zmieściło się w gazecie:

Piotr Szymaniak: W najbliższy weekend przypada kolejna edycja akcji „Sprzątanie świata“. We wtorek następny Dzień bez Samochodu. Czy takie akcje mają sens?

Tomasz Łysakowski: To zależy. Tego typu inicjatywy można podzielić na dwie grupy: potrzebne i pożyteczne oraz te modne, ale [zbędne, a czasami] wręcz szkodliwe. Choćby akcja „Godzina dla ziemi“, w której wyłączamy urządzenia elektryczne. Przecież gdyby wszyscy się do tego szalonego pomysłu zastosowali, to straty [energii, wywołane] przez ogromne skoki napięcia, byłyby o wiele większe [od tego, co udało by się zaoszczędzić, wyłączając nawet miliony urządzeń]. Albo Dzień bez Internetu, Samochodu czy Telefonu Komórkowego. Wszystko to ma znaczenie symboliczne, bo mieszkając we współczesnym dużym mieście, trudno się jednak bez tych przedmiotów obejść [dłużej niż przez kilka godzin. Większość tych, którzy dadzą się przekonać do obchodzenia tych świąt - które, nawiasem mówiąc, nie są niczym innym niż ekologiczną wersją znanych innym religią postów i ramadanów - po odbębnieniu "Dnia bez..." i tak wróci do używania komórki, internetu czy elektryczności. Choćby dlatego, że współczesnym ludziom wynalazki te są potrzebne do życia i pracy; na dobrą sprawę równie mocno, co jedzenie czy powietrze]. Natomiast akcje takie jak „Sprzątanie świata“ czy Dzień bez Papierosa mogą być pożyteczne.

PSz: Jednak z chwilą, gdy sprzątanie świata się skończy, śmieci znowu zaczną wędrować do lasu.

: Zgadza się. Ale przez czas trwania tej akcji trochę tego lasu posprzątamy. To już plus. Poza tym zawsze znajdzie się jakaś osoba, która sobie uświadomi, że zamiast się tak męczyć, zbierając te góry odpadów, można by po prostu nie śmiecić. Tak samo jest z palaczami. Osobiście znam kilka osób, które przestały palić po Dniu bez Papierosa. Nie znaczy to wcale, że akcja ma tak olbrzymią moc sprawczą, by skruszyć serce nałogowca (osoby te z takim zamiarem nosiły się już wcześniej), ale dała brakujący bodziec.