Tomasz Łysakowski

08/03/2009

Dzień Kobiet

Zaszufladkowany do: Media, Psychologia — Tomek Lysakowski @ 23:39

O płci i róznicach międzypłciowych dyskutowałem już w radiu wielokrotnie, nigdy wszakże nie padło przy tym pytanie, jak bym się czuł i co bym robił, gdybym był kobietą. Lecz cóż począć, nie każdy kanał radiowy jest tak liberalny i wyzwolony, jak publiczna Jedynka, i nie każdy cykl programowy tak odważny i bulwersujący, jak “Studio młodych” Dominiki Jenc…

 

11/12/2008

W obronie stymulantów

Zaszufladkowany do: Medycyna, Nauka — Tomek Lysakowski @ 1:13

Numer „Nature” z tego tygodnia przejdzie do historii, głównie ze względu na szeroko komentowany artykuł, w którym grupa mniej lub bardziej znanych neurobiologów i neuroetyków przełamuje zmowę milczenia wokół “cięższych” dopalaczy. Dla niezorientowanych: chodzi o leki takie jak Adderall i Ritalin, legalnie dostępne w Stanach na receptę jako lekarstwa dla chorych na ADHD. Od dawna wiadomo jednak, że ich użycie poprawia pracę umysłu i zdolności poznawcze także osób zdrowych, co ponoć odkryli jako pierwsi lekarze pracujący w szpitalach na więcej niż jedną zmianę. Mimo faktu, że obrót tymi środkami w celach innych niż medyczne pozostaje w Stanach Zjednoczonych przestępstwem federalnym, masowo używają ich dziś i gwiazdy estrady, i menedżerowie, i – last but not least – studenci. Dość wspomnieć, że sięganie po leki psychostymulujące deklaruje w ankietach 7 procent amerykańskich żaków. Co więcej, badacze przypuszczają, że rzeczywiste liczby mogą być kilkakrotnie wyższe: na niektórych uniwersytetach do używania wspomnianych środków przyznaje się nawet co czwarty student, z roku na rok rośnie też liczba osób nieukrywających tego, że stymulują w ten sposób swój aparat poznawczy. Na marginesie przypomnijmy, że równolegle od dawna funkcjonują na rynku “lżejsze” dopalacze: kawa i napoje energetyzujące, których – mimo niewątpliwego działania psychostymulującego – można bez nadzoru policji wlewać w siebie litry dziennie.

Do tej pory doniesienia na wspomniany temat (także w Polsce, gdzie np. krucjatę przeciwko sklepom z psychostymulantami prowadziła niedawno w swoich gazetach i czasopismach Agora S.A.) pełne były bicia na alarm i apokaliptycznych wizji. Tym razem badacze podeszli do sprawy znacznie spokojniej i jasno stwierdzili, że – wbrew temu, co usiłują nam wmówić goniący za sensacją dziennikarze – nie ma jak do tej pory badań, które jasno stwierdzałyby szkodliwość umiarkowanego podwyższania sobie (enhancement) wydajności pracy mózgu. Oczywiście pomijając sytuacje przedawkowania, na które jednak jesteśmy w tym samym stopniu narażeni w przypadku legalnych substancji, takich jak nikotyna czy kofeina.

Autorzy artykułu zgadzają się, że wspomagacze umysłu to nowa jakość – nienaturalny środek, dzięki któremu współcześnie nasz mózg może działać w sposób, o jakim nie śniłoby się naszym przodkom. Według nich takich nowinek technicznych mamy wokół siebie mnóstwo, i jakoś na ogół nie potępiamy ich w czambuł, nie mówiąc już o racjonowaniu do nich dostępu. Przykładem choćby Internet, który umożliwia nam gromadzenie, przetwarzanie i dostęp do informacji na niespotykaną wcześniej skalę. Przed wynalezieniem komputera osobistego człowiek musiał pamiętać praktycznie każdą informację, z którą w życiu się zetknął, ewentualnie znać do niej drogę, np. miejsce książki w bibliotece i stronę, na której informacja była dostępna. Dziś wystarcza nam wyszukiwarka i umiejętność selekcji danych, które wyszukiwarka wypluje. Nic dziwnego, że czas odnalezienia potrzebnej informacji dla współczesnego człowieka jest znacznie krótszy niż dla kogoś, kto żył choćby 100 lat temu – a wszystko to dzięki rewolucji technologicznej.

Według badaczy, leki psychostymulujące powinniśmy zacząć traktować w podobny sposób – jako środki pozwalające nam na skróty osiągnąć efekt, który naszym przodkom zabierał znacznie więcej czasu, stresu, wysiłku i innego rodzaju inwestycji, które w dobie dopalaczy stają się po prostu zbędne:

We are all aware of the abilities to enhance our brains with adequate exercise, nutrition and sleep. The drugs just reviewed, along with newer technologies such as brain stimulation and prosthetic brain chips, should be viewed in the same general category as education, good health habits, and information technology — ways that our uniquely innovative species tries to improve itself.

Of course, no two enhancements are equivalent in every way, and some of the differences have moral relevance. For example, the benefits of education require some effort at self-improvement whereas the benefits of sleep do not. (…) The opportunity to benefit from Internet access is less equitably distributed than the opportunity to benefit from exercise. Cognitive-enhancing drugs require relatively little effort, are invasive and for the time being are not equitably distributed, but none of these provides reasonable grounds for prohibition. Drugs may seem distinctive among enhancements in that they bring about their effects by altering brain function, but in reality so does any intervention that enhances cognition. (…) In short, cognitive-enhancing drugs seem morally equivalent to other, more familiar, enhancements.

Badacze wnioskują logicznie, abstrahując w pierwszym momencie od znanego psychologom moralności faktu, iż ludzie w kwestiach dotyczących etyki kompetencji są dość niekonsekwentni. Jeśli poprawa zdolności poznawczych jest skutkiem wysiłków lub czasu, poświęconego na ćwiczenia optymalnych technik zapamiętywania, na medytacje, czy nawet na sen, ogół zwykle ocenia ją pozytywnie. Co innego, gdy pójdziemy na skróty i zamiast się męczyć, łykniemy substancję wspomagającą. W takim wypadku natychmiast ściągamy na siebie potępienie, które zresztą nie uszło uwadze autorów:

Many people have doubts about the moral status of enhancement drugs for reasons ranging from the pragmatic to the philosophical, including concerns about short-circuiting personal agency and undermining the value of human effort.

Nie każde zastrzeżenie wobec dopalaczy jest irracjonalną reakcją. Niektóre bioetycy uznają za na tyle ważne i rozsądne, że postanawiają z nimi dyskutować:

Three arguments against the use of cognitive enhancement by the healthy quickly bubble to the surface in most discussions: that it is cheating, that it is unnatural and that it amounts to drug abuse.

In the context of sports, pharmacological performance enhancement is indeed cheating. But, of course, it is cheating because it is against the rules. Any good set of rules would need to distinguish today’s allowed cognitive enhancements, from private tutors to double espressos, from the newer methods, if they are to be banned.

As for an appeal to the ‘natural’, the lives of almost all living humans are deeply unnatural; our homes, our clothes and our food — to say nothing of the medical care we enjoy — bear little relation to our species’ ‘natural’ state. Given the many cognitive-enhancing tools we accept already, from writing to laptop computers, why draw the line here and say, thus far but no further?

As for enhancers’ status as drugs, drug abuse is a major social ill, and both medicinal and recreational drugs are regulated because of possible harms to the individual and society. But drugs are regulated on a scale that subjectively judges the potential for harm from the very dangerous (heroin) to the relatively harmless (caffeine). Given such regulation, the mere fact that cognitive enhancers are drugs is no reason to outlaw them.

Based on our considerations, we call for a presumption that mentally competent adults should be able to engage in cognitive enhancement using drugs.

W swoich rozważaniach badacze nie pomijają również faktu, że wspomniane środki mogą być, oczywiście, źródłem niebezpieczeństw. Ryzyko dotyczyć może takich zagadnień, jak np. funkcjonowanie zdrowotne używających (zwłaszcza w dłuższym okresie), ryzyko przedawkowania itp. Stawiają również pytanie, czy, jeśli takie środki staną się w pełni legalne i dostępne, do ich stosowania nie będą zmuszane pewne grupy zawodowe, np. żołnierze. Ostatnie z wymienionych zagadnień dotyczy samej natury takich substancji i odpowiedzi na pytanie, czy np. stymulowany mózg rzeczywiście lepiej przyswaja wiedzę, którą wykorzystywać będzie później, czy tylko w danym momencie lepiej zapamiętuje coś, co i tak zostanie zapomniane, gdy zabraknie stymulatora. Można to sprowadzić do pytania, czy dane środki mają długofalowy, czy krótkofalowy zakres działania – i właśnie to mogłoby stać się kryterium naszej moralnej oceny wspomnianych substancji:

Whether the cognitive enhancement is substantially unfair may depend on its availability, and on the nature of its effects. Does it actually improve learning or does it just temporarily boost exam performance? In the latter case it would prevent a valid measure of the competency of the examinee and would therefore be unfair. But if it were to enhance long-term learning, we may be more willing to accept enhancement. After all, unlike athletic competitions, in many cases cognitive enhancements are not zero-sum games. Cognitive enhancement, unlike enhancement for sports competitions, could lead to substantive improvements in the world.

Ostatnia kwestia, która zajmuje autorów, to nierówność między bogatymi i biednymi. Jasne jest dla nich, że w przypadku zalegalizowania takich środków szybko pojawią się droższe i lepsze preparaty, na które nie będzie stać mniej sytuowanego żaka, przez co w konsekwencji może mieć np. problemy na egzaminie. Jako rozwiązanie proponują coś, co w całym artykule wywoła chyba największe kontrowersje: żeby uniknąć sytuacji, w których jedna osoba może pozwolić sobie na daną substancję, a inna nie, powinny być one w czasie sesji rozdawane na uniwersytetach za darmo:

Fairness in cognitive enhancements has a dimension beyond the individual. If cognitive enhancements are costly, they may become the province of the rich, adding to the educational advantages they already enjoy. One could mitigate this inequity by giving every exam-taker free access to cognitive enhancements, as some schools provide computers during exam week to all students. This would help level the playing field.

Panu Bogu świeczka i diabłu ogarek. W ten sposób w lewicowo nastawionym amerykańskim środowisku akademickim psychostymulanty otrzymują uzasadnienie nie tylko racjonalne, ale i ideologiczne:

We call for enforceable policies concerning the use of cognitive-enhancing drugs to support fairness, protect individuals from coercion and minimize enhancement-related socioeconomic disparities.

Tak czy owak, po podliczeniu zysków i strat, decyzja, czy dopuścić środki do użytku akademickiego nie ulega już wątpliwości:

The new methods of cognitive enhancement are ‘disruptive technologies’ that could have a profound effect on human life in the twenty-first century. A laissez-faire approach to these methods will leave us at the mercy of powerful market forces that are bound to be unleashed by the promise of increased productivity and competitive advantage. The concerns about safety, freedom and fairness, just reviewed, may well seem less important than the attractions of enhancement, for sellers and users alike. (…)

Like all new technologies, cognitive enhancement can be used well or poorly. We should welcome new methods of improving our brain function. In a world in which human workspans and lifespans are increasing, cognitive enhancement tools — including the pharmacological — will be increasingly useful for improved quality of life and extended work productivity, as well as to stave off normal and pathological age-related cognitive declines. Safe and effective cognitive enhancers will benefit both the individual and society.

Jak zatem widać, mimo że nie byłoby zbyt mądre zupełnie nie dostrzegać problemów, które może powodować nadużywanie tych środków, człowiek po prostu nie może sobie pozwolić na rezygnację z korzyści, które może mu dać ta technologia.

Zresztą, powiedzmy sobie szczerze: każdy, kto łudzi się, że ludzie zrezygnują z poszerzania swych możliwości (i co za tym idzie, zwiększania zysków, płynących z tego, co się potrafi) i to tylko dlatego, że rząd powie im, że nie powinni tego robić, jest po prostu w błędzie. Dzieje amerykańskiej prohibicji z lat 30-tych oraz wojny z narkotykami, którą od dziesięcioleci bez większych sukcesów toczą politycy i rządy większości „cywilizowanego” świata, uczą nas, że gdy na jakąś substancję jest popyt, zakaz jej obrotu przyczynia się tylko do wzrostu przestępczości i zwiększenia ryzyka związanego z jej zażywaniem (choćby dlatego, że oficjalne instytucje badające jakość oferowanych towarów i broniące praw konsumentów nie działają na czarnym rynku). Ba, czasami wręcz sam z siebie taki popyt stymuluje – w końcu nic nie smakuje tak dobrze, jak zakazany owoc.

09/12/2008

Efekt Zimbardo

Zaszufladkowany do: Media, Psychologia, Społeczeństwo — Tomek Lysakowski @ 0:34

W psychologii społecznej od lat przyjmuje się za pewnik, że zdarzają się sytuacje, w których statystyczny, nie wykazujący cech psychopatycznych Smith, Schmidt czy Kowalski może się dopuścić względem innych ludzi najbardziej odrażających czynów. Zwykle po spełnieniu kilku warunków, które nie stanowią tajemnicy przynajmniej od czasów procesu Eichmanna, a które jednocześnie do dziś pozostają na tyle atrakcyjne (mieszanka zaskoczenia i przemocy robi swoje) dla czytelnika, że żadna poświęcona im publikacja na rynku nie zginie. Zwłaszcza, gdy nad apokaliptycznym tytułem “Efekt Lucyfera. Dlaczego dobrzy ludzie czynią zło?”, pojawi się na niej nazwisko Philipa Zimbardo.

Jeśli ktoś nie wie, Zimbardo to popularny amerykański showman tudzież psycholog, znany światu z właściwie jednego tylko badania: więziennego eksperymentu stanfordzkiego. Badania równie sławnego, co kontrowersyjnego, i to nie tylko ze wzgledów etycznych: do dziś nie milkną zastrzeżenia co do jego rzeczywistej wartości naukowej. Badanie ograniczało się bowiem do małej próbki (24 osoby), nie zostało przeprowadzone do końca, zaś jego wyniki nigdy nie zostały opublikowane w naukowym czasopiśmie recenzowanym (za to szeroko rozpromowane w napisanym przez Zimbardo raporcie do Kongresu USA i w podręczniku do psychologii). Na dobrą sprawę, nawet gdyby pominąć kwestie etyczne, trudno wyobrazić sobie dziś zaprojektowanie eksperymentu, który mógłby sfalsyfikować twierdzenia Zimbardo. Co zresztą samo w sobie wcale nie świadczy o tym, że twierdzenia te są nieprawdziwe (doniesienia takie jak te z Abu Ghrarib są dla wielu wystarczającą rekojmią prawdziwości tez o szatanie tkwiącym w każdym z nas, który tylko czeka na sytuację, która go wypuści) – tylko o tym, że trudno (w przeciwieństwie np. do równie medialnych, a o niebo rzetelniejszych badań Milgrama nad wpływem autorytetu) uznać je za naukowe.

Ale czas płynął, a Zimbardo wkrótce został autorem skądinąd świetnego podręcznika, na którym wychowały się pokolenia psychologów, co zresztą prędzej czy później musiało się odbić na percepcji jego eksperymentu i gotowości badaczy do niekwestionowania jego wyników. Ostatnio zaś postanowił wrócić do korzeni. “Efekt Lucyfera” to analiza tego, co amerykańscy żołnierze robili w Abu Ghrarib przez pryzmat tego, co Zimbardo i jego więźniowie robili w Stanfordzie. Na ile według mnie trafna, przekonacie się, słuchając rozmowy, jaką odbyłem w piątek w TOK FM z Hanną Zielińską:

Howgh!

04/12/2008

Czy ludzkie klony mają ogony?

Zaszufladkowany do: Media, Nauka, Społeczeństwo — Tomek Lysakowski @ 22:08

Dzięki Modnym Bzdurom zapoznałem się właśnie ze świetnym artykułem na temat roli naukowca w polskich mediach, który kilka dni temu opublikowała na gazeta.pl prof. Magdalena Fikus. Parę fragmentów aż prosi się tu o komentarz i rozwinięcie, zwłaszcza że autorka to jeden z najbardziej eksploatowanych przez dziennikarzy polskich genetyków. Więc komentujmy.

Profesor zaczyna od opisu sytuacji znanej bodaj każdemu ekspertowi, który kiedykolwiek nagrywał “setkę” dla radia lub telewizji:

Prosili o szybciutki komentarz – już za chwilę, za momencik jest potrzebny. Powiedziałam, co wiedziałam, trwało to dwie-trzy minuty. My to skrócimy – powiedzieli oni.
W audycji wyglądało to tak:
Oni: – Poprosiliśmy Panią Profesor o komentarz.
Ja: – Genetyka jest ważną nauką.
I to do tego zdania byłam tej ekipie potrzebna.

Po tym wstępie dostajemy krótką acz gruntowną analizę roli naukowca w dzisiejszych mediach i sytuacji, w jakiej stawia się on, gdy nieopatrznie zgodzi się na wypowiedź medialną:

Naukowiec jest wobec telewizji bezradny, może jej tylko odmówić. Nie wiemy, co zostanie z naszej wypowiedzi. Nie ma w telewizji zwyczaju autorskiej weryfikacji, nawet jeżeli audycja nagrywana jest na parę dni przed emisją. Nie wiemy także, w jakiej scenografii i w czyim towarzystwie zostanie wyemitowana nasza wypowiedź. Godząc się na nagranie, tracimy osobowość.
Nauka w telewizji istnieje wtedy, kiedy urodzi się cielę o dwu głowach albo wyleci w kosmos chiński kosmonauta. Podobno normalna nauka widzów nie interesuje. (…)
Naukowcy służą (…) jako utytułowana dekoracja. Sadza się ich na niewygodnych fotelach (kolana pod brodą, wstać nie sposób) i pozwala powiedzieć, że genetyka jest ważną dziedziną wiedzy. Czasem jeszcze mogą powiedzieć dodatkowo jedno zdanie, że genetycy wymyślili, jak klonować zwierzęta albo robić nowe leki.

Swoją drogą, sam brałem w życiu udział w przynajmniej kilkudziesięciu audycjach telewizyjnych i muszę powiedzieć, że najbardziej bzdurne były te, które z założenia miały być poświęcone nauce (ciekawe, że reguła ta praktycznie nie dotyczy stacji radiowych, z drugiej strony tam na ogół człowiek ma wystarczająco czasu, by powiedzieć, o co mu chodzi, a i dziennikarze jakoś na ogół też orientują się w temacie). Robienie telewizyjnego programu naukowego w Polsce często wygląda tak, że np. rozmawia się o trafności wróżb z psychologiem i wróżką, po czym w samym programie zestawia ich pocięte wypowiedzi tak, jakby co najmniej były równoważne (w końcu obydwoje to eksperci w swej dziedzinie). Na tym tle wejścia eksperckie na żywo w programach śniadaniowych czy publicystycznych, z których już nikt nic z jego słów nie wytnie (bo przeważnie są emitowane na żywo), to dla naukowca prawie że rozpusta.

Pamiętam, jak swego czasu zdarzyło mi się wystąpić w “naukowej” audycji w pewnej telewizji, której nazwę tu przemilczę. Jako kulturoznawca i ogólnie ekspert od zachowań ludzkich miałem w tym programie dyskutować na temat zagrożeń płynących z rozwoju genetyki. Ale – i tu uwaga – nie z żadnym genetykiem, tylko z… księdzem. Ksiądz był, między Bogiem a prawdą, doktorem, tyle że “nauki” jeszcze bardziej podejrzanej niż kulturoznawstwo, mianowicie teologii. W studiu nie było żadnego genetyka, biotechnologa czy nawet lekarza, nikogo, kto by się profesjonalnie zajmował omawianą dziedziną lub choćby czymkolwiek w pobliżu. Jedyną pociechę stanowił fakt, że i ja, i kapłan coś o genetyce gdzieś kiedyś przeczytaliśmy, w przeciwieństwie do dziennikarza prowadzącego, który nie miał o całej sprawie zielonego pojęcia, i z którego pytań wynikało, że nie potrafi odróżnić klonowania od modifikacji genetycznych. Dość wspomnieć, że w trakcie nagrania padały pytania typu: Co jeśli ludzki klon będzie miał ogon lub dwie głowy?

Tu aż się prosi, by jeszcze raz zacytować profesor Fikus:

Naprzeciw naukowca sadza się (…) polityka i działacza “ekologicznego”. Obaj mówią, że pomysł genetyka jest szkodliwy, szkodliwy dla zdrowia, dla Człowieka (przez duże C). Oni niczego nie muszą dowodzić, po prostu ten pomysł jest zły. Naukowiec jest bezradny. Aby udowodnić, że polityk się myli, musiałby wygłosić wykład akademicki, pokazać wykresy, tabele i określić prawdopodobieństwo (nie pewność, bo tego nie zrobi), że w swojej wypowiedzi ma rację. Ale przecież telewizja sądzi, że dużo ciekawiej jest słuchać o tych strachach.

Na pewnym poziomie pani profesor narzeka zupełnie na próżno: konsumenci przekazów medialnych na ogół szukają w nich kontrowersji i sensacji. Dziennikarze i ich szefowie doskonale o tym wiedzą, dlatego też trudno obwiniać ich o to, że zabiegając o oglądalność (i, co za tym idzie, pieniądze) wolą donosić o zagrożeniach, niż o ich braku. Inną sprawą jest jednak dobór i zestawianie gości oraz prezentacja ich twierdzeń jako równoważnych, bez względu na to, czy mają wystarczającą wiedzę, by wypowiadać się w temacie.

Dlaczego ekolog, polityk, ksiądz czy nawet przedstawiciel “nauk” humanistycznych i społecznych (nie mam złudzeń, że, jeśli nie liczyć wąskiej działki badań empirycznych – a i to nie wszystkich – 95 proc. tego, co produkuje się w bliskich mi dyscyplinach, to w najlepszym razie beletrystyka, a w najgorszym bełkot) mają być kompetentni w sprawach dotyczących DNA, rozwoju zarodka ludzkiego, komórek macierzystych czy ogólnie pojętej biotechnologii? Wyobraźmy sobie wielkanocny program, w którym fizyk i biolog, pod nieobecność księdza (lub nawet, uchowaj Boże, w jego obecności), dyskutują o nikłym podstawach empirycznych twierdzenia, że Jezus Chrystus zmartwychwstał. Oskarżenia o obrazę uczuć religijnych prawdopodobnie przekreśliłyby ich szanse na jakiekolwiek rządowe granty w przyszłości, nie mówiąc już o prezydenckiej nominacji profesorskiej.

Krytykowanie w mediach tego, czego nie dowiedziono naukowo, ale w co ktośtam wierzy (czy to anioły lub święci, czy solidaryzm społeczny i efekt cieplarniany) kończy się na ogół nagonką ze strony fanatyków, Ci zaś na poziomie reakcji pozostają fanatykami, bez względu na to, czy wyznają dogmaty katolickie, socjalistyczne czy ekologicznie. Mieszanie z błotem naukowców i wygadywanie piramidalnych bzdur o wynikach ich pracy to tymczasem modna norma, i to zarówno po prawej, jak i lewej stronie debaty politycznej.

A przecież nie trzeba dysponować jakąś niesamowitą wiedzą, by zdawać sobie sprawę, że długość i poziom życia od lat rosną na świecie nie dzięki fanatykom, lecz na ogół wbrew ich wysiłkom. Ekolodzy nie rozwiązują problemów żywnościowych w Afryce, tylko przekonują tamtejsze rządy, że lepiej by ludzie umierali z głodu niż jedli żywność modyfikowaną genetycznie. Stolica Apostolska nie prowadzi badań nad wirusem HIV, tylko namawia zdrowych do niestosowania prezerwatyw. Prawie cały postęp cywilizacyjny i technologiczny, jaki obserwujemy w ostatnich latach, zawdzięczamy laboratoriom i zaszytym w nich naukowcom. Tym samym, z których tak ochoczo naśmiewamy się w kreskówkach, i których od czasu do czasu zapraszamy do telewizji, to po to, by powiedzieli, że ich dziedzina jest ważna lub popolemizowali z jakimś kompletnym nieukiem.

Starsze wpisy »

Blog na WordPress.com.